Nie możemy dać się zastraszyć
Poniedziałek, 8 stycznia 2018 (20:59)Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, wykładowcą z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II i Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Jutro w Brukseli ma się odbyć spotkanie premiera Mateusza Morawieckiego z szefem Komisji Europejskiej Jean-Claude'em Junckerem. Czego można oczekiwać po tej rozmowie?
– Jean-Claude Juncker w wywiadzie dla belgijskich mediów, w kontekście ataków Martina Schulza m.in. na Polskę, powiedział, że jest przeciwko uszczuplaniu środków strukturalnych z budżetu Unii Europejskiej dla państw takich jak Polska, które odmawiają przyjęcia uchodźców. Nie wiem, czy jest wola, nie wiem, czy należy oczekiwać zasadniczego zwrotu w trakcie jednej rozmowy, co nie zmienia faktu, że widać, iż jest pozytywne nastawienie, rokujące pewne nadzieje przed spotkaniem z premierem Morawieckim. Proszę też pamiętać, że przewodniczący Juncker jest świadomy, z czym premier Polski przybywa do Brukseli.
Jak w tej sytuacji rozumieć dwugłos płynący z ośrodków decyzyjnych Unii Europejskiej, jak się wydaje nastawionego koncyliacyjnie przewodniczącego Junckera i nastawionego wrogo wobec Polski wiceprzewodniczącego Timmermansa?
– Jest to kwestia celu, jaki przed tym spotkaniem postawi sobie Jean-Claude Juncker. Czy jego celem będzie próba rozegrania premiera Morawieckiego, czy też spojrzenia na problem szerzej i chęć zminimalizowania napięć. Trzeba się będzie przyjrzeć tym rozmowom. Celem minimum wizyty polskiego premiera w Brukseli jest niedopuszczenie do zmiękczenia stanowiska Polski wobec istotnych, zasadniczych kwestii, takich jak kryzys uchodźczy czy reformy Sądu Najwyższego i Krajowej Rady Sądownictwa. Po pierwsze, Polska ma prawo do reformowania swojego wymiaru sprawiedliwości, który – nota bene – jest reformowany w dużej mierze na wzór obowiązujący na Zachodzie. Po drugie, Polska – jako suwerenne państwo – ma prawo prowadzenia własnej, niezależnej polityki migracyjnej, szczególnie wobec imigrantów islamskich. I to są kwestie fundamentalne. Jest również cały pakiet innych spraw, które mogą być przedmiotem negocjacji. Natomiast w tych dwóch sprawach argumenty są na tyle mocne po polskiej stronie, że kiedy dojdzie do bezpośredniej konfrontacji z Fransem Timmermansem, to wiceszef Komisji Europejskiej nie ma żadnych merytorycznych argumentów poza czysto ideologicznymi.
Przeciwko Polsce został uruchomiony art. 7. Mamy poparcie Węgier, a więc nie grożą nam kary, ale czy opieranie stabilności polityki zagranicznej w tak ważnych kwestiach na jednym sojuszniku to nie za mało?
– Sądzę, że znalezienie sojusznika, w tym wypadku Węgrów, to jest punkt wyjścia. Wizyta premiera Morawieckiego w Budapeszcie, spotkanie z premierem Orbánem i potwierdzenie sojuszu polsko-węgierskiego to wzmocnienie negocjacyjne pozycji Polski, ale też pozycji Węgier. To również punkt wyjścia i wzmocnienie pozycji w rozmowach z przewodniczącym z Komisją Europejską. Biorąc pod uwagę zagrożenie sankcjami, to Polska zapewniła sobie bezpieczeństwo, co nie zmienia faktu, że chcemy dialogu i dojścia do porozumienia z organami unijnymi. W związku z tym w tej polityce – z naszej strony – nie ma żadnego błędu, ale działanie premiera Morawieckiego należy uznać za racjonalne.
Czy możliwe jest zbudowanie szerszej koalicji państw narodowych, które sprzeciwiłyby się narzucaniu woli przez Komisję Europejską?
– To jest kwestia czasu. Póki co opór wobec działań Komisji Europejskiej pojawia się z różnych stron. Jest on pojedynczy, a nie w ramach jakiegoś sojuszu, bo chociażby w przypadku uchodźców zarówno Czesi, jak i Austriacy mają zdanie analogiczne jak Polska czy Węgry. Natomiast – przynajmniej na razie – każde z tych dwóch państw obawia się przeciwstawić woli Niemiec i reakcji ze strony Berlina, ale nie zmienia to faktu, że niezadowolenie – jeśli weźmiemy pod uwagę ten sposób prowadzenia spraw europejskich – jest coraz większe. To oznacza, że przyszłość polityki migracyjnej narzuconej przez Niemcy wcale nie musi być zgodna z założeniami i po myśli Berlina.
Nawet zakładając, że w tym starciu z Komisją Europejską wygramy batalię, to jednak czy to nie będzie pyrrusowe zwycięstwo, bo de facto oznaczać to może klęskę Unii Europejskiej przynajmniej w dotychczasowej formule?
– No tak, ale Unia Europejska największą klęskę może sobie sama zafundować, jeśli na siłę będzie realizować scenariusz podobny do tego, który doprowadził do wyjścia z szeregów Wspólnoty Wielkiej Brytanii. Taka polityka zmierza do tego, że dzisiaj we Włoszech – przed wyborami do parlamentu, które odbędą się 4 marca tego roku, w sondażach prowadzi populistyczna, o eurosceptycznym nastawieniu partia Ruch Pięciu Gwiazd. Więc to nie jest tak, że jeśli Komisja Europejska wycofałaby się z obecnej politycznej pozycji, to byłoby to ze szkodą dla Unii. Wręcz odwrotnie, to stworzyłoby podstawy i dałoby szanse, aby projekt pod nazwą Unia Europejska stworzony przez ojców założycieli uratować. Proszę zwrócić uwagę, że ruchy eurosceptyczne narastają.
Tylko czy obecne – w dużej mierze lewackie – unijne elity są w stanie się zreflektować, aby zatrzymać ten proces samounicestwienia…?
– Tego nie wiemy. Póki co, nic też nie wskazuje, że taka wola się pojawi. Żeby tak się stało, wewnątrz tych gremiów konieczna jest różnica zdań – zwłaszcza między szefem Komisji Europejskiej i jego zastępcą. Z pozoru wydaje się, że takie różnice istnieją, ale czy zostaną wyartykułowane, to zobaczymy. Trzeba mieć nadzieję. Tak czy inaczej ten lewicowy profil ideologiczny nie rokuje dobrze. Natomiast nie ulega wątpliwości, że błędy czy skutki błędnej polityki brukselskich decydentów są namacalne i żeby to stwierdzić, nie trzeba wielkiej filozofii.
Premier Viktor Orbán w wywiadzie dla niemieckiego „Bilda”, zabierając głos na temat przyjmowania uchodźców, powiedział wprost, że przez Węgrów są oni postrzegani jako muzułmańscy najeźdźcy i nie życzy sobie, żeby Komisja Europejska narzucała im swoją wolę. Czy ten głos ma szanse odbić się szerszym echem?
– Viktor Orbán w tym wywiadzie nie mówi nic nowego, ale powtarza to, co coraz szerszym strumieniem dociera do niemieckiego społeczeństwa. Większość Niemców myśli dziś w identyczny sposób i mówi tym samym językiem w kwestii imigrantów muzułmańskich, co premier Węgier. Natomiast zgoła inny język obowiązuje w polityce, gdzie dominuje poprawność polityczna. Nic zatem dziwnego, że także wielu Niemców spogląda na Viktora Orbána jako na tego, który przewidział kryzys uchodźczy i jego skutki, co więcej, potrafił swój kraj uchronić przed falą migracyjną, tym samym zachowując się jak prawdziwy Europejczyk, a nie jak ktoś, kto ulega modom, naciskom czy ideologiom.
Dzisiaj w Brukseli ruszyły negocjacje w sprawie przyszłego, wieloletniego budżetu unijnego. Czy grożą nam uszczuplenia, zwłaszcza że część polityków zachodnich wprost pyta: czy środki dla państw Europy Środkowej i Wschodniej: Polski, Węgier i Czech, które nie chcą się zgodzić na przymus relokacji, powinny być tak duże, jak do tej pory?
– Owszem, rozpoczynają się rozmowy, które zaważą na podziale unijnych pieniędzy. Co by nie powiedzieć, środki w ramach przyszłej perspektywy unijnej w przypadku Polski i tak nie będą tak wysokie jak do tej pory, ale to wynika ze wzrostu naszego poziomu gospodarczego. Natomiast stosowanie kar tylko za to, że nie realizujemy scenariusza imigranckiego, który powstaje w Berlinie czy Paryżu, byłoby działaniem pozaprawnym. Proszę wziąć pod uwagę, że jeśli w Unii Europejskiej istnieje odniesienie dotacji czy funduszy do realnej polityki, to wynika ono z faktu, że rynki krajów wchodzących do Unii miały być otwarte na produkty i usługi krajów zachodnich. To otwarcie nastąpiło w sposób pełny, a fundusze miały być swoistą rekompensatą z racji strat poniesionych przez nowe państwa członkowskie. Więc w tym względzie istnieje tylko taka relacja, innej nie ma. Stąd jeśli ktoś zechce ucinać fundusze strukturalne, to równie dobrze można odpowiedzieć, że skoro tak, to my nie będziemy wpłacać składek w wyznaczonej wysokości, bo niby dlaczego mamy to robić, skoro ktoś inny nie przestrzega obowiązującego w Unii prawa. To pokazuje, że argumentów, które można podnosić, sprzeciwiając się zakusom państw lokomotyw unijnych, jest całkiem sporo. Tak czy inaczej trzeba myśleć pragmatycznie i nie przenosić napięć z innych obszarów na płaszczyznę polityki budżetowej. Budżet Unii nie może służyć politycznym awanturom i rozpychaniu się jednych państw kosztem drugich. Nie możemy dać się zastraszyć. Ponadto pamiętajmy, że w przypadku ustalania nowej unijnej perspektywy również konieczna jest jednomyślność państw. Nie zmienia to faktu, że targi się toczą, także w tym wymiarze, a w mediach – szczególnie niemieckich – pojawiają się głosy, że Polskę czy Węgry trzeba postawić pod pręgierzem.