Podwyżki to pewien symbol
Sobota, 10 lutego 2018 (20:26)Ze Zdzisławem Szramikiem, wiceprzewodniczącym Zarządu Krajowego Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Lekarze rezydenci podpisali porozumienie z ministrem zdrowia. Czy to oznacza, że konflikt w służbie zdrowia został zażegnany?
– Absolutnie nie. Jako lekarz przeżyłem już wiele i staram się nie patrzeć na to zawarte porozumienie w sposób emocjonalny, ale z nieco innej perspektywy. Przede wszystkim nie uważam za odpowiednią konwencji, w jakiej odbywają czy odbywały się te rozmowy dotyczące ochrony zdrowia. Jeśli bowiem to lekarze mają załatwiać u ministra zdrowia pieniądze na opiekę zdrowotną, to jest to z gruntu chore. To nie lekarze, ale konstytucyjny minister powinien zabezpieczyć odpowiednie środki, bo taka jest jego rola. Potrzeby w ochronie zdrowia są ogromne i państwo – minister zdrowia nie powinny się bronić, ale zabezpieczyć taką ilość środków, które są potrzebne i w danym momencie możliwe do wyasygnowania.
Pomijając formułę tych negocjacji, może jednak warto zwrócić uwagę na to, że kierunek został obrany, są rozmowy, których wcześniej nie było?
– Biorąc pod uwagę, w jaki sposób zachowywał się poprzedni minister zdrowia Konstanty Radziwiłł, to wraz z objęciem tej funkcji przez prof. Łukasza Szumowskiego faktycznie jest zmiana, pozytywna zmiana, ale tu przecież nie o to chodzi. Każdy minister ma określone kompetencje, możliwości, a minister zdrowia jest swojego rodzaju zderzakiem, żeby nie powiedzieć: chłopcem do bicia, którego się usuwa, kiedy jest już niepotrzebny. Tym samym zyskuje się potrzebny czas do tego niestety, aby nic nie zrobić, a twarz nowego ministra ma jedynie ocieplić wizerunek rządu. Podejrzewam, że podobnie jest i w tym przypadku. To porozumienie to coś takiego, co pewnie i tak musiałoby się stać, ale liczy się to, że odtrąbiono wielki sukces. Tylko, że idea tego „sukcesu” i rozmów, które ten sukces poprzedziły, jest chora sama w sobie. Przykro mi to mówić, ale nasze państwo w obszarze ochrony zdrowia wciąż działa bardzo źle.
Tak czy inaczej jest zapowiedź zmian systemowych, także perspektywa osiągnięcia poziomu 6 proc. PKB na ochronę zdrowia, która ma nastąpić w 2024 r. O podwyżkach dla rezydentów nie wspomnę…
– Podwyżki dla rezydentów to tylko pewien symbol i niewielka część tego, co się powinno dokonać w ochronie zdrowia. Oczywiście w wystąpieniu ministra Szumowskiego pojawiły się kwestie, których nie było wcześniej. Mam tu na myśli zmianę formuły kształcenia podyplomowego, odbiurokratyzowanie pracy lekarza, a więc rzeczy jakościowo nowe, które mają pozytywne znaczenie. Już sam sposób, w jaki mówi min. Szumowski, język, jakim się posługuje, to w porównaniu z poprzednikiem nowa jakość. Jednak dzisiaj 6 proc. PKB na ochronę zdrowia, zwłaszcza przy tak obszernym koszyku świadczeń gwarantowanych, to jest za mało. Nie ulegajmy magii, jaka się wytworzyła, że owe 6 proc. załatwi wszystkie problemy w ochronie zdrowia. To nieprawda. 6 proc. PKB to nie jest słowo klucz, które załatwia wszystkie sprawy. Owszem, dajmy na to 10 lat wstecz zwiększenie nakładów na ochronę zdrowia o 6 proc. PKB załatwiłoby wiele rzeczy, ale dzisiaj już nie.
Ale zawsze to więcej niż obecnie…?
– To fakt, ale proszę pamiętać, że społeczeństwo się nam starzeje, a co za tym idzie – rosną potrzeby zdrowotne, z drugiej strony medycyna idzie z postępem, wchodzą nowe technologie i techniki leczenia, są nowe narzędzia, które są coraz droższe. Jednocześnie rosną oczekiwania ludzi co do tego, że efekty leczenia będą lepsze. W tej sytuacji leczenie nie może być załatwione jednym magicznym słowem – 6 proc. Leczenie musi być adekwatne do oczekiwań pacjentów i potrzeb oraz adekwatne do obietnic polityków. Dlatego już dzisiaj 6 proc. PKB to za mało. Weźmy chociażby kilkanaście miliardów złotych długów publicznych szpitali i jeżeli ten dług nie zostanie spłacony czy zrefundowany, to będzie się on ciągnął i generował kolejne koszty, bo odsetki od tego zadłużenia będą obciążały wydatki na ochronę zdrowia. Na tym zarabia nie kto inny jak banki. W bieżącym roku nakłady na ochronę zdrowia mają się zwiększyć o blisko 4 miliardy złotych, przy długu sięgającym kilkanaście miliardów. Jaki to zatem sukces…?! Żaden. Nawet teoretycznie gdyby te pieniądze poszły na spłatę długów, to zadłużenie zmniejszy się tylko o mniej więcej 4 miliony złotych. Jaki to jest postęp…? Też żaden.
No tak, ale od czegoś trzeba zacząć…
– Są dwie drogi: albo zmniejszamy koszyk świadczeń medycznych, albo dopłacamy pieniądze, których póki co nie ma. Ale do tego potrzebny jest udział społeczeństwa, albo w formie dopłat do świadczeń, albo w formie dodatkowych ubezpieczeń. Tylko to musi być jasno wyartykułowane. Kto wie, może potrzebne byłoby referendum bądź też pozostawienie tej formy otwartą, gdzie każdy sam mógłby zdecydować, czy się dodatkowo ubezpieczyć, czy może dopłacić bądź też pozostać przy zmniejszonym zakresie świadczeń w koszyku. Być może potrzebna byłaby też informacja, że jeśli budżet państwa będzie większy, to wówczas być może te dopłaty byłyby mniejsze albo zostałby jeszcze bardziej rozszerzony koszyk świadczeń zdrowotnych. Niestety nic takiego nie zrobiono.
Czy to porozumienie zatrzyma odpływ młodych lekarzy za granicę?
– Nie sądzę. Ilość pieniędzy, które lekarze rezydenci mają teraz zarabiać, nie stanowi nawet średniej krajowej. Jest to próba rzucenia czegokolwiek tym młodym dokształcającym się za swoje pieniądze lekarzom, byle jeszcze utrzymać status quo. A status quo to jest, jak już wielokrotnie mówiłem, 82, no teraz może nieco mniej, bo 80 milionów złotych dziennie oszczędności dla budżetu państwa, które się oszczędza na polskiej służbie zdrowia.