• Niedziela, 24 maja 2026

    imieniny: Zuzanny, Joanny, Mileny

Potrzebna rzeczowa rozmowa

Sobota, 6 stycznia 2018 (20:28)

Ze Stanisławem Ożogiem, posłem do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Jak odczytywać słowa Martina Schulza, który w wywiadzie dla niemieckiego „Bilda” grozi Polsce i Węgrom, że jeśli nie przyjmą uchodźców, to Niemcy ograniczą swoje składki do przyszłego budżetu Unii Europejskiej?

– To wypowiedź pełna buty, wskazująca na bezczelność. Schulzowi – jak widać – brakuje podstawowej wiedzy. Polityk zacietrzewiony w swojej nienawiści do Polski, do Polaków chce odgrywać istotną rolę w oczach nieświadomych Niemców, w trudnym dla kanclerz Angeli Merkel i dla tego państwa okresie, kiedy formułowanie rządu – de facto – nie idzie, a przedterminowe wybory nie są wykluczone.    

Należy ją oceniać jako wypowiedź na użytek wewnętrzny?

– Ta wypowiedź Martina Schulza jest adresowana przede wszystkim do elektoratu w Niemczech, do sympatyków SPD. Schulzowi chodzi o to, żeby pokazać siebie jako polityka, który dba o interesy Niemiec. Widać, że Schulz nie ma elementarnej wiedzy, co tak naprawdę dzieje się w Europie. Gdyby chciał się zapoznać z dokumentami – których bynajmniej nie tworzą Polska, Węgry czy Czechy, tylko agenda europejska Eurostat (Europejski Urząd Statystyczny) – to dowiedziałby się, że jeśli chodzi o 2016 r., a więc najświeższe dane dotyczące przyjmowania imigrantów, to na pierwszym miejscu w Europie jest Wielka Brytania, na drugim miejscu jest Polska, a dopiero na trzecim Niemcy. Schulz powinien wiedzieć, że na wschód od granic Unii Europejskiej, na wschodzie Ukrainy, toczy się regularna wojna, skąd przed bombami i kulami uciekają Ukraińcy, szukając przystani spokoju i wolności dla siebie nie gdzie indziej jak w Polsce. Zastanawiam się, kto daje mu prawo różnicować imigrantów z Ukrainy i tych z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu, co go do tego szowinizmu uprawnia?

Nie jest to pierwsza tego typu wypowiedź Schulza…  

– Zgadza się. Przypomnę, że niedawno Martin Schulz zasłynął z tego, że wzywał rząd federalny Niemiec do podjęcia się reformowania Unii Europejskiej, co w ustach Niemca zabrzmiało bardzo niebezpiecznie. Dlatego że ilekroć Niemcy próbowali na swoją modłę reformować Europę, to w historii czy to dalszej, czy bliższej wiemy, jakim efektem dla świata się to kończyło. Powtórzę raz jeszcze – groźby wobec Polski czy Węgier to nieodpowiedzialna wypowiedź nieodpowiedzialnego średniej klasy polityka, który na siłę próbuje zaistnieć na niemieckiej scenie politycznej, wietrząc w tym szanse na ugranie własnych interesów oraz interesów lewicy, którą reprezentuje.

Pana zdaniem, Niemcy będą dążyć  do ograniczenia składek do wspólnego unijnego budżetu?

– Jeśli chodzi o składki do wspólnej unijnej kasy, to regulują to określone dokumenty. Jeśli Niemcy nie zechcą płacić składki, to należałoby to odczytywać jako jawne dążenie do rozbicia Unii Europejskiej oraz porządku, który cementuje Wspólnotę.

Słowa Schulza można traktować też jako odpowiedź na ostatnie spotkanie premierów Mateusza Morawieckiego i Victora Orbána, zacieśnienie współpracy i sojusz polsko-węgierski?

– Nie wiem, czy Schulz zdaje sobie sprawę, że takie spotkanie premierów Polski i Węgier się odbyło, czy wie, że szefowie państw Grupy Wyszehradzkiej spotykają się regularnie. 

Czy Niemcy – atakami Schulza – próbując uderzać w gospodarki polską czy węgierską, de facto sami sobie nie szkodzą?

– Niemcy, owszem, są płatnikiem netto, czyli więcej wpłacają do unijnego budżetu, niż biorą, ale te pieniądze przecież wracają do gospodarki niemieckiej. Dokładne analizy przeprowadzone przez jeden z niemieckich instytutów pokazują, że z perspektywy unijnej 2007-2013 z każdego euro przekazanego przez Niemcy do wspólnego budżetu Unii Europejskiej ponad 80 eurocentów wróciło do gospodarki niemieckiej. Natomiast jeśli do tego dodać pieniądze, których beneficjentami są niemieccy rolnicy czy inne programy strukturalne, w tym również Fundusz Spójności, to okazałoby się, że wcale nie jest prawdą, iż Niemcy dopłacają do unijnej kasy. W sumie ponad 80 eurocentów, które z Polski w ramach realizacji infrastrukturalnych przedsięwzięć wróciło do gospodarki niemieckiej, dając impuls rozwojowy. O tym się nie mówi głośno, ale takie są fakty. Warto też uświadomić sobie, sięgając do historii, że kiedy Niemcy i Rosja się porozumiewały ze sobą, to państwa wyszehradzkie były dewastowane. Dzisiaj Polska i Węgry są coraz silniejsze gospodarczo i militarnie, co nie jest na rękę ani Niemcom, ani Rosji.  

W jakim kierunku zmierza polityka uchodźcza, którą wyznają lewicowi politycy rządzący w Unii Europejskiej?

– Problem polega na tym, że Unia nie miała i nie ma jasno sprecyzowanej polityki migracyjnej. Ten problem zafundowała w 2015 r. Europie kanclerz Angela Merkel, otwierając bramy Niemiec dla fali migracyjnej. Uczyniła to nie tylko niezgodnie z prawem europejskim, ale także z prawodawstwem niemieckim. Merkel – w tej chwili – zdaje sobie sprawę, jakie są odczucia i nastroje związane z uchodźcami w jej kraju. Notowania Merkel gwałtownie spadają, efekt jest taki, że ok. 62 proc. Niemców jest za jak najszybszym odejściem obecnej kanclerz z polityki. Wygląda na to, że społeczeństwo niemieckie zafunduje jej los podobny do tego, który ona sama zgotowała, wykańczając politycznie swego mentora – ówczesnego kanclerza Helmuta Kohla. Trudno powiedzieć, czy dojdzie do przedterminowych wyborów, ale pewne jest to, że tej kadencji Angela Merkel jako kanclerz już nie zaliczy.

Merkel i Schulz, atakując Polskę, chcą jeszcze się ratować i poprawić swoje notowania?    

– Takie intencje być może są wśród tych przegranych polityków, ale proszę pamiętać, że w Europie także w Niemczech słychać coraz więcej głosów rozsądku. Nie kto inny jak przewodniczący Bundestagu zauważył publicznie, że to, co od dwóch lat Polska mówi w kwestii migracyjnej, sprawdza się, stąd politykę migracyjną Unii należy zmienić o 180 stopni. Tylko to może uporządkować sytuację, jaka jest w państwach zachodniej Europy, w Niemczech, we Francji czy w ogóle w krajach Beneluksu oraz we Włoszech czy w Grecji. Problem ten zaczyna dotykać także Hiszpanii. Również kanclerz Austrii Sebastian Kurz określił w sposób jednoznaczny kierunek polityki swojego kraju wobec imigrantów. Takie racjonalne podejście coraz większej liczby państw boli lewicowe elity europejskie.

Jakie są Pana oczekiwania po zapowiadanym na wtorek spotkaniu premiera Morawieckiego z Jean-Claude'em Junckerem, czy ten temat będzie poruszany?

– Przede wszystkim mam nadzieję, że Jean-Claude Juncker podejdzie profesjonalnie do tego spotkania, że wysili się, aby poznać Polskę szerzej i dowiedzieć się o nas nieco więcej, niż powiedzieli mu ci, którzy donosili na nasz kraj do Brukseli. Ufam, że przynajmniej spróbuje być partnerem w rozmowie z premierem Morawieckim i nie będzie się posługiwał zmyślonymi zarzutami swojego zastępcy Fransa Timmermansa dotyczącymi rzekomego łamania prawa czy zamachu na demokrację. Mam nadzieję, że stać go będzie również na rozmowę z polskim premierem na temat imigracji i reformy Unii Europejskiej, bo bez gruntownych reform i powrotu do idei ojców założycieli Unia jest skazana na niebyt.

Dziękuję za rozmowę. 

Mariusz Kamieniecki