• Sobota, 23 maja 2026

    imieniny: Iwony, Dezyderiusza

Pieniądze to nie wszystko

Czwartek, 26 października 2017 (21:39)

Z prof. dr. hab. Pawłem Soroką z Polskiego Lobby Przemysłowego im. Eugeniusza Kwiatkowskiego rozmawia Rafał Stefaniuk.

Polska będzie wydawać na obronność nawet 2,5 proc. PKB do 2030 r. Perspektywa jest długa i wszystko przez ten czas może się wydarzyć. To odpowiedni poziom wydatkowania, żeby zapewnić nam bezpieczeństwo?

– Na tle innych państwa – Unii Europejskiej i NATO – odnotowujemy znaczny wzrost. Przykładowo: Niemcy wydają – 1,2 proc. PKB, Czesi i Słowacy – po 1 proc. PKB. Jesteśmy więc w czołówce państw, które inwestują w swoją armię. Ten wzrost jest potrzebny, bo chcemy realizować ambitne programy modernizacyjne. (Część z nich już ruszyło). Budować będziemy system obrony powietrznej, który jest najdroższy. Kolejny czynnik to powiększenie armii. Według założeń ma ją tworzyć 200 tys. żołnierzy w tym 50 tys. to wojska OT. Brygady Obrony Terytorialnej mają być we wszystkich województwach. To kosztuje. Warto też, aby zwrócić uwagę na strukturę wydatkowania. Trzeba znaleźć „złoty środek” między  wydatkami na modernizację, emerytury, pensję, szkoleniem czy utrzymaniem infrastruktury. Dobrego żołnierza trzeba dobrze wynagradzać. Specjalista kosztuje. To jest zasada, która dotyczy każdej gałęzi przemysłu.

Minister obrony Antoni Macierewicz główne zagrożenie widzi ze strony Rosji. Z tym że Moskwa na zbrojenia wydaje 5 proc. PKB. Wydaje się, że w tej konfrontacji zwycięzca może być jeden.

– Od kiedy Władimir Putin zaczął swoje urzędowanie na Kremlu, wydatki Rosji na obronność rosną. Początkowo na korzyść Rosjan przemawiała koniunktura na paliwa. Świat płacił dużo za ropę naftową i gaz ziemny. To pozwoliło na znaczny wzrost wydatków, którymi ustępuje tylko Stanom Zjednoczonym i Chinom. Teraz pojawiły się problemy, ceny paliw spadają, a rosyjską gospodarkę duszą sankcje. Ta sytuacja będzie jeszcze trwać. Moskwa musiała zareagować i już pojawiają się zapowiedzi ograniczenia wydatków wojskowych.

Ale sytuacja Rosji jest na tyle korzystna, że dalej nasze bezpieczeństwo musimy opierać o współpracę z innymi państwami.

– To nie znaczy, że mamy odpuścić. Polska – przykładem Szwecji – powinna zadbać o dużą samowystarczalność obronną. Jednocześnie musimy dbać o sojusze i zbudować je na tyle silne, żeby nasi partnerzy szybko zareagowali na ewentualną agresję przeciwko naszemu krajowi. My musimy być w stanie samodzielnie stawić czoła agresji przeciwnika przez kilka dni – a nawet powyżej tygodnia. Te pierwsze dni są wyjątkowo ważne dla całego społeczeństwa i reakcji międzynarodowych. Musimy stworzyć też taką infrastrukturę, która ułatwi nam przyjęcie pomocy w warunkach wojennych. Taka infrastruktura – portowa i lotniskowa – powoli jest tworzona. Jest jeszcze jedna fundamentalna kwestia: kompatybilność między sojusznikami. Przerzut wojska i działania wojenne wymagają współpracy, inaczej nie będą skuteczne. Temu mają służyć manewry wojskowe. I tak niedawno nasi żołnierze i sojusznicy uczestniczyli w manewrach WP Dragon’17.          

Z tym że nasi sojusznicy z NATO łamią zasady Sojuszu choćby w sprawie nakładów na armię. Niewiele państw wydaje 2 proc. PKB na obronność. Ma Pan do nich zaufanie że przyjdą nam z pomocą?

– Niestety, w tej kwestii mamy bardzo złe doświadczenia. Dlatego musimy myśleć o samowystarczalności. Jednak abyśmy sami mogli stawić czoła, choćby Rosji, to wymagałoby to ogromnych nakładów finansowych i większej liczby żołnierzy niż 200 tys. I tu znowu uśmiecha się zasada złotego środka. Wystrzegajmy się tego, że zwiększymy armię, ale żołnierze będą gorzej wyszkoleni i źle uzbrojeni. To jest ta pokusa, która zgubiła już nie jedno państwo.

Planowane 2,5 proc. PKB na obronność to dość pokaźna suma. Co zrobić, aby te pieniądze zostały w kraju?

– Trzeba dobrze i mądrze je wydawać. Rosja jest przykładem, w jaki sposób nie należy gospodarować pieniędzmi. Tam duże sumy wychodzą różnymi kanałami, co odbija się na stanie armii. My powinniśmy w programach modernizacyjnych korzystać z rodzimego przemysłu. W teorii przyjmuje się, że 75 proc. zamówień powinno być realizowanych w przemyśle krajowym. Niestety, nie wszystko da się w Polsce zrealizować. Możemy samodzielnie uzbroić wojska OT i to MON robi. Jeżeli chodzi o wojska operacyjne, które potrzebują nowoczesnych systemów, to musimy wyposażyć je w sprzęt zakupiony poza Polską. Ale i nad tym nie można przejść do porządku dziennego. Import musi być połączony z transferem technologii, tak aby polski przemysł posiadł choćby możliwość remontowania i serwisowania sprzętu. Wybornie byłoby, gdyby dochodziło do polonizacji. Tak było chociażby w sprawie kołowego transportera opancerzonego – Rosomak. Licencje kupiliśmy od Finów, był montowany w Siemianowicach Śląskich, a z czasem coraz więcej elementów jest produkowanych u nas. 

Dziękuję za rozmowę.

Rafał Stefaniuk