• Niedziela, 24 maja 2026

    imieniny: Zuzanny, Joanny, Mileny

Wspólna wizja Europy

Czwartek, 4 stycznia 2018 (20:37)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, wykładowcą Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II i Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, członkiem Kapituły Orderu Odrodzenia Polski, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Podsumowując wizytę premiera Mateusza Morawieckiego na Węgrzech, czy rzeczywiście można powiedzieć, że Victor Orban jest pewnym sojusznikiem, na którym – zważając na zapędy Komisji Europejskiej – Polska może polegać?

Wydaje się, że tak, że ten sojusz jest nie tylko na poziomie deklaracji, ale na poziomie zdefiniowanych bardzo jasno interesów węgierskich. I nie tylko chodzi o to, że Węgry mogą się znaleźć – jako następne – na celowniku Komisji Europejskiej, ale o to, że premier Orban wydaje się rozumieć, o co tak naprawdę toczy się gra. A gra toczy się o to, żeby ustawiać do pionu Polskę, która stara się i jest główną siłą krajów Grupy Wyszehradzkiej czy w ogóle krajów Europy Środkowej i Wschodniej – krajów, które rosną w siłę i są już dzisiaj potężnym partnerem dla gospodarki niemieckiej.

Chodzi o to, żeby Polskę, która grupę tych państw chce zorganizować według schematu, który by je upodmiotawiał, jest poddawana presji i uderzenie czy złamanie Polski oznaczałoby dekoncentrację grupy tych państw, którym przewodzimy. Te państwa, póki co, się przyglądają, czy Polska zdoła się przeciwstawić tym atakom, czy wytrzyma presję i czy urośnie w siłę, natomiast Węgry rozumieją, że być po stronie Polski jest w ich żywotnym interesie. I w tym gronie państw środkowoeuropejskich jest to dla nas partner wyjątkowy. Tym bardziej to, jak mówi Victor Orban, jak rozumie rzeczy, jak stawia sprawy jest niezwykle cenne z punktu widzenia Warszawy.           

Co łączy oba nasze państwa, czy ten sojusz jest głęboki i jak bardzo, skoro wiadomo, że każdy z tych krajów ma swoje priorytety, interesy nie zawsze zbieżne?

Z jednej strony Polskę i Węgry łączy historia oraz spojrzenie kulturowe na Europę. Victor Orban, podobnie jak polscy politycy, nie jest zwolennikiem Europy multikulturalnej i rewolucyjnej, ale jest zwolennikiem Europy zbudowanej na zasadach narodowych i chrześcijańskich. I to jest bardzo ważne. Po drugie, premier Węgier definiuje Europę Środkową jako pewien ważny podmiot, który w całej przestrzeni geopolitycznej ma do odegrania ważną rolę.

Jak w tym kontekście czytać relacje Orbana z Rosją?

Proszę pamiętać, że relacje premiera Orbana z Rosją – zwłaszcza te energetyczne – są powodowane koniecznością geopolityczną, bo jak sam zresztą mówi, Węgry nie mają, póki co, połączenia rurociągiem gazowym ze Świnoujściem, żeby mógł prowadzić alternatywną grę w stosunku do Rosji. Stąd są pewne rozbieżności, ale jest przede wszystkim ogrom wspólnych spraw. Jeśli w Unii Europejskiej nie chcemy być przedmiotem wielkich rozgrywek, ale podmiotem, który jeśli tylko potrafi się zjednoczyć, jest na tyle silny, by prezentować swoją alternatywną wizję kształtu Unii, i jeśli to wszystko zsumujemy, to owszem są między nami różnice, ale więcej jest zbieżnych interesów, które są do zrealizowania. Wizyta premiera Morawieckiego w Budapeszcie to pokazała.

O tych wspólnych interesach mówił Victor Orban, podkreślając, że interes Europy Środkowo-Wschodniej nakazuje Węgrom stanąć po stronie Polski. Ale co będzie, jeśli priorytety Budapesztu się zmienią, czy nadal będziemy mogli liczyć na to wsparcie?

W mojej ocenie, na ten sojusz należy patrzeć w długiej, a nie w krótkiej perspektywie. Krótka perspektywa dotycząca presji wywieranej na Polskę przez Komisję Europejską to jest sprawa na dziś i na krótkim dystansie może się jawić jako istotna. Ale walka toczy się o coś innego. Mianowicie, czy centralna Europa zdoła się zintegrować do tego stopnia, żeby – jako wspólnota – być partnerem w stosunku do tego, co robią Niemcy czy Francuzi. Polska jest poddana atakowi, ponieważ wyszła z tym projektem jako pierwsza.

Owszem, mieliśmy chwilowe zachwianie tej wspólnoty podczas głosowania podczas wyboru Donalda Tuska na przewodniczącego Rady Europejskiej, co było dla nas bolesne, natomiast na tę współpracę między naszymi państwami trzeba patrzeć szerzej, dalej i mieć na uwadze to, że mamy przed sobą o wiele poważniejsze sprawy. A to, że czasem we wzajemnych relacjach będą napięcia, że pewne interesy współpracujących państw będą się mijać, to tak to już bywa.

Przypomnę, że mówimy tu o relacjach suwerennych państw i chcąc nie chcąc mogą się pojawiać pewne rozbieżności. Ważne jest, żeby utrzymać linię współpracy. Jest tyle wspólnych interesów, że jeśli udałoby się te wszystkie cele spiąć w logiczną całość, to możemy w Unii i nie tylko na forum europejskim wiele znaczyć i wiele wspólnie osiągać. Mam tu na myśli stworzenie przestrzeni bezpieczeństwa i zrównoważonego rozwoju różnych narodów środkowoeuropejskich.  

Czy ambicje Polski i Węgier to trochę nie za mało, żeby stawiać się liczniejszym i mocniejszym państwom „starej” Unii?

Owszem trzeba brać pod uwagę proporcje, które nie są dla nas korzystne. Ale trzeba też brać pod uwagę to, że za Polską przemawiają zarówno duże tradycje historyczne, siła, i to pod względem terytorialnym, ludnościowym i gospodarczym, dlatego mamy prawo zgłaszać swoje aspiracje. Jako państwo jesteśmy silniejsi niż Węgrzy. Natomiast Węgry – historycznie rzecz ujmując – to było duże państwo, które odegrało istotną rolę w środkowoeuropejskiej historii, to państwo, które ze zrozumieniem jest w stanie wesprzeć wizję Polski. Węgry widzą, o co chodzi w tej grze i wspierają Polskę.

Inne kraje, póki co, bardziej się przyglądają i zastanawiają, czy Niemcy są na tyle silne, by sprowadzić Polskę do kąta, czy może Polska w tych zmaganiach nie tylko nie poniesie porażki, ale okaże się zwycięska. Dlatego Węgry są ważne, bo jako mniejszy kraj w Europie Środkowej potrafi patrzeć o wiele dalej. W tej sytuacji relacja polsko-węgierska to pewien zaczyn budowania jedności, do którego mogą dołączać także inne kraje. Musimy wygrać tę próbę sił z Komisją Europejską i konsekwentnie realizować to, co jest zaprojektowane. To jest zadanie na lata, tego nie da się zrobić w przeciągu miesiąca, roku czy dwóch lat.               

Czy po tym, co usłyszeliśmy wczoraj w Budapeszcie z ust premierów Morawieckiego i Orbana, Komisja Europejska ma twardy orzech do zgryzienia?

Jak najbardziej. Politycy unijni doskonale zdają sobie sprawę, o co toczy się gra. Dlatego też, kiedy pewna zmiana ideowa nastąpiła na Węgrzech, gdzie mamy do czynienia z nurtem antykomunistycznym, który poprzez premiera Orbana stara się głosić i wcielać w życie tradycyjną wizję życia społecznego, to elity unijne starały się jego spacyfikować i wyeliminować. Dzisiaj w tym duchu wypowiadają się także inne państwa, na czele z Polską. Stąd mamy jedność polsko-węgierską objawiającą się i deklarowaną w pewnych celach, co dla Komisji Europejskiej czy dla Niemiec oraz Francji jest ważnym niepokojącym sygnałem.

W tej chwili dokonuje się próba sił. Jeśli Polska i Węgry wyjdą z tej próby zwycięsko to – jestem przekonany, że mając przy tym wsparcie militarne i energetyczne Stanów Zjednoczonych, będziemy w stanie do tego wspólnego projektu, do wizji Europy ojczyzn przyciągnąć także inne kraje środkowoeuropejskie. Wygrana jest w naszym zasięgu, ale nie możemy ulec naciskom. Jeśli uleglibyśmy presji, która się nasila, to wszyscy inni uznaliby, że po naszej stronie nie ma żadnego czynnika siły, który jest w stanie przetrwać moment przesilenia. W związku z tym wszystko bardzo szybko mogłoby się rozpierzchnąć, a my stalibyśmy się przedmiotem rozgrywki Brukseli, Berlina czy Paryża.

Czy kolejne wybory do Parlamentu Europejskiego i zmiana na szczytach unijnych władz – biorąc pod uwagę obecny trend w Europie – może być sprzymierzeńcem dla Polski i państw Europy Środkowej w osiągnięciu celu, o którym Pan mówi?

W Europie mamy do czynienia ze wstrząsami politycznymi w różnych krajach. Wydaje się, że to, co obecnie prezentuje Komisja Europejska, powoduje, że stary nurt multikulturalny plajtuje, bo nie ma wsparcia w coraz szerszym odbiorze społecznym. Widzimy to chociażby po wyborach w Austrii, w Czechach, w Polsce czy na Węgrzech, ale także w Niemczech, gdzie się pojawiła Alternatywa dla Niemiec (AfD), co dowodzi, że wspomniany nurt multikulturalny jest myśleniem anachronicznym. Mimo to wciąż stara się narzucać swoją wolę innym. Zobaczymy, co przyniesie czas, jak będzie to wyglądało po wyborach do Europarlamentu. Rzeczywiście może być tak, że siły narodowe okażą się mocniejsze. Natomiast Unii Europejskiej potrzebna jest głęboka reforma i jeśli się ona nie dokona w kierunku upodmiotowienia państw narodowych, w kierunku powrotu do tradycyjnej wizji Europy, to – moim zdaniem – Unia w takiej postaci w dłuższej perspektywie nie przetrwa i ulegnie rozpadowi. Sprzeczność interesów spowoduje, że Brexit nie będzie jedynym przypadkiem, kiedy państwo członkowskie decyduje się na rozłąkę z Unią.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki