Na rękę Rosji
Środa, 7 marca 2018 (20:51)Z dr. hab. Norbertem Maliszewskim, profesorem Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, specjalistą ds. marketingu politycznego, rozmawia Mariusz Kamieniecki.
Amerykański Departament Stanu zdementował rewelacje części mediów działających w Polsce o rzekomym ograniczeniu relacji amerykańskich z Warszawą i zawieszeniu dialogu na najwyższym szczeblu. Jak skomentuje Pan to całe zamieszanie?
– Sądzę, że w rozmowach między administracją amerykańską a polską pewnie pojawiły się uwagi dotyczące samej nowelizacji ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej, podpisanej i skierowanej przez prezydenta Andrzeja Dudę w trybie następczym do Trybunału Konstytucyjnego. Być może również pojawiły się uwagi na temat zagrożeń… Natomiast to, co zrobiono w doniesieniach medialnych, to przejaskrawiono owe zagrożenie. W związku z tym Departament Stanu ustami rzecznik Heather Nauert zdementował taką informację, uznając te wiadomości za fałszywe. Trzeba też pamiętać, że relacje polsko-amerykańskie na poziomie strategicznym dotyczącym m.in. bezpieczeństwa czy polityki energetycznej są dzisiaj na znacznie wyższym poziomie, niż to bywało wcześniej. I z tego, co zapowiedział prezydent Donald Trump, będąc w ubiegłym roku z wizytą w Warszawie, nic się również dzisiaj nie zmienia. Natomiast podobnie jak w rodzinie, także w polityce zdarzają się różnice zdań, nieporozumienia, zdarzają się też próby wywierania nacisku na partnera, ale co by nie powiedzieć, trzeba dać odpowiednie rzeczy słowo. Wydaje się zatem, że tytuł mówiący o sankcjach był niepotrzebny. Wywołało to dużo niepotrzebnych emocji, wpłynęło też negatywnie na odbiór społeczny oraz na postrzeganie relacji polsko-amerykańskich. Tak czy inaczej stawianie tak kategorycznych tez przez portal internetowy było zbyt daleko idące.
O czym świadczy fakt, że po publikacji tej – jak się okazuje nieprawdziwej informacji – głos w tej sprawie zabiera tak wysoki urząd amerykański?
– Ważne są relacje polsko-amerykańskie. W tej sytuacji mówienie o sankcjach, użycie – celowo czy nie – takiego, a nie innego sformułowania, w dodatku niezgodnego z prawdą, jest wysoce niestosowne. Po drugie, zakładając, że nawet jeśli wywierano by jakieś naciski na Polskę, odbywałoby się to poprzez kanały dyplomatyczne, a nie za pośrednictwem mediów. To jest podobnie jak z negocjacjami, kiedy używa się pewnych argumentów, aby osiągnąć założony cel. Dementi ze strony amerykańskiej z całą pewnością służy trosce o nasze bieżące i przyszłe relacje i świadczy, że na dobrych stosunkach zależy nie tylko Polsce, ale także Stanom Zjednoczonym. Powtórzę jeszcze raz, że w tej chwili na poziomie strategicznym między Polską a Stanami Zjednoczonymi nic się nie zmienia. Natomiast jeżeli nawet są jakieś drobne, bieżące spory, co się przecież zdarza, to niedobrze się dzieje, kiedy po doniesieniach medialnych rzecznik Departamentu Stanu musi takie informacje dementować.
Komu zależy na psuciu relacji polsko-amerykańskich?
– Nie sądzę, żeby zależało na tym samym dziennikarzom. Chociaż mieli oni motywację, żeby ujawnić materiały, do których dotarli, to mocno dyskusyjny jest zarówno sposób ich przekazania, jak i interpretacja tych materiałów. Natomiast jeśli spojrzeć na szerszy kontekst, to psucie relacji polsko-amerykańskich jest na rękę przede wszystkim Rosji. Przypomnę też, że na dniach należy się spodziewać ostatecznej decyzji ze strony Niemiec dotyczącej gazociągu Nord Stream 2 i w tej sytuacji taki sztucznie podsycany konflikt między Polską a Stanami Zjednoczonymi oczywiście przyciąga uwagę, odwracając zainteresowanie od realnego problemu. Jest to na rękę Rosji, która pod płaszczykiem projektu energetycznego chce realizować znacznie bardziej niebezpieczny projekt polityczny niekorzystny dla Polski i krajów Europy Środkowej i Wschodniej, w tym także dla Ukrainy i krajów bałtyckich.
Czy nie jest tak, że po amerykańskim dementi pozycja Polski wbrew zamierzeniom autorów tej sensacji nie zmalała, ale przeciwnie – wzrosła?
– Intencja dziennikarzy portalu była zapewne taka, aby nagłośnić pewien problem, a w konsekwencji doprowadzić do rozpoczęcia debaty publicznej. Tymczasem rząd ten problem bardzo szybko rozwiązał, co wcale nie zmienia faktu, że pojawiają się efekty uboczne tych medialnych doniesień. Jeżeli nastąpiło dementi ze strony Amerykańskiego Departamentu Stanu, a światło dzienne ujrzały również pewne naciski, to być może we wzajemnych relacjach polsko-amerykańskich – tak jak w rodzinie – jeśli nastąpi oczyszczenie, paradoksalnie szybciej, niż można by się spodziewać, zażegnamy tę całą niepotrzebną nikomu sytuację. Tym bardziej że jak słyszymy, Stany Zjednoczone nie zamierzają zrezygnować ze swoich zobowiązań wobec Polski chociażby w kwestii bezpieczeństwa. Nie ma też mowy o tym, żeby mieli grozić Polsce blokadą finansowania wspólnych projektów wojskowych.
To nie pierwsza nieprawdziwa informacja, która miała zaszkodzić Polsce. Pamiętamy przecież, że przed szczytem NATO w Warszawie informowano, że szczyt się nie odbędzie…
– Jest sporo tez, które wynikają z tego, że część dziennikarzy ma w głowach zestaw wartości ideologicznych, liberalnych, a rządy konserwatywne są dla nich zaprzeczeniem tego, jak powinno wyglądać państwo. W związku z tym w sposób emocjonalny stawiają pewne tezy, które – jak się okazuje – zupełnie się nie potwierdzają. To pokazuje brak dystansu do siebie i do własnych sympatii politycznych czy ideologicznych.
Czy można się uchronić przed tego typu dezinformacją?
– To jest dosyć trudne z tego względu, że często tego typu informacje służą do tego, aby wywoływać pewien chaos. Kiedy zaś powstaje chaos, to wówczas rodzi się miejsce dla różnych narracji politycznych, a strona, w którą uderza fake news, jest spychana do defensywy. Nic zatem dziwnego, że jest to często używane narzędzie polityczne, ale problem jest szerszy, bo część osób, pomimo iż po jakimś czasie tego typu informacje są dementowane czy wręcz zaprzeczone, w dalszym ciągu uważa je za prawdziwe, co wpływa też na ich postawy. W tej sytuacji jedynym rozwiązaniem jest edukacja, edukacja i jeszcze raz edukacja i jak najwyższa jakość debaty publicznej. Wtedy wyborcy będą lepiej rozumieli i właściwie interpretowali wydarzenia, a politycy będą zmuszeni do większej odpowiedzialności, mając świadomość, że używanie fake newsów może ich skazywać na powszechne potępienie. Będą zatem musieli się liczyć z konsekwencjami swoich działań i posługiwania się nieprawdą, bo używanie takich narzędzi będzie oznaczało dla nich polityczny niebyt. Jeśli zaś chodzi o media, to trzeba też powiedzieć, że często informacje, jakie się w nich pojawiają, są celowo nadinterpretowane, po to żeby dana teza była bardziej wyrazista, a przez to atrakcyjniejsza w odbiorze. Jest to zatem problem nabrania dystansu do faktów, ale też właściwego pojmowania zadań i misji dziennikarskiej.