Apolityczność sędziów jest niezbędna
Środa, 20 grudnia 2017 (19:22)Ze Stanisławem Piotrowiczem, posłem Prawa i Sprawiedliwości, przewodniczącym sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Sędzia Igor Tuleja uchylił decyzję prokuratury o umorzeniu śledztwa w sprawie głosowania nad ustawą budżetową w sali kolumnowej w grudniu 2016 r. Jak to jest, że prokuratura nie dostrzegła uchybień, w przeciwieństwie do sędziego Tulei?
– Procedura wygląda w ten sposób, że na postanowienia prokuratora o odmowie wszczęcia postępowania przygotowawczego lub o umorzeniu postępowania służy zażalenie do sądu. W tym wypadku sąd uchylił postanowienie prokuratury o umorzeniu postępowania. I to jest normalna procedura. Natomiast w tym przypadku mamy do czynienia z wyraźnym politycznym zaangażowaniem sędziego Igora Tulei.
Kiedyś z mównicy sejmowej powiedział Pan, że na upolitycznienie sądów można wskazać wiele dowodów. Co miał Pan na myśli?
– Rzeczywiście sądy same pokazują, jak bardzo są upolitycznione. Jest na to cały szereg dowodów, m.in. należy zaliczyć do nich orzeczenia sędziego Igora Tulei, ale też sędziego Wojciecha Łączewskiego oraz wielu, wielu innych. Sądy po 1989 r. odgrywały istotną rolę w utrwaleniu dawnego systemu. Sądy, ale też Trybunał Konstytucyjny, odgrywały taką rolę, ażeby mimo transformacji ustrojowej wiele w Polsce się nie zmieniło, a w szczególności, żeby pewne grupy uprzywilejowane nie utraciły swoich swobód. Dzisiaj, z perspektywy czasu, widać to w sposób bardzo, ale to bardzo wyraźny. Widzimy, jak na przestrzeni tych lat sądy były upolitycznione. I tylko filozofia Kalego pozwala dzisiejszej opozycji twierdzić, że upolitycznienie dopiero grozi sądom, podczas gdy jest to fakt. Sądy były upolitycznione na przestrzeni minionych lat, natomiast dzisiaj jest szansa na to, że to wszystko się zmieni. Zjednoczona Prawica chce, aby sędziowie bezstronnie rozstrzygali. I w momencie, kiedy my do tego dążymy, to wówczas podnosi się krzyk, że oto zmierzamy do upolitycznienia sądów. Tyle tylko, że my nie chcemy, żeby sądy były związane z establishmentem III RP, ale niestety, póki co, tak jest.
Jaki wniosek dla zwykłego Polaka płynie z tej decyzji sędziego Tulei?
– Przede wszystkim taki, że sądy są zaangażowane politycznie, że są zaangażowane, żeby nic w Polsce się nie zmieniło. Jednocześnie stąd wypływa całe rozgoryczenie Polaków, którzy w 80 procentach domagają się głębokiej reformy wymiaru sprawiedliwości. To nie kto inny jak ludzie dostrzegali tę niesprawiedliwość w sądach, dostrzegali, że wygrywa nie ten, kto ma rację w sferze prawa, ale o tym, kto wygrywa przed sądem, decydowały różne układy, znajomości czy sympatie. Tak to często było. Oczywiście uogólnienie nie jest uprawnione, bo jest część sędziów, którzy w swoich orzeczeniach kierują się prawem i sumieniem, a o to przecież w tym wszystkim chodzi. Stąd opinia uogólniająca byłaby w tym miejscu krzywdząca, ale proszę też zwrócić uwagę na to, że tam, gdzie ma zapaść konkretne i wiadomo jakie rozstrzygnięcie, to do takich powoływani są specjalni sędziowie. Oni – tak jak to ma miejsce w przypadku sędziego Tulei – otrzymują wszystkie te sprawy, w których mogą się wykazać – delikatnie rzecz ujmując – niechęcią wobec rządzących, a nawet wrogością. Przecież np. sędzia Łączewski w swoich wypowiedziach demonstrował wrogość do obecnie rządzących, co więcej, deklarował doradztwo, jak uderzyć w obecną władzę.
Co z bezstronnością i niezawisłością sądów, skoro sojusznicy w sędziowskich togach wciąż idą w sukurs opozycji totalnej?
– W tym momencie tacy sędziowie sprzeniewierzają się tym wartościom, które winny cechować sędziego. Szczególnie chodzi tu o apolityczność i bezstronność. W wywiadzie dla tygodnika „Niedziela” powiedziałem, że nie mogę liczyć na sprawiedliwy wyrok. Proszę sobie wyobrazić, że moja sprawa trafia do jednego z wymienionych sędziów czy im podobnych, to jest oczywiste, że nie mógłbym liczyć na sprawiedliwy wyrok. A więc to, jakie ktoś ma poglądy polityczne, decydowałoby o tym czy wygrywa czy przegrywa sprawę. To są rzeczy niedopuszczalne, dlatego apolityczność sędziów jest niezbędna. Tyle tylko, że wielu sędziów – niestety – sprzeniewierzyło się tej zasadzie, sprzeniewierzali się już wcześniej, ale aż tak bardzo tego nie dostrzegaliśmy. Natomiast ostatnie wydarzenia pokazują wprost, jak mocno środowisko sędziowskie jest upolitycznione.
Panie Pośle, sędzia nie może mieć poglądów politycznych?
– Sędzia, jak każdy człowiek, może mieć poglądy polityczne i to jest sprawa normalna, natomiast nie może tych poglądów ujawniać, co więcej, te poglądy nie mogą decydować o podejmowanych przez niego rozstrzygnięciach.
Nie jest chyba rzeczą łatwą oddzielać te kwestie?
– Owszem, to jest trudna sprawa, ale sędzia – przede wszystkim – powinien mieć wrażliwe sumienie i powinien zapanować nad swoimi poglądami politycznymi. Sędzia w rozstrzyganiu spraw powinien się kierować nade wszystko prawem i sumieniem, a nie poglądami, sympatiami czy antypatiami politycznymi oraz tym, czy lubi, czy też nie lubi podsądnego, ale mieć na uwadze to, jak jego zachowanie ma się do prawa.
Postawa sędziego Tulei utwierdza Pana w przekonaniu, że kierunek reform wymiaru sprawiedliwości obrany przez rząd Zjednoczonej Prawicy był właściwy…?
– Tak jak wspomniałem – ostatnie wydarzenia, kiedy te środowiska w dramatycznej walce o utrzymanie status quo odsłaniają się i pokazują swoją prawdziwą twarz, to wszystko utwierdza mnie w przekonaniu, jak bardzo konieczna jest reforma wymiaru sprawiedliwości.
Ustawy o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa czekają na podpis prezydenta Andrzeja Dudy, następnie po upływie vacatio legis wejdą w życie.
Komisja Europejska jednak nie czekała na decyzję prezydenta i uruchomiła dzisiaj wobec Polski art. 7 unijnego traktatu. Trudno to określić inaczej jak próbę wywierania presji na Polskę…?
– Zadziwiające jest to, że Komisja Europejska nie interesowała się, kiedy mieliśmy do czynienia w Polsce z rażącym łamaniem praworządności, kiedy jedna afera goniła drugą, co więcej, nie były te sprawy rozliczane. I wtedy, kiedy mieliśmy w Polsce do czynienia z łamaniem praworządności, kiedy Polacy byli okradani ze swoich pieniędzy, kiedy było okradane całe państwo, kiedy mieliśmy do czynienia z gigantyczną niepraworządnością, to wobec tak rażących przypadków łamania praworządności KE milczała. Teraz wykazuje nadaktywność i atakuje Polskę.
Zatem czym wytłumaczyć tę dzisiejszą nadaktywność KE?
– Na pewno nie troską o prawa i wolności obywatelskie… Wręcz przeciwnie, dzisiaj KE troszczy się o to, żeby w Polsce było tak, jak było. Dlaczego ma być tak, jak było…? Dlatego, że wówczas można było ograbiać Polskę z potężnych pieniędzy. Przypomnę, że tylko w tym roku, dzięki uszczelnieniu VAT-u, udało się obronić przed grabieżą blisko 30 miliardów złotych. Ponadto KE trudno pojąć to, że Polacy wybrali rząd prawicowy, który jest trudny do zaakceptowania także przez rządy państw zachodnich wywodzące się z kręgów liberałów i lewaków.
Dlaczego gremia te drażni prawicowy rząd w Polsce?
– Poza sferą ideologii jest także obawa, że prawicowość w Polsce może się rozszerzyć poza granice Polski i objąć również inne państwa zachodnie, co już zaczyna mieć miejsce. Ugrupowania prawicowe coraz bardziej dochodzą do głosu, co zaczyna nabierać szczególnego znaczenia w państwach członkowskich. I w tym kontekście uderzenie w Polskę to nie ochrona praworządności, jak w swoich wizjach przekonuje wiceprzewodniczący KE Frans Timmermans, ale ochrona dotychczasowych interesów i próba zapobieżenia, aby rządy prawicowe nie rozszerzyły się na zachód Europy.
Elity brukselskie nie zdają sobie sprawy, że uprawiając taką politykę, uruchamiają niepisany artykuł zwiastujący początek końca projektu pod nazwą Unia Europejska?
– Wydaje się, że politycy europejscy, także elity brukselskie, prowadzą Unię w kierunku unicestwienia. Przecież to widać jak na dłoni. Jeżeli w krajach takich jak Francja czy Niemcy obywatele nie czują się bezpieczni, żyją w stanie zagrożenia życia, co więcej, we Francji mówi się nawet, żeby wprowadzić dwa porządki prawne: prawo francuskie i prawo koraniczne, to pokazuje, że Francja zaczyna tracić swoją tożsamość. Podobne niebezpieczne procesy zachodzą także w innych państwach zachodniej Europy. Świadczy to o tym, że rządzący dzisiaj Europą prowadzą ją do unicestwienia, do zatracenia tych wartości, na których Europa została zbudowana. To prosta droga do katastrofy. Tyle tylko, że unijni decydenci, zapatrzeni w siebie, w swoim multikulturalizmie nie wyciągają z tego właściwych wniosków.