• Sobota, 23 maja 2026

    imieniny: Iwony, Dezyderiusza

Żadnych imigrantów muzułmańskich

Niedziela, 10 grudnia 2017 (12:03)

Z prof. Karolem Karskim, byłym sekretarzem stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, posłem do europarlamentu z Prawa i Sprawiedliwości, członkiem Prezydium Parlamentu Europejskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

Komisja Europejska skierowała do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej pozew przeciwko Polsce, Węgrom i Czechom w związku odmową przyjęcia uchodźców. Z czym mamy do czynienia?

– To jest kolejna próba wymuszenia m.in. na Polsce decyzji wbrew zdaniu obywateli, ale przede wszystkim badanie gruntu na przyszłość, a mianowicie jak zostałaby odebrana i czy możliwe byłoby – raz jeszcze – przyjęcie decyzji o relokacji imigrantów. Na razie po upływie czasu obowiązywania poprzedniego rozporządzenia postanowiono nie wracać do procedury przymusowej relokacji, ale – jak widać – wciąż trwają próby, aby podtrzymać żywot tamtej koncepcji. Fakty są jednak takie, że narzucony z góry obowiązek przyjmowania uchodźców już nie istnieje, ponieważ program relokacji z 2015 r. wygasł we wrześniu tego roku. Jeśli zajdzie taka potrzeba, to przed Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu będziemy przedstawiać nasze racje. Najważniejsze jest jednak to, że imigrantów muzułmańskich z Afryki Północnej czy Bliskiego Wschodu w Polsce co do zasady nie będzie. Żadne państwo członkowskie Unii Europejskiej nie ma obowiązku podejmować działań z narażeniem bezpieczeństwa oraz życia i zdrowia swoich obywateli.

A zatem na razie mamy sondowanie przez karanie, i to tylko niektóre państwa?

– Widać wyraźnie, że są to działania motywowane chęcią rewanżu, i to nie tylko ze strony Komisji Europejskiej, ale również ze strony sfrustrowanego regionalnego potentata gospodarczego, jakim są Niemcy, które próbują w ten właśnie sposób odreagować swoje problemy wewnętrzne związane chociażby z niemożnością skonstruowania rządu.

Frans Timmermans, uzasadniając pozew, mówił o problemach z miejscami dla uchodźców przed zimą i o pogarszających się warunkach w Libii, ale tak naprawdę nie przedstawił żadnych podstaw prawnych przyjmowania, żadnych argumentów…

– Frans Timmermans nie rozumie nic z tego, co robi i mówi. Tezy, które wygłasza, czasem nawet z pamięci, co powoduje dodatkowy zamęt, przygotowują mu inni, zaś on sam pozostaje tubą propagandową. Jego działanie ogranicza się do woli czy chęci zrobienia czegoś wbrew Polsce. Najlepiej widać to na posiedzeniach Komisji Europejskiej czy Parlamentu Europejskiego, kiedy zabiera głos, atakując Polskę. Trudno oprzeć się wrażeniu, że jest to działanie sfrustrowanego polityka, którego partia w Holandii ma tak niskie notowania, że prawdopodobieństwo przedłużenia sprawowania urzędu wiceszefa KE przez Timmermansa jest bliskie zeru. Sam Frans Timmermans oraz ludzie mu podobni, zajmujący wysokie stanowiska w Brukseli, jednak nie pochodzące z wyborów, ale będące wynikiem politycznych targów i układanek politycznych w wyższych sferach, robią wszystko pod dyktando swoich mocodawców, licząc, że to przedłuży im polityczny byt.

Polsce, Węgrom i Czechom zarzuca się, że nie wykazały żadnego zaangażowania czy solidarności wobec imigrantów. 

– O tym, że nie chcemy i nie będziemy przyjmować imigrantów muzułmańskich, decydują kwestie bezpieczeństwa. Nie możemy i nie będziemy płacić za błędy Niemiec czy Francji, które najpierw – w dobrze pojętym własnym interesie ekonomicznym – ochoczo otwierały swoje granice dla imigrantów muzułmańskich jako taniej siły roboczej, a kiedy ta polityka zbankrutowała, kiedy zagrożenie zamachami wzrasta, to próbują odpowiedzialnością podzielić się z innymi państwami, stwarzając również tam niebezpieczeństwo. Na to zgody nie ma i nie będzie. Jednocześnie wskazujemy, że Polska wbrew nieprawdziwej retoryce nie jest zamknięta na imigrację, czego dowodem jest fakt, iż w naszym kraju aktualnie mieszka i pracuje dwa miliony Ukraińców. Spora ich część to uciekinierzy przed inwazją rosyjską na wschodzie Ukrainy. Otwierając granice dla tych ludzi, nie czynimy z tego żadnego problemu. Tymczasem elity brukselskie, atakując Polskę, grożąc nam karami, wydają się tego faktu nie dostrzegać. Co więcej, w swojej narracji usiłują przekłamywać fakty, przedstawiając Polskę jako kraj nieczuły na ludzką krzywdę.

Dlaczego nie dostrzega się, że Polska w sposób humanitarny pomaga m.in. ofiarom wojny w Syrii? Dlaczego fakt, iż chcemy wspomagać ofiary konfliktów w miejscu ich pochodzenia, nie jest akceptowany?

– To jest kolejny dowód na to, że nie chce się dostrzegać merytorycznych argumentów świadczących na naszą korzyść, za to chętnie przedstawia się argumenty nieprawdziwe wyssane z palca. Zresztą trzeba też mieć świadomość, kto zgodził się na przymusową relokację i przyjęcie do Polski imigrantów z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu. Zrobił to rząd Platformy i PSL, kiedy funkcję premiera sprawowała Ewa Kopacz. Gdybyśmy wtedy nie złamali solidarności Grupy Wyszehradzkiej, sytuacja dzisiaj mogłaby wyglądać zupełnie inaczej, nie musiałoby nawet dojść do głosowania w tej sprawie. Natomiast mieliśmy do czynienia z rządem szkodników, który wyraził zgodę na tego typu rozwiązania, które po pierwsze zagrażają bezpieczeństwu państw członkowskich, a po drugie są sprzeczne z traktatami unijnymi.

Co na ten temat mówi prawo unijne?

– Prawo unijne jest w tym aspekcie jednoznaczne, mianowicie kwestia polityki azylowej na poziomie unijnym nie może być regulowana bez zgody państw członkowskich. I to niektórzy zachodnioeuropejscy politycy na własne życzenie zafundowali swoim społeczeństwom poważny kłopot. W Polsce bomby na ulicach nie wybuchają, za to we Francji jest permanentny stan wyjątkowy, formalnie zniesiony 1 listopada, choć przepisy odbierające niektóre prawa obywatelskie przeniesiono na stałe do prawa, które obowiązuje już ustawicznie. Ograniczenia praw obywatelskich, które zostały w ten sposób wprowadzone, są więc już czymś stałym i „normalnym” we Francji. W Niemczech z kolei nawet już się nie podaje, kto, gdzie, kiedy i kogo zasztyletował, zgwałcił, okradł, bo napady, rozboje dokonywane przez imigrantów są na porządku dziennym. Obecnie na jarmarkach bożonarodzeniowych w Niemczech place, gdzie zlokalizowane są stoiska, odgradzane są potężnymi betonowymi blokami w świątecznych opakowaniach z wstążkami kamuflującymi zawartość. Przecież to jakiś obłęd. Jak pisała Zofia Nałkowska w motcie do „Medalionów” – „ludzie ludziom zgotowali ten los” i znowu są to Niemcy.

Czym byłoby przyjęcie, nawet symbolicznej, liczby uchodźców?

– To byłoby stworzenie wyłomu precedensu, który mógłby zostać wykorzystany przeciwko nam. W Polsce nie ma potrzeby przyjmowania imigrantów ekonomicznych z Afryki Północnej czy Bliskiego Wschodu. Zresztą wszystkie działania tych, którzy chcieli nam podesłać imigrantów muzułmańskich, były działaniami podejmowanymi w złej wierze. Te osoby selekcjonowano w taki sposób, że później okazywało się, iż mają one po kilka paszportów, kilka tożsamości, co więcej – są rodzinnie powiązane z osobami, w stosunku do których są poważne zastrzeżenia czy wręcz podejrzenia o działalność przeciwko bezpieczeństwu. Biorąc to pod uwagę, właściwie nie mieliśmy wyboru w tym, kogo przyjmować, a wszystkie osoby, które nam proponowano, zostały zweryfikowane negatywnie, zdyskwalifikowane albo ze względu na naruszenie przez nie prawa, albo ze względów bezpieczeństwa. Poza tym taki wyjątek mógłby się stać regułą, nie ma więc żadnego powodu, żeby tworzyć wyłomy. Jeśli przyjęlibyśmy jednego to, dlaczego nie pięciu. Jak pięciu, to dlaczego nie pięćdziesięciu. A jak pięćdziesięciu, to dlaczego nie pięciuset, a potem jeszcze więcej. To by się nigdy nie skończyło. Proszę mieć także świadomość, że liczba przyjętych imigrantów w krótkim czasie zwiększa się w tempie logarytmicznym poprzez łączenie rodzin, ściąganie znajomych itd. Sprawa jest zatem prosta: jeśli wiemy, że coś jest złe, to tego nie robimy.

Jak wygląda procedura takiego pozwu oraz czy i co ewentualnie nam grozi?

– Owszem, są przewidziane jakieś kary finansowe, ale do tego daleka droga. Natomiast warto się zastanowić nad tym, co groziłoby nam w przypadku realizacji takiego rozporządzenia. Wówczas groziłyby nam wybuchy na dworcach kolejowych, lotniskach, rozboje w biały dzień, gwałty, przemoc. Innymi słowy – to wszystko, z czym obecnie się spotykamy w Niemczech czy we Francji. Na to zgody nie ma i być nie może.

Dziękuję za rozmowę.  

Mariusz Kamieniecki