• Sobota, 23 maja 2026

    imieniny: Iwony, Dezyderiusza

Dla Polaków ważny jest interes narodowy

Sobota, 18 listopada 2017 (17:24)

Z dr. hab. Norbertem Maliszewskim, profesorem Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, specjalistą ds. marketingu politycznego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Jak przekonać „elity brukselskie”, że w Polsce nie ma zagrożenia dla demokracji?

– Trudno przekonać kogoś, kto jest odporny na argumenty. Jeśli spojrzeć na postawy czy wręcz zacietrzewienie liberalnych polityków, ale też z partii ludowej, to wydaje się, że nie widać sposobu na zmianę stanowiska. Politycy tych formacji mają już swoją ocenę i podjęli już decyzję, na co wskazuje chociażby popiarcie rezolucji przeciwko Polsce. Nie należy też przypuszczać, żeby w Polsce w tej chwili zapadły decyzje, żeby zmieniły się ustalenia odnoszące się chociażby do Trybunału Konstytucyjnego czy Krajowej Rady Sądownictwa. W związku z tym ci politycy bardziej się zastanawiają, jak skutecznie ukarać Polskę, mając jednocześnie świadomość, że nie uda się użyć „opcji atomowej” – artykułu 7 Traktatu o Unii Europejskiej. Owszem, ta procedura wobec Polski – jak można przypuszczać – zostanie uruchomiona i być może będą postawione i głosowane na forum Parlamentu Europejskiego kwestie poważnego ryzyka zagrożenia demokracji w Polsce i wartości, na których opiera się Unia Europejska, ale nie oznacza to sankcji. Te zaś nakłada Rada Europejska na wniosek jednej trzeciej państw członkowskich lub Komisji Europejskiej, po uzyskaniu zgody europarlamentu. Tyle tylko, że aby nałożyć sankcje na dany kraj, wymagana jest jednomyślność w Radzie Europejskiej. W związku z tym, że mamy po swojej stronie Węgry, które – jak deklarują – zagłosują przeciwko, to sankcji na Polskę nie będzie.

Po co zatem ten cały szum?

– Te działania mają na celu przede wszystkim podporządkowanie sobie państw, które są przeciwne polityce uprawianej przez lokomotywy europejskie: Niemcy i Francję, wspierane przez elity brukselskie. Chodzi o to, żeby wymusić na innych państwach członkowskich działania zgodne z wytycznymi Komisji Europejskiej. Tyle tylko, że te naciski będą miały charakter raczej nieformalny, polegający bardziej na tym, żeby stworzyć klimat karania niepokornych, utrudniając im dostęp do różnego rodzaju środków europejskich bądź przyszłe budżety planować tak, aby pomniejszać pozycję tych państw w negocjacjach wsparcia, z którego Polska w dużej mierze korzysta.

Sześcioro europosłów Platformy zagłosowało za rezolucją przeciwko Polsce. Co więcej, domagają się interwencji w polskie sprawy. Czy to tylko brak patriotyzmu? W jakich w ogóle kategoriach rozpatrywać to zachowanie?

– Zachowanie europosłów Platformy to jest – w mojej ocenie – przejaw sztywności ideologicznej i braku wyobraźni. Ze względu na to, że nieformalne sankcje – zwłaszcza budżetowe – będą dotyczyć polskiej gospodarki i polskiego społeczeństwa, to europoseł, który w porównaniu z większością Polaków ma bardzo duże uposażenie, co więcej, nie jest zainteresowany statusem materialnym zwykłego Kowalskiego, to taki europarlamentarzysta bardzo szybko otrzyma czerwoną kartkę.

Przypomina Pan sobie, żeby europosłowie jakiegokolwiek kraju występowali tak zdecydowanie przeciwko własnemu rządowi i państwu?

– Nie pamiętam takiej sytuacji. Politycy tzw. totalnej opozycji liczą, że PiS od władzy odsunie zagranica. Z pewnością w żadnym europejskim kraju takie zachowanie czy zachowania nie są codzienną praktyką. W europejskich demokracjach obowiązuje nieformalna zasada, że nie występuje się, nie głosuje się przeciwko interesom własnego państwa, społeczeństwa, przeciwko interesom narodowym. Nawet jeśli wewnętrzna walka polityczna jest zażarta, to jest ona rozstrzygana na krajowym podwórku. Niestety w głowach polityków Platformy panuje przekonanie, że Polacy kierują się oceną osób rzekomo obdarzonych autorytetem, czyli w tym wypadku polityków z zachodniej Europy, tyle tylko, że i jedni, i drudzy są w błędzie. Dlatego głosowanie europarlamentarzystów Platformy przeciwko własnemu państwu należy rozpatrywać w kategoriach samobójstwa politycznego. Młodzi ludzie, ale nie tylko oni, mają coraz większą świadomość polityczną i nie kierują się tylko czystą retoryką, jaka płynie z ust polityków, albo utartymi stereotypami. Dla nich priorytetem nie jest to, jak postrzegają nas inni, ale dla zdecydowanej większości Polaków ważny jest interes narodowy, interes społeczny. I nawet jeśli założyć, że politycy, o których mowa, mieliby chociażby cząstkę racji w tym, co głoszą – czyli nawet jeśli prawdą byłoby, iż zmiany, chociażby w Trybunale Konstytucyjnym, zostały przeprowadzone ze złamaniem Konstytucji RP – to i tak żaden szanujący się, odpowiedzialny polityk nie głosowałby za rezolucją przeciwko własnemu społeczeństwu.              

Uzasadnione jest nazywanie przez polityków Platformy Marszu Niepodległości faszystowskim?

– To są oceny zupełnie nieuzasadnione. Jeśli nawet prześledzić znaczenie tych treści, jakie się pojawiły na marszu w dniu 11 listopada, to trzeba wyraźnie powiedzieć, że nie były to hasła faszystowskie, ale bardziej rasistowskie. Natomiast ważne jest to, że tego typu hasła miały marginalne znaczenie. Trzeba też pamiętać, że zarówno rasizm, jak i zachowania ksenofobiczne oczywiście domagają się krytycznej oceny. Jednocześnie nie można powielać czy przymykać oka na przypisywanie Polsce stereotypu społeczeństwa, które jest ultranacjonalistyczne, co jest absolutnie nieprawdą. Dlatego trzeba pamiętać również o tym, żeby odcinać się od zachowań ekstremistów. Natomiast prawdą jest, że w Marszu Niepodległości w Warszawie uczestniczyli młodzi ludzie – patrioci. Oczywiście błędy popełnili organizatorzy, bo choć trudno jest kontrolować tak ogromną masę ludzi, to jednak mając świadomość zagrożeń dotyczących wspomnianego wcześniej stereotypu, trzeba było dołożyć starań, aby nawet zdarzenia incydentalne ograniczyć do minimum, a najlepiej wykluczyć. Policja też powinna się zajmować ludźmi, którzy łamią prawo, bo hasło, jakie się przybiło do mediów, z pewnością było złamaniem prawa.

Czy wybijanie na czołówki bądź co bądź incydentu w konsekwencji nie obróci się przeciwko formacji, która podsyca atmosferę?  

– Pokazywanie w krzywym zwierciadle tego marszu i próby nadania mu innego niż patriotyczny wydźwięku może – zwłaszcza wśród młodych ludzi – spowodować proces reaktancji, czyli robienia na przekór. Stąd spodziewam się, że w przyszłym roku tego typu marsze patriotyczne będą bardziej popularne, niż miało to miejsce w tym roku. Wszystko na zasadzie sprzeciwu. Jeśli ktoś przedstawia fakty w krzywym zwierciadle, jeżeli ktoś używa ostrza propagandy, forsując wersję, że 11 listopada w Warszawie maszerowali faszyści, co – jak wiemy – nie jest prawdą, to musi się liczyć z reakcją. Przypomnę może, że jeszcze kilka lat temu – za rządów koalicji PO – PSL – Święto Niepodległości było dniem smutnym, bo zamiast świętowania naszej polskiej wolności mieliśmy do czynienia z wydarzeniami o negatywnym charakterze, jak starcia z policją, demolowanie miasta, tymczasem teraz tego nie ma. Niepodległość świętują młodzi ludzie – patrioci i sądzę, że w 2018 roku ta frekwencja będzie jeszcze wyższa.

Jak odebrał Pan słowa Grzegorza Schetyny, który uważa, że obecny polski rząd prowadzi brunatną, faszystowską, agresywną, nienawistną politykę?

– Mamy tu do czynienia z przypisywaniem gombrowiczowskiej gęby Prawu i Sprawiedliwości i z próbą spychania tej politycznej formacji do narożnika ultranacjonalizmu czy faszyzmu. W oczach polityków zachodnich, zwłaszcza liberałów, być może ten zabieg będzie skuteczny. Natomiast jeśli się głębiej zastanowić nad tym, jak faktycznie wygląda scena polityczna w Polsce, to PiS-owi z całą pewnością zawdzięczamy to, że w naszym kraju nie ma takich ugrupowań jak Front Narodowy we Francji czy Alternatywa dla Niemiec (AfD). W Polsce nie ma też partii w rodzaju proputinowskim, czyli o charakterze ultranacjonalistycznym, nie ma też u nas partii ekstremistycznych.

Co jest czynnikiem sprzyjającym powstawaniu tego typu formacji?

– Takie partie pojawiają się na zachodzie Europy, a czynnikiem sprzyjającym jest kryzys migracyjny, a co za tym idzie – kryzys wartości zachodnioeuropejskich. Powstaje luka, którą wypełniają właśnie ruchy czy ugrupowania ultranacjonalistyczne – w dodatku w sposób ukryty finansowane czy współfinansowane przez służby rosyjskie. PiS zadbało o to, żeby tego typu twory czy ugrupowania w Polsce nie powstawały. Wbrew tym oczywistym faktom Grzegorz Schetyna próbuje prezesa Kaczyńskiego i PiS spychać do prawego narożnika, ale jest to chwyt bardziej retoryczny. Fakty są takie, że PiS nie podziela poglądów faszystowskich, ultranacjonalistycznych ani ksenofobicznych.

Platforma zapowiada złożenie wniosku o konstruktywne wotum nieufności dla rządu Beaty Szydło. Czemu ma służyć ten wniosek, skoro nie ma żadnych szans?

– Premier Beata Szydło potępiła ekstremizmy i wyraźnie powiedziała, że nie toleruje takich zachowań. Natomiast opozycja ma prawo składać takie wnioski i – jak widać – zamierza z tego prawa skorzystać. Tyle tylko, że chcąc zmienić rząd, trzeba przedstawić alternatywny program, a tego nie ma. W Platformie panuje przekonanie, że PiS można zepchnąć do ultranacjonalistycznego czy faszystowskiego narożnika i oskarżać to ugrupowanie oraz rząd o mowę nienawiści, że nie reagowała na wydarzenia podczas marszu. Wygląda to kuriozalnie i na ogół takie wota nieufności ogłasza się w przypadku poważnych afer albo wyniki gospodarcze są złe, a rząd sobie nie radzi z problemami dajmy na to społecznymi, protestami i traci popularność. Ale żaden z tych przykładów nie ma obecnie odzwierciedlenia w rzeczywistości. Tu mamy jako powód wotum nieufności mowę nienawiści. Jeśli ktoś ma uwagi do tego, co się zdarzyło podczas marszu 11 listopada, to powinien sprawę ścigania kilku czy kilkunastu osób, które złamały prawo, załatwić na poziomie policji czy prokuratury. Natomiast takie kuriozalne zachowanie nie tylko nie przysporzy Grzegorzowi Schetynie i Platformie popularności, ale ośmiesza opozycję i pokazuje jej całkowitą bezradność.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki