• Sobota, 23 maja 2026

    imieniny: Iwony, Dezyderiusza

Dobrze, że zrezygnowaliśmy z francuskich nielotów

Piątek, 15 grudnia 2017 (21:11)

Z Romanem Jakimem, przewodniczącym Sekcji Krajowej Przemysłu Lotniczego NSZZ „Solidarność”, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Większość francuskich helikopterów Caracal nie jest zdolna do latania. Zważywszy na to, chyba dobrze, że rządowi Beaty Szydło udało się zablokować ten niekorzystny kontrakt?

– To bardzo dobrze, ale nie byłoby takiej decyzji, gdyby nie upór i konsekwencja w działaniu NSZZ „Solidarność” i Sekcji Krajowej Przemysłu Lotniczego NSZZ „Solidarność”. To jedna sprawa, a druga to zrozumienie ze strony ówczesnej premier Beaty Szydło i szefa MON Antoniego Macierewicza oraz oczywiście Ministerstwa Gospodarki i – wtedy – wicepremiera Mateusza Morawieckiego. Tylko dzięki mądrej polityce i działaniom wspomnianych ośrodków nie wdepnęliśmy w ogromny z wielkimi konsekwencjami ekonomicznymi problem.

Kiedy jednak za rządów koalicji PO – PSL NSZZ „Solidarność” wskazywała, że caracale to zły pomysł, odsądzano was od czci i wiary…

– Nie chciałbym dzisiaj mówić, bo nie jest to moja rola, że po tym, co słyszymy, parlament RP powinien się zastanowić nad powołaniem specjalnej, sejmowej komisji do zbadania przekrętu śmigłowcowego. Wyjaśnienia wymaga to, co faktycznie było powodem, że zarówno ówczesny szef MON Tomasz Siemoniak, jak i jego zastępca Czesław Mroczek tak bardzo upierali się przy wyborze francuskich caracali. Co więcej, przekonywali nas, że najlepszy dla polskiej armii jest wybór śmigłowców Caracal oferowanych przez Airbus Helicopters.

Ponadto naciskano, że jest to nie tylko zapewnienie bezpieczeństwa, ale także potężna szansa dla polskiego przemysłu, zresztą nie tylko lotniczego, w ramach korzyści wynikających z realizacji umowy offsetowej. Gdyby nie nasz konsekwentny sprzeciw, dzisiaj mogliśmy mieć poważny problem: caracale stojące w hangarach na lotniskach, wydane ogromne pieniądze, bo ponad 13,4 miliarda złotych i żadnych miejsc pracy dla polskich pracowników.        

Skoro ówczesne kierownictwo MON mówiło o szansach, to dla kogo?

– Z tego, co mówili i do czego przekonywali przy wyborze francuskich caracali ówcześni ministrowie Siemoniak i Mroczek, miała to być szansa dla Wojskowych Zakładów Lotniczych w Łodzi. Dzisiaj widzimy, jakie oblicze miała ta szansa.

Patrząc na to, co się dzieje, skoro tyle śmigłowców czeka na remont, to, kto wie, czy nie mieli racji…?

– No tak, jeśli mieliśmy kupić francuskie śmigłowce tylko po to, żeby je remontować, to rzeczywiście tak. Byłem i jestem przekonany, że zależy nam, aby kupić śmigłowce dla polskiej armii, które będą służyć obronności Polski. Natomiast obsługę posprzedażną – czyli konserwacje, przeglądy – oczywiście za jakiś czas, po wykonaniu odpowiednich przelotów i resursów, też trzeba brać pod uwagę, tylko pod tym warunkiem, że będą one wykonywane w Polsce.

Jednym z aspektów tego kontraktu były naprawy tak drogie, że nawet Francuzi nie mogą sobie na nie pozwolić…

– To nas tylko utwierdza w przekonaniu, że decyzja o zakończeniu postępowania przetargowego bez wyłonienia oferenta była decyzją ze wszech miar słuszną. Przypomnę, że początkowo miał to być zakup 70 śmigłowców wielozadaniowych za kwotę ponad 13 miliardów złotych. Ostatecznie liczba maszyn została zredukowana do 50 śmigłowców za tę samą kwotę. Dzisiaj widzimy, że nie tylko same śmigłowce, jakie nam oferowali Francuzi, były bardzo drogie, ale również obsługa posprzedażna, czyli remonty, naprawy itp. Jeśli rząd francuski nie stać na wydatkowanie takich kwot na utrzymanie i modernizację tego sprzętu, żeby te śmigłowce podnieść z ziemi, żeby mogły służyć armii francuskiej, to niby jak miałoby nas stać.

Wydaje się zatem, że za ogromne pieniądze próbowano nam wcisnąć nieloty od Airbusa i to w dodatku mało bezpieczne?

– Z informacji, jakie do nas docierają, francuskie śmigłowce Caracal są mocno awaryjne. Z tego, co donosiły media, takich wypadków było dwa lub trzy. Wystarczy tylko wspomnieć katastrofę bliźniaczego śmigłowca Caracal helikoptera H225 Super Puma, który uległ katastrofie 29 kwietnia 2016 r. w Norwegii. W wyniku tego zdarzenia śmierć poniosło dwóch członków załogi i 11 pasażerów. Przyczyną katastrofy było najprawdopodobniej uszkodzenie elementu przekładni planetarnej. Proszę zwrócić uwagę, że rząd koalicji PO – PSL snuł pomysły, że miała to być jedna platforma śmigłowcowa, co oznacza, iż w przypadku takiej awarii, wypadku nie dość, że zgodnie z prawem lotniczym wszystkie maszyny musiałyby zostać uziemione do chwili ustalenia i wyeliminowania przyczyn tragedii, to dodatkowo nie byłoby nas stać na remonty. 

Jeszcze raz powtórzę, że tylko dzięki uporowi strony związkowej, ale też zrozumieniu premier Beaty Szydło, kierownictwa MON i resortu gospodarki, a więc obecnego premiera Mateusza Morawieckiego, udało się zastopować tę niekorzystną i niebezpieczną dla Polski decyzję.

Zgodnie z wiedzą, która posiadamy dzisiaj na temat caracali, w jakim świetle stawia to ekipę Tuska, Kopacz i ówczesnego prezydenta Komorowskiego, który podczas kampanii prezydenckiej osobiście ogłaszał wybór caracali?

– Jako Polak, jako działacz związkowy „S” lotniczej byłoby mi wstyd komentować decyzję wspomnianej przez pana redaktora trójcy. Jaki stosunek do Polski, do polskiej armii, do własnego narodu muszą mieć ludzie na szczytach władzy – cała ta, pożal się Boże, koalicja PO – PSL, którzy taki „pasztet” chcieli zafundować nam wszystkim? To świadczy nie tylko o totalnej ignorancji, niekompetencji, ale o szkodliwym działaniu de facto przeciw bezpieczeństwu Polski.

Jak dzisiaj jawi się ówczesny min. Siemoniak, który naciskał na zakup caracali, krytykował zaś, kiedy MON za min. Macierewicza unieważnił przetarg?

– Panie redaktorze, jako strona społeczna uczestniczyliśmy w tym przetargu i był taki moment, podczas spotkania w siedzibie MON, kiedy wiceminister Mroczek w obecności min. Siemoniaka powiedział do nas wprost: – Jeśli kwestionujecie naszą decyzję – o wyborze caracali – to nas zaskarżcie do sądu. Kto wie, może rzeczywiście przydałby się sąd, żeby zbadać całą tę sprawę i straty, jakie mogłaby spowodować decyzja o zakupie francuskich śmigłowców.

Wcześniej wspomniał Pan również o zasadności powołania specjalnej, sejmowej komisji do zbadania tego przetargu…    

– Być może potrzebna będzie komisja śledcza powołana przez parlament. Tu bowiem nie chodzi tylko o 13,4 miliarda złotych, jakie kosztowałby polskiego podatnika zakup tego francuskiego – jak widać – złomu, ale tu chodzi przede wszystkim o bezpieczeństwo Polski, a to jest znacznie ważniejsze niż pieniądze. W mojej ocenie, ówcześni ministrowie obrony narodowej Tomasz Siemoniak oraz Czesław Mroczek – oczywiście z premierami Donaldem Tuskiem i Ewą Kopacz – kierowali Polskę w kierunku pogorszenia bezpieczeństwa i narażenia na duże wydatki finansowe budżetu państwa.

Taka komisja miałaby się czym zająć?

– Myślę, że pracy by nie brakowało. Osobiście jestem bardzo ciekawy, jakie były warunki taktyczno-techniczne, jakie zostały przedstawione przez Airbus Helicopters, a jakie przez firmę Sikorsky i PZL Mielec oraz Agustę Westland i PZL Świdnik, że te dwie ostatnie oferty zostały ukręcone już na starcie, a oferta francuska przyjęta. Jest jeszcze kilka innych spraw, które dobrze byłoby wyjaśnić, aby na przyszłość – każdy, kto będzie wdrażał tego typu procedury, miał świadomość, że zostanie to zbadane, a w przypadku przekrętów, że dojdzie do rozliczeń i ukarania winnych. W mojej ocenie, śmigłowiec Caracal w niczym nie był lepszy, a jak widzimy, nawet gorszy od Black Hawków produkowanych w Mielcu czy AW-149 produkowanego w Świdniku, a do tego jeszcze dużo droższy.

Dobrze, że caracale nie strzegą polskiej przestrzeni powietrznej, ale z drugiej strony, kto nas dzisiaj strzeże, bo na razie Wojsko Polskie wciąż nie ma śmigłowców?

– Cieszymy się, że nie podjęto – jak pan redaktor zauważył – złej decyzji, natomiast wciąż nie możemy się doczekać nowej i lepszej. W najbliższy poniedziałek zaplanowane jest posiedzenie zespołu trójstronnego, gdzie w programie jest punkt śmigłowcowy. Mam nadzieję, że wiceszef MON Bartosz Kownacki przedstawi nam program śmigłowcowy na najbliższe lata. Według naszej wiedzy, do końca grudnia br. na zapytanie ofertowe MON-u mają czy raczej powinni odpowiedzieć wszyscy trzej oferenci: konsorcjum PZL Mielec i Sikorsky Aircraft Corporations (należące do amerykańskiego koncernu Lockheed Martin), spółka WSK „PZL Świdnik” (należąca do włoskiej grupy Leonardo) oraz konsorcjum złożone ze spółek Airbus Helicopters i Heli Invest. Tak czy inaczej, gdyby miała zostać podjęta – naprędce – taka decyzja jak przy wyborze caracali, to może lepiej niech się to trochę odwlecze, ale będziemy mieć pewność, że wybieramy najlepszy sprzęt, który będzie służył naszej obronności, a nie w hangarach czekał na remonty.

Pozostając w sferze domysłów, kiedy według Pana ewentualnie moglibyśmy mieć pierwsze nowe śmigłowce?

– Realnie patrząc na proces technologiczny związany z produkcją tego typu sprzętu, to jeśli w miarę szybko MON się upora z wyłonieniem dostawcy, to druga połowa 2019 r. byłaby realnym terminem dostaw dla Wojska Polskiego pierwszych śmigłowców.

To przynajmniej półtora roku... Kto do tego czasu będzie strzegł polskiego nieba?

– Do tego czasu będziemy musieli sobie jakoś poradzić. Nie ma innego wyjścia.

                              Dziękuję za rozmowę.  

Mariusz Kamieniecki