Rząd, który słucha Polaków
Poniedziałek, 30 października 2017 (19:25)Z dr. hab. Norbertem Maliszewskim, profesorem Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, specjalistą ds. marketingu politycznego, rozmawia Mariusz Kamieniecki
W jakim świetle jawią się Panu dwa lata rządów Zjednoczonej Prawicy? Z czego się bierze tak wysokie poparcie dla PiS?
– Po 1989 r. w Polsce nie było rządu, który w badaniach CBOS byłby lepiej oceniany po dwóch latach sprawowania władzy. Prawo i Sprawiedliwość ma tak wysokie notowania dzięki temu, że odpowiada na oczekiwania społeczeństwa i potrzeby te realizuje. Nie chodzi tu tylko o socjalny Program „Rodzina 500 plus”, ale także o podejście do kwestii emerytur, a więc obniżenie wieku przechodzenia na emerytury dla kobiet i mężczyzn, który podniósł rząd Platformy i PSL. Rząd Zjednoczonej Prawicy pomimo narracji tzw. opozycji totalnej, że „się nie da”, pokazuje, że jednak można reformować państwo. Jeśli do tego dodamy dobre wyniki finansowe państwa, gospodarkę, która dobrze funkcjonuje, rozwija się, to poparcie społeczne dla rządu, które opiera się na stabilnych społeczno-gospodarczych przesłankach, nie powinno nikogo dziwić.
Czy przewaga PiS wynika ze słabości opozycji?
– Jeśli się głębiej zastanowić, co ma do zaoferowania obecna opozycja i z czym się kojarzy, to poza totalną negacją wszystkich działań PiS właściwie trudno wskazać jakieś konkretne propozycje. Straszenie Brukselą już nie działa, a pozytywnych propozycji – jak widać – brak. To zupełnie inaczej niż PiS, które w podobnej roli, kiedy było w opozycji – tworzyło zespoły, opracowało też społeczno-gospodarczy program przyszłego gabinetu oraz wykazywało, z jakich źródeł przyszły rząd chce finansować swoje plany. Platforma – owszem – podczas niedawnej konwencji zarysowała pewien zarys programu, ale wciąż nie wychodzi to poza ramy anty-PiS. W tych działaniach nie widać misji, brak jest oferty programowej. To wszystko sprawia, że opozycja totalna jest słaba, podzielona, bez mocnego przywództwa. Nie ma wątpliwości, że to również sprzyja osiąganiu wyższych notowań przez PiS, dla którego w tej chwili nie ma żadnej alternatywy. Warto też mieć świadomość, że partia rządząca i opozycja to są jednak dwa różne elektoraty. I obecna opozycja, zwłaszcza Platforma, nie potrafi przekonać do siebie swojego tradycyjnego elektoratu.
Jak należałoby ocenić styl sprawowania władzy przez premier Beatę Szydło w porównaniu chociażby z Donaldem Tuskiem czy Ewą Kopacz?
– Rządy Donalda Tuska i Ewy Kopacz charakteryzowało zjawisko, które nazywa się dystansem władzy, czyli rząd koalicji PO – PSL owszem funkcjonował przez jakiś czas dzięki zabiegom PR-owym, ale zarówno młodzi ludzie, a także tradycyjne elektoraty powoli zaczęły się odwracać od rządów Platformy, bo nie realizowała ona oczekiwanych zmian. Natomiast PiS, czyli rząd kierowany przez premier Beatę Szydło, po pierwsze dobrze zdiagnozował oczekiwania społeczne, odpowiednio je przedstawił i teraz krok po kroku realizuje swoje zapowiedzi w praktyce. Można powiedzieć, że jest to rząd, który słucha Polaków.
W jakich sferach państwo jeszcze nie działa tak jak powinno i w których obszarach wciąż jeszcze jest niewykorzystany potencjał, rezerwa?
– Jeśli rozpatrywać to w kwestii zapowiedzianej rekonstrukcji rządu, to obszarem, gdzie przydałaby się zmiana, jest polityka zagraniczna. Minister Witold Waszczykowski owszem ma sukcesy czy może udział w sukcesach, o których nie należy zapominać, jak chociażby wybór Polski na niestałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ na lata 2018-2019, wizyta w Warszawie prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa, której nie byłoby bez działań również polskiej dyplomacji, czy też udział w budowaniu głębszej tożsamości regionu Europy Środkowej i Wschodniej, czyli idea Międzymorza, czy też odnowienie relacji Grupy Wyszehradzkiej. Jednak z drugiej strony te nowe koalicje funkcjonują przede wszystkim w obszarze określonych interesów, np. odnośnie kryzysu migracyjnego, ale jeśli chodzi np. o problem pracowników delegowanych, to ta jedność czy solidarność nie wygląda już tak dobrze. W związku z tym być może na stanowisku szefa polskiej dyplomacji przydałby się polityk bardziej pragmatyczny w działaniach na arenie międzynarodowej. Tym bardziej że konserwatywny rząd w Polsce jest krytykowany przez rządy liberalne. Zatem warto się zastanowić, czy nie przydałby się polityk, który umiałby te nasze interesy realizować w sposób bardziej skuteczny niż dotychczas. Kolejnym ewentualnym kandydatem do wymiany wydaje się być minister infrastruktury i budownictwa Andrzej Adamczyk, któremu zarzuca się mniejsze niż oczekiwano wykorzystanie środków unijnych na realizację i zmiany w sieci dróg i autostrad oraz powolną realizację Programu „Mieszkanie+”. Niewątpliwie w tych obszarach przydałoby się szybsze tempo, zwłaszcza że Platforma zaniedbała sprawy młodych, więc „Mieszkanie+” ma być tym programem, który błędy poprzedników naprawi. I być może na stanowisku ministra infrastruktury i budownictwa przydałoby się nowe otwarcie, a więc osoba, która wleje w obszar realizacji zadań więcej energii, a ponadto – poza sferą socjalną – wykorzysta także boom w budownictwie.
A jeśli chodzi o politykę zdrowotną?
– Sektor ochrony zdrowia jest swoistym polem minowym dla każdego rządu i najlepiej byłoby tego tematu w ogóle nie poruszać. Prawda jest taka, że nikt – przynajmniej do tej pory i to nie tylko w Polsce – nie stworzył takiego systemu, z którego wszyscy byliby zadowoleni. Jeśli zaś chodzi o ministra Konstantego Radziwiłła, to wart podkreślenia jest fakt wprowadzenia Sieci Szpitali, co obyło się bez większych społecznych protestów. Oczywiście są protesty lekarzy rezydentów – dzisiaj zakończył się protest głodowy tej grupy zawodowej, ale sedno tego problemu nie pojawiło się teraz, a jest to obszar, o którym mówi się od dawna. Owszem uposażenie lekarzy rezydentów powinno zostać zwiększone, ale w ramach kompromisu, bo to, czego oczekują dziś młodzi lekarze, którzy są na początku swojej zawodowej drogi – oscyluje w granicach pensji profesora nadzwyczajnego uczelni wyższej. Pomijając ten fakt, nie ulega wątpliwości, że środki na szeroko rozumianą ochronę zdrowia powinny rosnąć, co resort zdrowia zapowiada. Niewykluczone, że gdyby polityczna pozycja ministra Radziwiłła w rządzie była silniejsza, to być może byłby w stanie uzyskać więcej środków na dofinansowanie tej sfery, bo to, że nakłady na zdrowie powinny być większe, jest poza dyskusją. Jednak w związku z tym, że ministrowi Radziwiłłowi udało się przeprowadzić jedną ważną reformę, to nie jest do końca pewne, czy jest on pewnym kandydatem do zmiany. Tak czy inaczej trudno tu coś wyrokować.
Czy i ewentualnie ile może kosztować PiS spór z NSZZ „Solidarność” w kwestii ograniczenia handlu w niedziele. Czy to tylko rysa na wzajemnych relacjach i „szorstka przyjaźń”, czy może początek głębszych konfliktów?
– Wydaje się, że jest to rysa, bo jeśli spojrzeć na słupki poparcia, to dają one PiS ponad 40-procentowe wyniki. Co istotne, to poparcie dla partii rządzącej nie wynika, czy też nie jest efektem działań PR-owych, nie opiera się też li tylko na wizerunkach poszczególnych członków tego rządu premier czy ministrów, bo jak widzimy, część z nich nie jest postrzegana w przestrzeni publicznej zbyt dobrze, a mimo to poparcie dla całego obozu dobrej zmiany jest wciąż na wysokim poziomie.
Na czym zatem opiera się to wysokie poparcie dla PiS?
– To wysokie poparcie dla rządu Zjednoczonej Prawicy opiera się przede wszystkim na bardzo dobrych wskaźnikach społeczno-gospodarczych, a więc na czymś głębszym. Trzeba też pamiętać, że głos związków zawodowych to jest ważne zdanie strony społecznej i jeśli ten konflikt z rządem pogłębiałby się, to może on generować niemałe problemy. Problemem PiS może być tzw. relatywna deprywacja – zjawisko w psychologii społecznej, które występuje w przypadku lekarzy rezydentów. Polega ono na tym, że jeśli społeczeństwo ma poczucie, że sprawy idą w dobrym kierunku, że jest lepiej, że budżet państwa stać na podwyżki, to wówczas rodzą się różnego rodzaju oczekiwania. Związki zawodowe – w pewnej mierze – te oczekiwania kontrolują i gdyby na linii rząd – związki zawodowe powstała głębsze pęknięcie i mielibyśmy do czynienia z falą protestów, to poradzenie sobie z tym mogłoby być trudne dla władzy. Widać to na przykładzie protestu lekarzy rezydentów, z którym rząd premier Beaty Szydło słabo sobie radzi. Jeżeli te problemy dotyczące wolnych niedziel czy roszczeń lekarzy rezydentów pogłębiłyby się i mielibyśmy do czynienia z wieloma protestami, to wtedy może to być poważny kłopot dla rządu.