• Niedziela, 24 maja 2026

    imieniny: Zuzanny, Joanny, Mileny

Decyzje zapadały na najwyższym szczeblu

Piątek, 9 lutego 2018 (22:11)

Z prof. Aleksandrem Lasikiem z Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy, znawcą historii III Rzeszy i niemieckich obozów koncentracyjnych, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Jak Niemcy przygotowywali się do planowej zagłady Żydów?

– Przede wszystkim należy podkreślić, że masowa zagłada Żydów nie rozpoczęła się w wyniku konkretnego rozkazu, bo takiego dokumentu nie mamy, zresztą Adolf Hitler niechętnie podpisywał dokumenty, a raczej wydawał ustne polecenia. Natomiast pierwszym etapem zagłady w III Rzeszy był podpisany przez Hitlera – notabene w Grand Hotelu w Sopocie, który odwiedził on na początku września 1939 roku – dokument podsunięty przez Philippa Bouhlera wysokiego urzędnika, szefa kancelarii Hitlera. Był to plan o nazwie „Akcja T4” – szeroko zakrojony program zagłady osób chorych psychicznie. Kryptonim wziął się stąd, że centrala biura zagłady mieściła się w Berlinie przy ul. Tiergartenstraße 4. I choć ten plan na skutek protestów m.in. Kościoła katolickiego został oficjalnie czasowo zatrzymany, to w latach 1940–1941 wymordowano kilkadziesiąt tysięcy pacjentów zakładów dla psychicznie chorych. Z powodu protestów „Akcję T4”, czyli akcję, dla której ukuto nawet termin „likwidacja życia niewartego życia”, zamieniono na bardziej dyskretną, tajną formę mordowania realizowaną od kwietnia 1941 roku pod nazwą „Akcja 14f13”. I od tego momentu można mówić o masowym ludobójstwie w III Rzeszy.

Kiedy zaczęła się zagłada Żydów?  

– Zagłada Żydów rozpoczęła się już w 1941 roku. Pierwsze obozy zagłady, a trzeba pamiętać, że należy odróżnić dwa rodzaje obozów w sensie podległości: obozy koncentracyjne, które miały swoją centralę i swoją własną instytucję w postaci Inspektoratów Obozów Koncentracyjnych, oraz obozy zagłady, które podlegały jednostkom policyjnym. Niemcy z oczywistych względów nie używali pojęcia obozy zagłady, ale kryptonimów typu Sonderkommando Bełżec, Treblinka itd. 20 stycznia 1942 roku na konferencji w Wannsee pod Berlinem ustalono wymiar zagłady europejskich Żydów. Ustalono, że eksterminacja ma objąć 11 milionów osób, wymieniając nawet poszczególne kraje, z których mają pochodzić Żydzi przeznaczeni na zagładę. Wiemy o tym z zachowanego protokołu z tego spotkania, który sporządził Adolf Eichmann. Co ciekawe, na tej konferencji byli obecni nie tylko esesmani, którzy mieli się tej zbrodni dopuścić, ale także wysocy rangą przedstawiciele ministerstw i urzędów III Rzeszy. Po konferencji w Wannsee istniały już i podlegały pod struktury policyjne, czyli Główny Urząd Bezpieczeństwa III Rzeszy obozy zagłady w Bełżcu, Treblince, Sobiborze – położone na obszarze Generalnego Gubernatorstwa oraz leżące na terenie tzw. Kraju Warty w Chełmnie nad Nerem. Wszystkie pozostałe akcje eksterminacyjne trwały już w zasadzie od momentu ataku Niemiec na ZSRS. Tam ze względów technicznych nie tworzono obozów zagłady, natomiast powstały trzy specjalne oddziały tzw. Einsatzgruppen, które rozstrzeliwały Żydów. Do mordowania Żydów zachęcano też Ukraińców oraz Litwinów, którzy dokonywali pogromów np. we Lwowie czy w Ponarach.

Jak wyglądało łączenie obozów koncentracyjnych i zagłady?

– Łączenie obozów koncentracyjnych, ale nie tych podlegających pod struktury policyjne, ale pod Inspektorat Obozów Koncentracyjnych, w obozy podwójne było kolejnym etapem eksterminacji. Były trzy takie obozy, gdzie organizowano holokaust. Pierwszym, największym był kompleks niemieckich nazistowskich obozów koncentracyjnych Auschwitz I-III, chodzi tu przede wszystkim o Birkenau. Drugim był Niemiecki Obóz Koncentracyjny Lublin Majdanek, gdzie również zainstalowano komory gazowe, i w ramach Akcji „Reinhardt” dokonano tam ludobójstwa. Natomiast trzecim, który pełnił rolę obozu koncentracyjnego i obozu zagłady, był Stutthof w Sztutowie, gdzie przewożono i mordowano Żydów, których Niemcy nie byli w stanie zabić w komorach gazowych Auschwitz.

Można więc powiedzieć, że eksterminacja Żydów była rozłożona na kilka etapów i  poprzedzona innymi masowymi morderstwami?

– Dokładnie tak. Lata 1939-1940 to okres mordowania przez Niemców własnych obywateli, choć nie tylko, bo po wkroczeniu wojsk niemieckich do Polski, we wszystkich ośrodkach dla osób psychicznie chorych zrobiono to samo, co wcześniej w Niemczech, a więc wymordowano wszystkich chorych ludzi. To było niejako preludium do zagłady. Niemcy tylko szukali sposobu, jak na dużą skalę zabić wspomniane 11 milionów ludzi. Holokaust nie był zatem zjawiskiem, które pojawiło się nagle, ale był wpisany w pewien wcześniejszy stworzony przez Niemców proces masowego mordowania. Do tego trzeba doliczyć zamordowanych jeńców sowieckich, Polaków zgładzonych w komorach gazowych czy Cyganów zamordowanych w Auschwitz 1 sierpnia 1944 roku w liczbie ok. 10 tysięcy itd. Holokaust był zatem procesem, który trwał już od 1939 roku. Analogicznie w 1939 roku, po zmianach strukturalnych, system niemieckich obozów przygotowany pod względem organizacyjnym czekał na więźniów.

Skoro już te niemieckie obozy powstały, to byli potrzebni ludzie do nadzorowania tej zbrodniczej machiny. Kto stanowił załogi tych obozów i kim byli ci ludzie?

– W pierwszym etapie „Akcji T4”, a później także w czasie „Akcji 14f13” chorych mordowali lekarze w mundurach SS. Jeśli zaś chodzi o późniejszy holokaust, to szukano sposobów, technologii: po pierwsze, jak zanonimizować zagładę, dlatego postanowiono użyć komór gazowych. Po drugie, rozważano, jakimi środkami należy wymordować Żydów. I tak pierwsza próba z wykorzystaniem gazu cyklon B do zamordowania jeńców odbyła się w Auschwitz na przełomie sierpnia i września 1941 roku. Natomiast kto stanowił załogi obozów śmierci…? Stosunkowo byli to młodzi ludzie. Tworząc kartotekę załóg niemieckich obozów koncentracyjnych, zauważyłem ciekawe zjawisko pod względem demograficznym, ale też poznawczo-historycznym, mianowicie najstarszy esesman urodził się w 1871 roku, a najmłodszy w roku 1927. Kiedy w październiku 1939 roku zaczęto tworzyć 3. Dywizję Pancerną SS „Totenkopf” złożoną z członków załóg obozów koncentracyjnych, nastąpiła pewnego rodzaju zmiana pokoleniowa. Mianowicie młodszych esesmanów, którzy byli w obozach, wysyłano na front, zastępując ich starszymi rocznikami, a więc ludźmi w wieku 35-45 lat. Przy czym największą grupę stanowiły osoby urodzone między 1908 a 1917 rokiem. Dziwić może podany wcześniej rocznik 1927, co oznacza, że musiano odnieść ten wiek do wspólnego mianownika, przyjmując, że takim będzie 1945 rok. Drugą grupę stanowią roczniki urodzonych po I wojnie światowej, mianowicie 1920-1923 – też liczne, ale nie tak jak wspomniane przeze mnie wcześniej.

Czy mógłby Pan powiedzieć coś o grupach społecznych, z których się wywodzili ci ludzie. Czym zajmowali się przed wojną?

– Ponieważ prowadziłem badania w niemieckich i nie tylko niemieckich archiwach, również pod kątem socjologicznych, nazwijmy to, parametrów, które w tych aktach można było wyczytać, dostrzegłem kilka kwestii. Pierwsza jest taka, że załogi tych obozów w latach 30. stanowili Niemcy z Rzeszy. Później od 1938 roku byli to Niemcy z Austrii oraz Niemcy sudeccy, a więc z tych części Czechosłowacji, które w wyniku porozumienia monachijskiego zostały włączone do Rzeszy Niemieckiej. Co ciekawe i ważne zarazem, że do załóg obozów koncentracyjnych nie przyjmowano osób, o czym możemy się przekonać, które nie zostały uznane za etnicznych Niemców. Oczywiście byli tam tacy, którzy byli obywatelami niemieckimi do 1938 roku, ale w 1939 roku zaczęli się pojawiać tzw. volksdeutsche.

Żeby zostać volksdeutschem, też trzeba było spełnić określone warunki?

– Dokładnie tak. Żeby zostać volksdeutschem, należało wykazać się niemieckim pochodzeniem i zostać uznanym przez Główny Urząd Rasy i Osadnictwa SS zajmujący się weryfikacją pod względem etnicznej przynależności do – jak to nazywano – „niemieckiej wspólnoty narodowej”. Kiedy w 1943 roku powstają tzw. niegermańskie dywizje Waffen-SS, nie ma w ich szeregach żadnych innych nacji, np. Albańczyków, Węgrów, Łotyszów, Estończyków itd., a wyłącznie tzw. reichsdeutsche, czyli ci, którzy urodzili się w Niemczech przed wojną, byli obywatele republiki austriackiej, Niemcy sudeccy oraz obywatele Wolnego Miasta Gdańska. I tutaj nie było żadnych wyjątków. Tym samym w obozach koncentracyjnych służyli wyłącznie ci esesmani, którzy mieli status etnicznych Niemców uznanych przez Główny Urząd Rasy i Osadnictwa SS. Innej możliwości nie było. A zatem volksdeutsche, których podania odrzucono jako nienadających się, ponieważ nie przynależeli do niemieckiej grupy etnicznej, nie byli przyjmowani do kadr żadnego z obozów. Ten przepis był przestrzegany bardzo rygorystycznie, co mogę potwierdzić osobiście, ponieważ sprawdzałem poszczególne teczki personalne w archiwach. Co za tym idzie – wszyscy wchodzący w skład załóg niemieckich obozów koncentracyjnych, a było to 25 tysięcy osób, mieli świadectwa niemieckiego pochodzenia etnicznego potwierdzonego dokumentami, a nawet drzewami genealogicznymi. W 1943 roku we wszystkich istniejących wówczas niemieckich obozach koncentracyjnych tzw. reichsdeutsche stanowili 35,8 proc. załóg, a reszta to byli volksdeutsche. Oczywiście to nie znaczy, że byli to, dajmy na to, Węgrzy czy Polacy, absolutnie nie, natomiast byli to ludzie, którzy musieli mieć status czy poświadczenie o niemieckim pochodzeniu etnicznym. Tak to działało, jeśli chodzi o selekcję załóg niemieckich obozów koncentracyjnych.

Jaki był status ludzi tworzących załogi obozów koncentracyjnych?

– Jak wynika z moich badań, jeżeli chodzi o wykształcenie, to generalnie rzecz ujmując, 78,2 proc. osób posiadało wykształcenie podstawowe. Ono było różne – począwszy od czterech klas do pięciu, sześciu w zależności od systemu. Wykształcenie ponadpodstawowe do średniego to rząd 18,8 proc., a tylko 3 proc. członków załóg niemieckich obozów posiadało wykształcenie wyższe. W tej ostatniej grupie oczywiście dominowali lekarze, lekarze stomatolodzy, farmaceuci, weterynarze, ale byli też prawnicy czy nauczyciele. Jako ciekawostkę mogę również podać, że wśród np. volksdeutschów jako członków załóg, co widać w aktach personalnych stworzonych przez Główny Urząd Rasy i Osadnictwa SS, co najmniej 30 osób (tylko tyle udało mi się ustalić) to byli analfabeci, a więc ludzie, którzy nie umieli czytać i pisać. Nic zatem dziwnego, że dla takich ludzi – zwłaszcza przy całej mitologii, jaką wytworzono wokół Waffen-SS, był to sposób na tzw. zaistnienie. Z drugiej strony organizatorom tego zbrodniczego projektu dawało to możliwość na manipulowanie i wmawianie tym ludziom, że awansowali do elitarnej formacji III Rzeszy, że mogą zrobić kariery itd. Analogicznie było po II wojnie światowej w Polsce z funkcjonariuszami UB i SB – stanowiącymi zbrojne ramię reżimowej władzy PRL.

Polaków nie było wśród załóg niemieckich obozów zagłady…

– Oczywiście, że nie było. Natomiast byli volksdeutsche polscy, a volksdeutsch i Polak to zupełnie co innego. Volksdeutschami mogły zostać tylko i wyłącznie osoby uznane i spełniające kryteria niemieckiej przynależności etnicznej. Volksdeutsch to nie była, jak się potocznie uważa, osoba współpracująca z Niemcami. Jeżeli ktoś nie uzyskał statusu Niemca, który został odpowiednio zweryfikowany i uznany za Niemca według kryteriów rasowych, nie mógł wstępować do Waffen-SS, a jeśli tak, to nie mógł służyć w obozach koncentracyjnych.

Nie ma zatem najmniejszej wątpliwości, że to Niemcy byli sprawcami holokaustu i wszelkie próby wikłania w to Polaków i fałszowania historii są kłamstwem?

– W obozach koncentracyjnych stworzonych przez Niemców mogli służyć tylko ci, którzy mieli status etnicznych Niemców nadany im przez Główny Urząd Rasy i Osadnictwa SS, bez względu na obywatelstwo, jakie posiadali do 1938 czy nawet do wybuchu II wojny światowej. Tu nie było żadnych wyjątków. Dziwi więc fakt, że Polaków próbuje się oskarżyć o współudział w holokauście w niemieckich obozach koncentracyjnych i obozach zagłady, ponieważ nie istniały żadne polskie formacje SS.        

Dziękuje za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki