Przeciwwaga dla dyktatu francusko-niemieckiego
Środa, 24 stycznia 2018 (15:53)Z dr. hab. Norbertem Maliszewskim, profesorem Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, specjalistą ds. marketingu politycznego, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Komisja Europejska zmienia ton w relacjach z Polską?
– Komisja Europejska prowadzi grę. I skoro Polska zmieniła ton, to wówczas brak reakcji ze strony unijnych elit mógłby zostać odczytany jako przejaw braku otwartości. Również zmiany na stanowisku premiera Polski oraz szefa naszej dyplomacji niejako wymusiły na Komisji Europejskiej nowe podejście do polskich spraw. Natomiast nie zmienia to faktu, że procedura związana z art. 7 traktatu o Unii Europejskiej wobec Polski została uruchomiona. Dlatego polski rząd musi negocjować i budować koalicję państw, które na forum Rady Europejskiej zagłosowałyby przeciwko twierdzeniu, że Polska narusza – w sposób ciągły – unijne zasady.
Skoro Pan Profesor wspomniał o budowaniu koalicji na rzecz Polski, to może warto się zastanowić, z jakiego dotąd źródła czerpały kraje unijne wiedzę o zmianach w Polsce?
– Z doniesień prasowych bądź publicystycznych tez w rodzaju, że Polska zmierza w stronę autorytaryzmu, ale nie była to wiedza – na ogół – oparta na rzetelnej wiedzy prawniczej. Natomiast posiłkowano się opiniami Komisji Weneckiej. Warto też zauważyć, że wysnuwano wnioski bardziej polityczne niż merytoryczne, bo przecież żaden sąd nie orzekł, że zmiany, jakie się dokonują w Polsce, mają charakter niekonstytucyjny. Proszę zwrócić uwagę, że sama Komisja Europejska skierowała do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej zaledwie kilka spraw z 13 ustaw, które – w jej ocenie – budzą wątpliwości. Zatem wydaje się, że dzisiaj jest spore pole do zmiany interpretacji reform sądownictwa w Polsce – przynajmniej przez te państwa, które będą bardziej otwarcie spoglądać na Polskę i argumenty, jakie przedstawia rząd, a nie tzw. totalna opozycja.
Wizyta sekretarza stanu Reksa Tillersona, który ma w tym tygodniu gościć w Warszawie, i zacieśnienie relacji z Waszyngtonem może wzmocnić naszą pozycję w negocjacjach z Komisją Europejską?
– Amerykański Departament Stanu wyraził opinię, że demokracja w Polsce ma się dobrze. To ważne stwierdzenie. Również ta wizyta Reksa Tillersona może być pokazaniem pewnej alternatywy – mianowicie, że Polska nie jest pozostawiona sama sobie. Jednak – jak sądzę – gros działań powinno być skierowane do państw Unii Europejskiej, a szczególnie do państw Europy Środkowej i Wschodniej. Tych linii czy układów politycznych, które można by stworzyć, jest sporo, zwłaszcza kiedy Niemcy i Francja będą zacieśniać swoją współpracę. Być może powstanie nowy traktat. Wiemy też, że przygotowywane są reformy związane z głębszą integracją tych dwóch państw, ale też krajów strefy euro. W tej sytuacji państwa Europy Środkowej i Wschodniej mogą się obawiać dyktatu Paryża i Berlina, dlatego jedną z linii politycznych stanowiących niejako przeciwwagę dla tego niemiecko-francuskiego tandemu mogłaby być próba przekonania, że jeżeli osłabiona zostanie siła któregoś państwa z regionu Europy Środkowej i Wschodniej – w tym wypadku Polski – to jako region nie będziemy stanowić przeciwwagi dla dyktatu Niemiec i Francji. Co więcej, można też kierować komunikaty np. do Viktora Orbána, że po Polsce to Węgry mogą być kolejnym obiektem ataków. Zresztą taki komunikat może być wysłany także do Czech czy innych państw, które nie zgadzają się na dominującą politykę migracyjną narzucaną przez Komisję Europejską. Jest zatem – jak widać – szereg punktów zaczepienia, którymi można by przekonywać poszczególne państwa do głosowania przeciwko stwierdzeniu, że w Polsce mają miejsce naruszenia zasad praworządności. Z drugiej strony trzeba by tym państwom dać przesłankę, dlaczego miałyby poprzeć Polskę.
Co mogłoby być taką przesłanką czy argumentem?
– Przede wszystkim narracja Polski nie może pójść w kierunku, że państwa te, stając po stronie Polski, zagłosują przeciwko dyktatowi Francji czy Niemiec. Natomiast należy się posiłkować przede wszystkim narracją, że Polska prowadzi dialog z Komisją Europejską, a ponadto, że wyjaśniła Komisji podstawy i cały kontekst związany z reformami szeroko rozumianego wymiaru sprawiedliwości.
Czy sygnały wysyłane z Warszawy i Brukseli świadczą, że jest miejsce na kompromis, i co może być polem do uzyskania trwałego porozumienia?
– Moim zdaniem, takim polem do porozumienia mogłoby być odwołanie się chociażby do tego, co Europejski Trybunał Sprawiedliwości stwierdzi za naruszenie zasad praworządności, co sprawi, że spornych kwestii pozostanie mniej. Polem do dyskusji może być np. kwestia wieku przechodzenia na emeryturę, a także kwestia, że to prezydent czy minister sprawiedliwości decydują o tym, czy sędzia, osiągając wiek emerytalny, może dalej sprawować swoją funkcję bądź nie. Tak czy inaczej jakieś małe ustępstwo może być sposobem, wyraźnym sygnałem, iż Polska robi krok wstecz.
Komisji Europejskiej potrzebny jest taki sygnał?
– Oczywiście, Komisja Europejska potrzebuje takiego sygnału, bo zdaje sobie sprawę, że sytuacja jest patowa. I nawet jeśli ten pat będzie przedłużany, to taka zmiana relacji i narracji stworzy Polsce większe pole do działania w zakresie dyplomacji w innych kwestiach. Na przykład w sprawach nowego wieloletniego budżetu Unii Europejskiej na lata 2021-2027 czy w kwestii pracowników delegowanych.
Czy w atakach na Polskę chodzi tylko o praworządność?
– To jest kolejna ważna kwestia, bo słyszymy cały czas o rzekomym łamaniu praworządności w Polsce, ale de facto chodzi w dużej mierze o osłabienie pozycji negocjacyjnej Polski w bardzo wymiernych kwestiach, o których mówiłem wcześniej. I teraz prowadzenie dialogu niejako wytrąca z rąk naszym oponentom argument, że Polskę należy karać albo uzależniać naszą pozycję czy przyznawanie funduszy strukturalnych od rzekomego nieprzestrzegania zasad praworządności.
Zmiana tonu nie zmienia faktu, że Polska trwa przy swoim stanowisku, że proces reformowania sądownictwa odbywa się zgodnie ze standardami unijnymi. Czy na dłuższą metę nie zaostrzy to relacji z Komisją Europejską?
– Jedna z zasad negocjacji polega na tym, że nie rozpoczyna się rozmów z wysokiego pułapu. Potrzebne jest tutaj wyczucie pola kompromisu i elastyczność. Nie można stronie przeciwnej stawiać zbyt wygórowanych żądań. Z drugiej strony gdybyśmy rozpoczęli negocjacje od wycofania się z części reform, to moglibyśmy usłyszeć, że to za mało, że powinniśmy się wycofać z kolejnych, co z naszego punktu widzenia jest nie do przyjęcia. Wydaje się jednak, że negocjacje są „miękkie”, co może wskazywać, że jeżeli ustępstwa, jeśli mają się w ogóle pojawić, to dopiero jako jeden z końcowych elementów negocjacji. A zatem rozwiązań jest sporo. Tak jak powiedziałem – począwszy od stworzenia koalicji bodajże sześciu państw, co jest realne, które zagłosują przeciwko ewentualnemu nałożeniu kar na Polskę za rzekome naruszenie zasad praworządności, poprzez prowadzenie polityki, w której prowadzony jest dialog, ale jednocześnie pokazanie, że jest się asertywnym w realizacji własnych celów. Ważna jest też polityka wewnętrzna, bo zwłaszcza szybkie wycofanie się z wprowadzanych zmian mogłoby zostać źle odebrane w Polsce, jako uleganie przez rząd Prawa i Sprawiedliwości dyktatowi Komisji Europejskiej.
Komisja Europejska chce ocieplenia relacji czy może wśród elit brukselskich dojrzewa świadomość, że to starcie z Polską może się okazać porażką?
– Myślę, że cały ten spór jest poniekąd instrumentalny. Komisja niejako testuje słynny art. 7, sprawdza pole i zakres swojej władzy oraz możliwość podporządkowania sobie różnych państw członkowskich. Tym samym art. 7 i kwestia praworządności staje się niejako sposobem na to, aby osłabić pozycję negocjacyjną, w tym wypadku Warszawy, w wielu sprawach. Wiadomo, że partia rządząca PiS nie należy do Europejskiej Partii Ludowej, a więc największej frakcji w Parlamencie Europejskim, więc chociażby w tym względzie jest to próba osłabienia naszej pozycji, co przy ustalaniu kolejnego unijnego budżetu też może mieć niebagatelne znaczenie. Wydaje się, że dla Komisji Europejskiej dobry jest każdy pretekst, który ma na celu osłabienie pozycji Polski, ale też przedłużanie się sytuacji patowej. Tak naprawdę brak możliwości zrealizowania art. 7, bo mamy deklarację chociażby Budapesztu, który zagłosuje przeciwko nałożeniu sankcji na Polskę, sprawia, że sytuacja Komisji nie jest komfortowa. Reasumując, art. 7 jest to wygodny straszak, z którego Komisja Europejska korzysta, ale też może się wycofać, jeśli tylko znajdzie ku temu wygodny pretekst. Takim pretekstem mogą być np. ustępstwa Polski. I polski rząd ma tego świadomość.