• Sobota, 23 maja 2026

    imieniny: Iwony, Dezyderiusza

Opozycja nie ma nic do zaoferowania

Poniedziałek, 18 grudnia 2017 (18:40)

Z dr. hab. Norbertem Maliszewskim, profesorem Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, specjalistą ds. marketingu politycznego, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

Hanna Gronkiewicz-Waltz została odwołana czy też – jak twierdzą jej partyjni koledzy – zrezygnowała z funkcji wiceprzewodniczącej Platformy. Dlaczego tak długo trzeba było czekać na coś, co w związku z aferami reprywatyzacyjnymi od dawna wydawało się oczywiste?

– Platforma nie potrafi sobie poradzić z sytuacją w Warszawie, dlatego próbuje złapać dwie sroki za ogon, ale to nie wychodzi. PO za wszelką cenę chce utrzymać władzę w Warszawie, z kolei Hanna Gronkiewicz-Waltz idzie w zaparte. Próbuje zmarginalizować rolę komisji weryfikacyjnej do spraw reprywatyzacji, uważa ją za ciało niekonstytucyjne i przyjęła stanowisko, że nie musi się stawiać na wezwania i tłumaczyć. Większość Polaków, w tym również mieszkańcy Warszawy, jest przekonanych, że to tylko obrona, w dodatku prowadzona w nieumiejętny sposób, bo ci, którzy są nieobecni, zwykle nie mają racji. W związku z tym Hanna Gronkiewicz-Waltz jest obciążeniem dla Platformy, a sposobem na zdystansowanie się od niej jest pozbawienie jej funkcji wiceprzewodniczącej Platformy i de facto izolowanie. To jednak niewiele da, bo Hanna Gronkiewicz-Waltz jest obciążeniem dla swojej macierzystej partii, i to nie tylko w Warszawie, ale także w skali ogólnopolskiej. Temat reprywatyzacji będzie z pewnością nośny podczas kampanii samorządowej. Co więcej, będzie to poważny problem dla Platformy.

Grzegorz Schetyna buduje front przeciw PiS. Podczas Rady Krajowej Platformy namawiał do utworzenia wspólnego prezydium z Nowoczesną, co spotkało się z ripostą Katarzyny Lubnauer, która nie widzi na to szans. Jakie szanse ma wewnętrznie podzielona totalna opozycja w walce z PiS?

– Polityczna arytmetyka jest tutaj nieubłagana i dlatego opozycja, jeśli chce myśleć o swojej dalszej obecności na scenie, powinna się zjednoczyć. Jest to też kwestia ordynacji wyborczej, a więc więcej miejsc w sejmikach, w wyborach parlamentarnych czy nawet prezydenckich. Jednak problemem Platformy, która chce być liderem, jest to, że niby rozumie potrzebę zjednoczenia, ale de facto traktuje inne partie jako swoiste przystawki. Innymi słowy – Grzegorz Schetyna mówi o zjednoczeniu, ale tylko po to, żeby zdominować Nowoczesną. Z kolei Katarzyna Lubnauer rozumie to zagrożenie. Co więcej, jako nowy lider musi pokazać, że nie będzie ostatnią przewodniczącą tej formacji przed jej rozpadem. Musi też pokazać, że lepiej niż Ryszard Petru identyfikuje problemy i potrafi się porozumieć z Platformą. Paradoks polega na tym, że aby wynegocjować więcej dla swojej partii, musi mieć lepsze notowania i lepiej się porozumiewać z potencjalnymi koalicjantami. Jednak zawieranie porozumień jest bardzo trudne. Dotyczy to kwestii przywództwa i chaosu programowego. W tej atmosferze oba ugrupowania walczą o jak najlepszą pozycję dla siebie.

Czy taki negatywny program w sensie obalenia przeciwnika, bez mierzenia się na argumenty oraz chęć zdobycia władzy dla władzy ma szanse powodzenia, zwłaszcza że PiS może się pochwalić dużym społecznym poparciem?    

– Rzeczywiście trudno jest wskazać temat, jaki wniosłaby do debaty publicznej tzw. totalna opozycja. To, z czym obecnie mamy do czynienia, to czysta negacja wszystkiego, co się wiąże z rządem Zjednoczonej Prawicy. To jednak za mało, żeby przekonać Polaków do zmiany władzy. Co więcej, problemem tzw. totalnej opozycji jest to, że na skutek polaryzacji sceny politycznej zajmuje ona coraz bardziej skrajne stanowisko, np. gloryfikuje samobójstwo człowieka, który dokonał samospalenia przed Pałacem Kultury i Nauki w Warszawie, uznając ten czyn za akt odwagi. Ponadto próbuje ten akt porównywać do samospalenia Ryszarda Siwca we wrześniu 1968 r. na Stadionie X-lecia – w proteście przeciwko inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację – zestawiając obecną sytuację w Polsce z tą za czasów dyktatury komunistycznej. Ponadto opozycja wytacza w sposób nieuprawniony działa, używając języka i porównań nieprzystających do rzeczywistości – w rodzaju: koniec demokracji. Zapomina przy tym, że w polityce nie jest tak jak u Hitchcocka, gdzie za każdym razem – jeszcze bardziej – można stopniować napięcie. To, że temat się wypalił, widać po garstkach ludzi, którzy w obronie rzekomo łamanej demokracji spotykają się m.in. przed Sejmem.

Co sprawia, że obecna opozycja nie wyciąga wniosków?

– Dlatego efekt jest taki, że dla umiarkowanych wyborców diagnoza stawiana przez opozycjonistów totalnych rozbiega się z tym, co obserwują na co dzień. Gospodarka się rozwija, spada bezrobocie, redukowane jest ubóstwo, stąd narracja czy wręcz panika informacyjna, która funkcjonuje, kiedy rzeczywistość widziana oczyma Polaków ma się nijak do wizji przedstawianych przez zawiedzionych utratą władzy polityków. To wszystko sprawia, że średnia sondażowa i zsumowane wyniki Nowoczesnej i Platformy w grudniu są rekordowo niskie, najniższe od dwóch lat. To pokazuje, że sposób postępowania, błędnie stawiane diagnozy i coraz bardziej widoczny kryzys przywództwa to nie są cechy, które predestynowałyby te formacje polityczne do objęcia władzy w Polsce. Tymczasem Prawo i Sprawiedliwość po ośmiu latach w politycznym czyśćcu wykonało ogromną pracę, m.in. powstały i działały zespoły pracy programowej, stworzono program, co więcej – poszukiwano nowych wyborców, otwierano się na nowe środowiska, co przyniosło efekty. Opozycja totalna tej pracy nie wykonała, a to zły prognostyk, jeśli chodzi o poparcie w wyborach.

Do kogo dzisiaj odwołuje się w swoim przekazie tzw. opozycja totalna?            

– Obecną opozycję cechuje słabość, nieudolność i brak programu dla Polski. W związku z tym, że następuje polaryzacja, diagnozy stawiane przez Platformę czy Nowoczesną są na tyle skrajne, że pozostaje im odwoływać się do wyborców, którzy mają skrajnie ideologiczne przekonania. Jeśli przekazem, jaki płynie, są hasła o końcu demokracji czy o ogromnym kryzysie, to siłą rzeczy trafiają one do wyborców liberalnych, po części też do lewicy. Tak czy inaczej nie jest to diagnoza podzielana przez szersze grono wyborców. Przypomnę tylko, że ponad 80 proc. Polaków chce zmian w szeroko pojętym wymiarze sprawiedliwości i ci ludzie nie rozumieją argumentów stawianych przez Platformę i Nowoczesną, która na sztandarach ma tylko krytykę i hasła obalenia władzy. To nie może przekonać ludzi.

Jak widzi Pan przyszłość Nowoczesnej, o której przewodnicząca Lubnauer mówi, że ma tożsamość, chce być „ikoną klasy średniej” i reprezentować ciężko pracujących ludzi?

– Zaletą Nowoczesnej na starcie było to, że ugrupowanie tworzone przez Ryszarda Petru miało być alternatywą dla wyborców Platformy. Partia ta reprezentowała podobne wartości, a przy tym była antypisowska. Ryszard Petru starał się ustawiać Nowoczesną jako partię bardzo liberalną, później jako bardziej centrową, a teraz Katarzyna Lubnauer stara się – z jednej strony – odwoływać się, jeśli chodzi o światopogląd, do poglądów wyborców lewicowych, z drugiej zaś – jak pan redaktor zauważył – chce być „ikoną klasy średniej”. Summa summarum nie widać, żeby została wykonana praca podstawowa, gdzie wyborca mógłby się zorientować, jaki program ma to ugrupowanie. Tym bardziej będzie to trudne dla Nowoczesnej, aby zaprezentować się i pozyskać szersze grono wyborców. Z kolei Grzegorz Schetyna bardziej zajmuje się próbą wchłonięcia Nowoczesnej przez Platformę niż rywalizacją z PiS. Ten chaos powoduje, że notowania zarówno Platformy, jak i Nowoczesnej są bardzo niskie i nic nie wskazuje na to, żeby w tej materii coś miało się zmienić. Tak czy inaczej rozstrzygnięcia nastąpią po wyborach samorządowych. Być może wówczas pojawi się mocniejszy impuls do tego, aby opozycja się zjednoczyła. Trudno jednak sądzić, żeby ta ewentualna, przyszła współpraca odbywała się inaczej niż na warunkach Platformy.

Z czego wynika poparcie dla PiS? Czy jest to ugrupowanie silne, bo ma jasny, spójny program, który realizuje, czy jest silne słabością opozycji?   

– Jeśli się przyjrzeć scenie politycznej w Polsce, to można zauważyć, że rząd Zjednoczonej Prawicy robi to, o czym wcześniej politycy opozycji mówili, że się nie da. Programy społeczne, redukowanie skali ubóstwa, a teraz bardzo możliwe, że poszerzenie tych programów o aspekt gospodarczy, czyli pokonywania pułapki średniego rozwoju, większa rola innowacji, budowanie klasy średniej kapitału i zamożności polskiego społeczeństwa, budowanie narodowych czempionów. Nic nie bierze się z niczego, jak mówi przysłowie: „Z pustego i Salomon nie naleje”. Dlatego jeśli mają być realizowane kolejne programy PiS, jak tanie budownictwo czy programy typu „Mieszkanie+”, to na to potrzebne są pieniądze, ale też działki, ziemia, które są w zasobach agencji rządowych. I tu PiS przekracza kolejne obszary niemożności. Dlatego poparcie dla partii rządzącej opiera się na solidnych podstawach, które dotyczą zarówno wskaźników społeczno-gospodarczych, jak i spójnego programu, który jest realizowany i – co ważne – nie opiera się na PR, a więc na przekonaniu, w czym i na ile jesteśmy lepsi od opozycji. W kreowaniu wizerunku mistrzem był Donald Tusk, tyle że poza marketingiem niewiele tam było konkretów. Tymczasem postępowanie PiS charakteryzuje się działaniem, nie słowami. Partia Jarosława Kaczyńskiego wyciągnęła wniosek z poprzednich rządów w latach 2005-2007, gdzie nie udało się wielu reform wprowadzić. Teraz PiS kompensuje wówczas stracony czas.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki