• Niedziela, 24 maja 2026

    imieniny: Zuzanny, Joanny, Mileny

Sędzia nie może być ponad prawem

Środa, 21 lutego 2018 (20:49)

Ze Stanisławem Piotrowiczem, posłem Prawa i Sprawiedliwości, przewodniczącym sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Sąd Najwyższy w sprawie dyscyplinarnej uniewinnił sędziego Mirosława Topyłę od zarzutu kradzieży 50 złotych staruszce. Sąd Apelacyjny w Łodzi usuwa sędziego z zawodu, a Sąd Najwyższy uchyla ten wyrok i przywraca sędziego. Jak to skomentować?

– Każdy, kto oglądał zapis monitoringu ze stacji benzynowej i widział zachowanie sędziego Mirosława Topyły, nie powinien mieć żadnych wątpliwości, z czym mieliśmy do czynienia. Tym bardziej bulwersuje różnica w ocenie tego zdarzenia między Sądem Najwyższym – w tym wypadku sądem II instancji, który uniewinnił sędziego Mirosława Topyłę, a Sądem Apelacyjnym w Łodzi – sądem dyscyplinarnym I instancji, który nie miał cienia wątpliwości, co do jego winy stąd wymierzył najsurowszą karę, uznając, że tego typu ludzi należy eliminować z zawodu sędziowskiego. Można by powiedzieć, że jest to sprawa drobna – drobna w sensie niewielkiej – jak się może wydawać – szkody materialnej, w grę wchodziło bowiem 50 złotych, ale często bywa tak, że drobne czyny, drobne w sensie szkody wypowiedzi ujawniają całe wnętrze człowieka, który się tego dopuszcza. Widocznie kierując się tymi kryteriami, Sąd Apelacyjny w Łodzi uznał, że taki człowiek nie może decydować o losach ludzkich, a tym bardziej być sędzią dla tych, którzy dopuszczają się podobnych czynów.     

W jaki sposób można ocenić decyzję Sądu Najwyższego, który nie dopatrzył się winy, uznając, że sędzia nie ukradł, ale się pomylił? Jaka jest różnica między zabraniem komuś czegoś a kradzieżą?

– Kradzież jest przestępstwem umyślnym, a więc ktoś, kto dopuszcza się takiego czynu, musi wiedzieć, że zabiera cudze. Gdyby się zdarzyło tak, że ktoś w roztargnieniu swoim zabiera cudze, myśląc, że to jest jego, to wówczas nie mielibyśmy do czynienia z kradzieżą. Widać jednak, że fakty w tej sprawie są jednoznaczne, skoro sąd I instancji takich dylematów nie miał, usuwając sędziego Topyłę ze stanu sędziowskiego. Każdy mógł przecież zobaczyć na własne oczy, jak to wyglądało, kiedy sędzia zabrał banknot położony na ladę stacji paliw pod Sochaczewem przez starszą kobietę, która na chwilę odwróciła się od kasy.

Czy obwiniony sędzia, który według Sądu Najwyższego w tym wypadku działał w stanie roztargnienia, może podejmować racjonalne decyzje, orzekać?

– To wygląda podobnie jak oświadczenie rzecznika Sądu Najwyższego, który obecność I prezes Małgorzaty Gersdorf, która we wrześniu ubiegłego roku uczestniczyła w Pałacu Prezydenckim w zaprzysiężeniu Justyna Piskorskiego – nowego sędziego Trybunału Konstytucyjnego. Jak wiemy, obecność pani prezes na tym wydarzeniu spotkała się z falą krytyki części środowiska i komentatorów, stąd rzecznik Sądu Najwyższego tłumaczył w oświadczeniu, że pojawienie się pani prezes na uroczystości było efektem jej nie najlepszej kondycji oraz „stresów i przepracowania”. I tu rzeczywiście mógłbym podzielić stanowisko pana redaktora oraz wątpliwość, czy może być sędzią osoba, która miewa stany emocjonalne takie, które wyłączają jej świadome podejmowanie decyzji. Oczywiście, bynajmniej nie zamierzam bronić sędziego Mirosława Topyły, który wcale nie wyglądał na osobę roztargnioną, ale w sposób jednoznaczny sięgał po nie swoje pieniądze, następnie wkładając je do kieszeni. Należy też sądzić, że dokładna analiza materiału z monitoringu, który każdy może zobaczyć w internecie, utwierdziła sędziów I-instancyjnych, że nie ma żadnej wątpliwości co do faktów, a pan sędzia doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co robi. Bywa tak, i to się nieraz zdarzało, że kiedy sąd miał chociażby cień wątpliwości co do winy oskarżonego, wtedy na wszelki wypadek wymierzał karę łagodniejszą. Tak bywało w praktyce. Natomiast tutaj sąd dyscyplinarny nie snuł tego rodzaju rozważań, a zatem musiał mieć stuprocentową pewność, że sędzia Topyło dopuszcza się kradzieży. Można powiedzieć, że połaszenie się na stosunkowo niewielkie pieniądze może pokazywać czy też wiele powiedzieć o wnętrzu sędziego Topyły, co dyskwalifikuje go z zawodu nie bez powodu określanego mianem zawodu najwyższego zaufania publicznego.

Jaki sygnał został wysłany do społeczeństwa?

– Myślę, że ta sprawa pokazuje, jak środowisko sędziowskie – zwłaszcza na tych najwyższych szczeblach – jest ze sobą solidarne, jak broni, co ciekawe, nie zasad i dobra wymiaru sprawiedliwości, ale broni sędziów – zupełnie nie troszcząc się o dobro społeczeństwa czy dobre imię wymiaru sprawiedliwości. Kolejnym elementem – przynajmniej ja tak to odbieram, że środowisko Sądu Najwyższego jest tym, które jest wyraźnie w sporze z rządzącymi w Polsce. Wobec tego sprawę uniewinnienia sędziego Mirosława Topyły można traktować jako jeden z elementów torpedowania reformy wymiaru sprawiedliwości. Zresztą nie kto inny jak właśnie te środowiska nawołują wprost do przeciwstawiania się reformowaniu sądownictwa na wszystkich szczeblach. Jednocześnie można mieć wrażenie, że ma to być sygnał dla środowisk sędziowskich, że mogą występować przeciwko rządowi, że nie muszą się martwić o konsekwencje, bo gdy przyjdzie co do czego, to Sąd Najwyższy i Krajowa Rada Sądownictwa – w dotychczasowym kształcie – i tak wezmą ich w ochronę.  

W Sądzie Najwyższym reforma jeszcze nie zadziałała?

– W Sądzie Najwyższym w szczególności nie doszło do zmian personalnych, nie powołano jeszcze nowej Izby Dyscyplinarnej zgodnie z przyjętą przez Sejm ustawą. Dlatego mieliśmy do czynienia z sytuacją, kiedy w I instancji orzekał sąd na szczeblu sądów apelacyjnych, a Sąd Najwyższy był w tym wypadku II instancją, orzekali zaś sędziowie, którzy dotychczas pełnili swoje obowiązki w Sądzie Najwyższym. To tylko pokazuje, że tam nie nastąpiły jeszcze żadne zmiany o charakterze personalnym. Tymczasem choćby przykład sędziego Topyły pokazuje wyraźnie, że reforma wymiaru sprawiedliwości była konieczna, że system sądownictwa, który był do tej pory, trzeba zmienić. Środowisko sędziowskie nie jest w stanie samo się oczyścić. 

Jak to będzie wyglądało po zmianach wynikających z ustawy o Sądzie Najwyższym?

– Spośród 84 sędziów Sądu Najwyższego zgodnie z ustawą 38 winno odejść z zawodu, bowiem osiągnęli już wiek emerytalny. Ustawa przewiduje bowiem przechodzenie sędziów Sądu Najwyższego w stan spoczynku po ukończeniu 65. roku życia. Chociaż akuratnie w tym zakresie niekoniecznie musi się tak stać. Ustawa o Sądzie Najwyższym przewiduje bowiem, że spośród wspomnianych 38 sędziów, którzy uzyskali wiek emerytalny, ci, którzy wystąpią do prezydenta RP o przedłużenie swej pracy na dalszy okres, to ich wnioski będą indywidualnie rozpatrywane. Natomiast gdyby się zdarzyło, że wszystkie wnioski zostałyby rozpatrzone negatywnie względnie, gdyby żaden z sędziów nie wystąpił o przedłużenie czasu pracy, to wówczas ze składu wszystkich 84 sędziów Sądu Najwyższego odeszłoby 38. Przypomnę, że ustawa o Sądzie Najwyższym zakłada, iż po reformie w Sądzie Najwyższym będzie co najmniej 120 sędziów, w tym ma również powstać (jeszcze nie powstała) Izba Dyscyplinarna, która będzie orzekała w tego typu sprawach zarówno w I, jak i w II instancji.

Czym można tłumaczyć takie orzeczenie Sądu Najwyższego w sprawie sędziego Topyło?

– Jak można się domyślać, środowiska sędziowskie podejmują różne wysiłki, ażeby storpedować funkcjonowanie reformy wymiaru sprawiedliwości. Przecież widzieliśmy to chociażby po zachowaniach Krajowej Rady Sądownictwa, po apelach i uchwałach podejmowanych przez stowarzyszenia sędziowskie, ale także widzieliśmy to i słyszeliśmy w wypowiedziach I prezes Sądu Najwyższego – w tej chwili pełniącej jednocześnie funkcję przewodniczącej Krajowej Rady Sądownictwa. Tym bardziej w przypadku uniewinnienia sędziego Topyło można mieć poważne wątpliwości, czy i na ile decyzja Sądu Najwyższego jest decyzją merytoryczną, a na ile jest elementem walki z obecnym rządem.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki