Odzyskałam brata
Piątek, 2 lutego 2018 (03:14)Z Cecylią Białożyt, siostrą Franciszka Koniora, rozmawia Rafał Stefaniuk
Trzyma Pani w rękach notę identyfikacyjną z nazwiskiem Franciszka Koniora ps. „Rekin”.
– To mój rodzony brat. Jako młody chłopak ciężko pracował w odlewni żeliwa Węgierska Górka. W konspiracji był łącznikiem. Oni kierują się szczególnymi względami bezpieczeństwa. Gdy tylko któryś z nich zostanie „spalony”, musi natychmiast się ukryć. Ci, co dalej funkcjonują, objęci są szczególną tajemnicą. Pochodzimy z Żywiecczyzny. Do dziś żyje tam wiele osób, które były łącznikami, a do tego się nie przyznają.
Pamięta Pani, kiedy ostatni raz widziała brata?
– Pewnego dnia przyszła do nas żona jednego z partyzantów i ostrzegła go, że został zadenuncjowany bezpiece w Żywcu. Kwestią godzin było to, jak wpadną do nas do domu, żeby go aresztować. Gdy się tylko o tym dowiedział, opuścił dom i poszedł do oddziału Narodowych Sił Zbrojnych, którego najwyższym dowódcą był Henryk Flame ps. „Bartek”. Żołnierze ci przeprowadzili szereg akcji. Działali na terenie powiatów bielskiego, cieszyńskiego, żywieckiego i pszczyńskiego. Gdy bezpieczniaki dowiedzieli się, kim jest mój brat, tatuś spalił jego rzeczy. Nie chcieliśmy, żeby jakikolwiek ślad wpadł w ich ręce. Urząd Bezpieczeństwa wielokrotnie robił u nas w domu kontrole. Z wielką determinacją starali się go pochwycić. Gdy widziałam go ostatni raz, to wchodził z kolegą do lasu. Taki widok mam do dzisiaj przed oczami. Zawsze gdy go wspominam, wracam myślami do tego dnia, gdy odchodził. Widzę jego sylwetkę, jak ginie między drzewami. Wtedy jeszcze nie przypuszczałam, że więcej się nie zobaczymy.
Jak wpadł w ręce UB?
– Bezpieczniacy mieli swoje wtyki w oddziale. We wrześniu 1946 r. udało im się przekonać żołnierzy, że przerzucą ich do Niemiec Zachodnich. To była prowokacja. Jest to dla mnie zaskakujące, że nikt nie domyślił się tego, że wśród nich są szpicle. Wywieziono ich na Opolszczyznę i tam zabito, we wrześniu 1946 r. A nam nie przekazano szczegółowych informacji. Długo nie wiedzieliśmy, ilu chłopaków z oddziału w sumie zginęło. Instytut Pamięci Narodowej prowadził prace, a my śledziliśmy każdą informację, która się pojawiała.
W końcu udało się odnaleźć Pani brata.
– Tak, badania i poszukiwania trwały długo. Szczątki mojego brata zostały odnalezione w marcu 2016 r. Eksperci IPN odnaleźli je na terenie Starego Grodkowa. Jest to dla mnie szczególny dzień. To tak, jakbym odzyskała go na nowo. Czekamy teraz na jego oficjalny pogrzeb. Dla nas, ludzi wierzących, to coś szczególnego, że będziemy mieć to miejsce, gdzie możemy przyjść, pomodlić się, zapalić świeczkę.
Gdy dowiedziałam się, że brat został odnaleziony, poczułam wielką radość. Wcześniej chodziliśmy, pytaliśmy. To był mój brat, chcieliśmy wiedzieć, co się z nim stało. Niestety, nikt nam nie umiał pomóc. Nowa nadzieja pojawiła się wraz z pracami IPN. Raz po raz Instytut odnajdował nowe osoby, a ja miałam nadzieję, że wśród nich jest mój brat. Dlatego śledzę wszystkie teksty „Naszego Dziennika” o Żołnierzach Wyklętych. Liczyłam, że kiedyś przeczytam tam informację, że został odnaleziony.
Często czyta Pani „Nasz Dziennik”?
– Codziennie. Poprosiłam w sklepie, żeby odkładano mi jeden egzemplarz. Dla mnie jest to szczególna gazeta. Jest w niej Bóg. Jest polityka. Wszystko to, co mnie interesuje. I polecam ją wszystkim, bo piszecie prawdę. Słucham też „Rozmów niedokończonych” w Radiu Maryja. Bo „Nasz Dziennik” i Radio Maryja są dla mnie jak szkoła. Piątą klasę szkoły podstawowej skończyłam w 1945 r. Moja siostra ze szwagrem przenieśli się na ziemie zachodnie. Brat Franek zginął w partyzantce. Mój drugi brat był wtedy bardzo mały. Tatuś wyjechał pracować na kopalni. Górnicy mieli tylko jedną niedzielę wolną, więc do domu przyjeżdżał raz na miesiąc. Tak pracował na odbudowę Warszawy. Rodzice stwierdzili, że ukończyłam już pięć klas, więc teraz powinnam zająć się domem. Teraz dzięki „Naszemu Dziennikowi” i Radiu Maryja mogę dowiedzieć się wielu rzeczy o świecie. To jest dla mnie bardzo ważne.