Trzeba wyciszyć emocje
Wtorek, 20 lutego 2018 (20:57)Z dr. hab. Norbertem Maliszewskim, profesorem Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, specjalistą ds. marketingu politycznego, rozmawia Mariusz Kamieniecki.
Panie Profesorze, czy obserwując ataki na Polskę, można powiedzieć, że w Izraelu mamy antypolską histerię?
– Bez wątpienia mamy do czynienia z bardzo silną polaryzacją nastrojów i postaw, czyli bardzo dużo emocji. Niestety, tak już jest, że kiedy rozum śpi, do głosu dochodzą niekontrolowane emocje, a wówczas zapomina się o prowadzeniu racjonalnej polityki. Oczywiście wokół tego sporu krążą różne teorie, które mówią m.in. o tym, że jest to próba odwrócenia uwagi od korupcyjnych problemów premiera Beniamina Netanjahu. Jednak wydaje się, że jest to coś więcej, do tego dochodzą emocje, które mają to do siebie, że stają się mniej kontrolowane.
Komu zależy na podsycaniu agresji wobec Polski i Polaków? Komu ten konflikt służy?
– Nikomu to nie służy. Proszę nie zapominać, że Polska była adwokatem spraw Izraela w Unii Europejskiej. Polska będąc członkiem – wprawdzie niestałym – Rady Bezpieczeństwa ONZ, będzie też często wyrażać różne opinie, będzie głosować w różnych sprawach, być może też dotyczących Izraela. Tymczasem w Izraelu mamy do czynienia z dwoma napięciami: pierwsze to „wojna” symboliczna o pamięć historyczną z Polską, a druga to napięcia na linii Izrael – Iran. I w tej sytuacji premier Netanjahu tworzy syndrom oblężonej twierdzy: z jednej strony napięcia z Iranem, a z drugiej „wojna” symboliczna z Polską. Tyle tylko, że jest to krótkowzroczna taktyka, bo w tej „wojnie” z Polską nie ma wygranych, za to jest wzrost napięcia, wzrost emocji i antypolskich nastrojów przed ewentualną przyspieszoną kampanią wyborczą w Izraelu.
Do czego może prowadzić ten wzrost antypolskich nastrojów? Przecież wiemy już, co się wydarzyło przed Ambasadą RP w Izraelu, gdzie pojawiła się swastyka i antypolskie hasła…
– Ta sytuacja jest oczywiście niepożądana. Miejmy nadzieję, że na tym się skończy i nie będzie dalszej eskalacji napięcia. Trzeba szukać i znaleźć wspólną płaszczyznę porozumienia. W tej sytuacji warto poprowadzić kampanię, która – mimo wszystko – miałaby charakter koncyliacyjny. Oczywiście nie oznacza to wycofywania się z ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej, nie oznacza to także przepraszania za słowa premiera Morawieckiego.
Czy jest możliwość wygaszania tego polsko-izraelskiego sporu?
– Wydaje się, że na razie wciąż dochodzi do eskalacji emocji, a wtedy przestają mieć znaczenie kwestie interesów. Były też sygnały ze strony polityków Izraela o próbie uspokajania tej sytuacji i to trzeba wykorzystać. Dla Polski może to być ważne, bo za chwilę będzie rocznica Marca’68 i znowu będą się pojawiać negatywne opinie na temat postaw Polaków w tamtym czasie, a złośliwi czy nieżyczliwi Polsce będą to wykorzystywać. Wprawdzie premier Morawiecki mówi wyraźnie, że nie były to działania niezależnego polskiego rządu, tym samym odcinając się od tamtych wydarzeń. Natomiast wydaje się, że w interesie Prawa i Sprawiedliwości jest wygaszanie powstałych emocji. Trzeba przy tym pamiętać, że źródłem wzrostu sondaży tej partii było to, że potrafiła ona pokonać niemożności w kwestiach społeczno-gospodarczych, realizując programy, o których Platforma mówiła, że są niemożliwe do spełnienia, jak chociażby program „Rodzina 500+” czy „Mieszkanie+”. To pokazuje, że źródłem tych wzrostów poparcia nie jest polityka symboliczna, ale polityka faktów. Powstałe emocje trzeba próbować stopniowo wygaszać, idąc do przodu i koncentrując się na kwestiach społeczno-gospodarczych, a więc realizując politykę faktów. Natomiast ze strony Izraela – w związku z tym, że pojawiają się napięcia z Iranem – też może być tendencja, żeby nie prowadzić jednocześnie dwóch wojen. Więc wszelkie gesty koncyliacyjne także mogą być tam dobrze odebrane. I po ustąpieniu emocji, po odwróceniu uwagi od problemów wewnętrznych związanych z korupcyjnymi działaniami premiera Beniamina Netanjahu, być może dalsza tego typu taktyka zostanie zarzucona jako nieskuteczna. Reasumując – wydaje się, że jest pole, że jest możliwość wygaszania tego polsko-izraelskiego sporu czy – jak kto woli – nieporozumienia.
Uspokojenie sytuacji jednak nie będzie takie łatwe…
– Od tego jest dyplomacja mądra, wyważona, konsekwentna. W mojej ocenie, jest szansa na zażegnanie tego sporu, tym bardziej że dotychczasowy bilans wzajemnych polsko-izraelskich relacji jest pozytywny. Mamy „wojnę” symboliczną, która nie przyniesie żadnych pozytywnych rezultatów dla każdej ze stron. Wprawdzie udaje się przekonać, aby nie używać już więcej frazy „polskie obozy koncentracyjne” i wszyscy co do tego są zgodni. Co więcej, kanclerz Angela Merkel mówi wprost, że sprawcami, że winnymi holokaustu są Niemcy. Ale niezależnie od tego cały czas pojawiają się także głosy negatywne. I jeżeli bilans jest niekorzystny, a owa „wojna” symboliczna nie służy ani jednej, ani drugiej stronie, to emocje trzeba powoli wygaszać. Oczywiście nie będzie to łatwe, dlatego że opozycja w Izraelu, atakując premiera Netanjahu, chętnie używa oręża, żeby zmusić go do bardziej zdecydowanej postawy wobec Polski, żeby wymógł na naszym rządzie zmianę ustawy o IPN. To mu się oczywiście nie uda, dlatego że – jak wiemy – polski rząd nie zamierza się wycofywać z uchwalonego już prawa. Nie zmienia to jednak faktu, że przy obustronnym wyczuciu i zrozumieniu negatywnego bilansu ten spór powoli może zacząć wygasać. Sądzę, że w tym procesie wychodzenia z kryzysu bylibyśmy jeszcze bardziej z przodu, gdyby nie pytanie zadane przez dziennikarza amerykańskiego „The New York Times” podczas Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium.
Pana zdaniem, pytanie, jakie zadał Ronen Bergman, było przypadkowe czy jednak bardziej prowokacyjne?
– Pytanie amerykańskiego dziennikarza z całą pewnością było prowokacją i co do tego nie ma wątpliwości. Ronen Bergman chciał się skonfrontować z premierem Morawieckim i to mu się udało. Fakt faktem premier Morawiecki – odpowiadając – też mógł użyć innego określenia, ale w takiej gorącej dyskusji, w dodatku prowadzonej w języku angielskim, czasami można użyć słowa, które może być różnie zinterpretowane, i tak się stało w tym przypadku. Mateusz Morawiecki użył słowa „sprawcy” zamiast „kolaboranci”, co zostało od razu wykorzystane przez środowiska izraelskie do atakowania Polski. Chociaż nie można wykluczyć, że inne określenie w ustach premiera Polski też wywołałoby falę agresji ze strony środowisk żydowskich. Z tą tylko różnicą, że być może łatwiej byłoby tę burzę wyciszać. Trudno, mleko się rozlało i teraz nie ma sensu zastanawiać się, kto jest winny, a kto nie, bo to będzie służyło tylko eskalowaniu konfliktu, z którego nikt nie wyjdzie zwycięsko. Trudno bowiem sobie wyobrazić, jak miałoby wyglądać zwycięstwo w tej „wojnie” symbolicznej, która nikomu nie służy. Jedyne, co w tej chwili pozostaje, to ostudzić emocje i uspokoić sytuację, co jest możliwe na drodze dyplomatycznej i merytorycznej dyskusji ekspertów.