O Dobro wspólne
(Zbyt) szczelna granica
Środa, 24 stycznia 2018 (22:42)Załatwianie spraw w urzędach przestaje być gehenną. Nawet na poczcie kolejki są jakby nieco krótsze. W sklepach, zwłaszcza w tych dużych, sieciowych, liczba w danej chwili czynnych kas jest dostosowana do liczby klientów w ten sposób, by niewielka kolejka zawsze była. Otwarcie nowej kasy zależy od tego, czy przy już czynnej gromadzą się interesanci. Klient ma czekać, nie pracownik sklepu. Klient nie może rozpasać się zanadto, by nie zapomniał, jak było przedtem. Państwo zaczyna dostrzegać zwykłego obywatela, cenić jego czas. Zadowolony obywatel będzie pamiętał, kto zadbał o jego sprawy, podchodził z uwagą, traktował po ludzku.
Coraz częściej wyjeżdżamy za granicę. Odprawa w portach lotniczych nie zabiera dużo czasu, obsługa jest uprzejma, kompetentna i szybka. Przejazd przez granicę w ramach Schengen jest często wręcz niezauważalny. Inaczej podróżuje się na Ukrainę. Ruch na tamtejszej granicy jest duży, zwiększył się po likwidacji wiz dla obywateli Ukrainy. Ich kilka milionów pracuje w Polsce. Mam wrażenie, że nie przywiązuje się tam wystarczającej uwagi do wygody pasażerów. Jest ona nawet w ostentacyjny sposób pomijana.
Znajoma osoba czekała niedawno na przejazd przez granicę na Ukrainę na przejściu w Hrebenne 12 godzin. Kolejka samochodów liczyła wiele kilometrów. Ludzie czekali w mrozie, włączając od czasu do czasu silnik samochodu, by się ogrzać, chociaż to niedozwolone. W pobliżu nie ma żadnych punktów gastronomicznych, są dopiero na granicy. Nie ma też ubikacji, podróżni udają się w wiadomym celu do lasu. Do tego lasu na grzyby lepiej latem nie chodzić. Tam, gdzie nie ma drzew, a są zabudowania, sytuacja była jeszcze trudniejsza, czasem wręcz dramatyczna. Nauczka na przyszłość, by nie zabierać dzieci. Rodzinę za granicą poznają, gdy dorosną.
Są przepisy prawa, które muszą być przestrzegane, kontrola graniczna musi trwać. Ale istnieją też podstawowe prawa i potrzeby podróżnych, ich godność. O to się nie dba. Traci na tym opinia o naszym kraju.
Kolejka samochodów jadących na Ukrainę, chociaż długa, posuwała się wolno naprzód. W powrotnej drodze przez to samo przejście sforsowanie granicy zajęło „tylko” 8 godzin. Kolejki co prawda nie było, samochody przejeżdżały płynnie przez ukraińskie punkty kontrolne, ale pracownicy polskiej strony granicy z niewiadomych powodów przestali obsługiwać pasażerów. Trudno zrozumieć takie lekceważenie obywateli swoich i obcych, i to w miejscu stanowiącym wizytówkę naszego państwa, dla podróżnego czasem pierwsze z nim spotkanie. Wrażenie niedobre, pozostaje na długo w pamięci. Oczywiście wszyscy pokornie czekali bez słowa protestu. Władzy lepiej się nie narażać.
Wydanie przepisów dotyczących granicznych odpraw powinno pociągnąć za sobą zatrudnienie odpowiedniej liczby pracowników do obsługi ruchu granicznego. Ci, którzy już pracują, powinni wypełniać swoje obowiązki tak jak inni, a może nawet lepiej, zważywszy na szczególne miejsce i szczególną odpowiedzialność. Wygląda to akurat odwrotnie.
Nie wiadomo nigdy, jak długo będzie się czekać na granicy, ile przygotować kanapek. Za mało – niedobrze, bo będzie się głodować. Za dużo też niepraktycznie, bo niezjedzone trzeba przed granicą wyrzucić. Mogą być podobno źródłem różnej zarazy.
Przypominają się dawne czasy, heroiczne podróże do Bułgarii za ciepłem i słońcem. Przed granicą w Medyce sznury samochodów. Podwozie aut było po sowieckiej stronie sprawdzane na kanale przy pomocy luster. Obsługa, posługując się specjalnymi „szpikulcami”, kontrolowała każde zagłębienie w podwoziu, bagażniku i silniku. Podczas jednej z podróży pasażerowie kilku polskich samochodów pomagali jednemu kierowcy w zjedzeniu ogromnego płata nabytej z trudem na kartki szynki, by nie wpadła w ręce sowieckich celników. Nie wolno było w tamtą stronę przewozić pożywienia, zapasowej benzyny. Celnicy bardzo pilnie szukali „rubelków” nawet w skarpetkach dzieci.
Przy przekraczaniu granic w Europie Zachodniej polskie samochody były w tamtych czasach, zwłaszcza w byłej Niemieckiej Republice Demokratycznej, odstawiane na granicach na bok do specjalnych kontroli. Na przejściu granicznym w Zgorzelcu obsługa – nie wiadomo polska czy niemiecka – zawiesiła kiedyś pracę na całą noc. Trzeba było spać w samochodzie na ulicy w Goerlitz i czekać do rana. Do dzisiaj pamiętam niebiański smak jajecznicy zjedzonej wczesnym rankiem w Bolesławcu.
To wszystko było w słusznie minionych czasach. Teraz chciałoby się trochę wygód i cywilizacji. Lub zwykłego szacunku dla człowieka. Cierpliwie czekamy.
prof. Bogdan Chazan