• Sobota, 23 maja 2026

    imieniny: Iwony, Dezyderiusza

Zostało dużo do nadrobienia

Środa, 25 października 2017 (15:36)

Z gen. dyw. Romanem Polko, byłym dowódcą Jednostki Specjalnej GROM, w latach 2006-2008 zastępcą szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

Do 2030 r. nasze wydatki obronne mają osiągnąć pułap 2,5 proc. PKB. Bez huraoptymizmu dużo to czy mało?

– Jeśli dochody budżetu państwa będą wciąż wysokie, wówczas także kwota przeznaczana na obronność będzie większa. W tej chwili notujemy całkiem niezłą stopę wzrostu gospodarczego, co również oznacza więcej środków na obronność. W 2002 r. podczas Wyższego Międzynarodowego Kursu Zarządzania Zasobami Obronnymi (International Senior Defense Management Course) w Ośrodku Podyplomowym Marynarki Wojennej w Monterey w Stanach Zjednoczonych, w końcowej fazie ćwiczenia, kiedy funkcjonowaliśmy wręcz na szczeblu rządowym, było wyraźnie podawane, że jeżeli zostanie zachwiana równowaga na poszczególnych szczeblach administracji, gospodarki czy ekonomii, to tracą na tym wszyscy. I rzeczywiście kwestii finansowania wydatków na obronność czy modernizację Sił Zbrojnych nie można rozpatrywać w oderwaniu od stanu finansów i kondycji gospodarczej państwa. W mojej ocenie, 2,5 proc. PKB to kwota, którą stać nas wyasygnować na podniesienie poziomu Sił Zbrojnych, a co za tym idzie – poprawę  bezpieczeństwa naszego państwa.

Polska armia docelowo ma liczyć 200 tysięcy żołnierzy. Potrzebne nam dzisiaj aż tak liczne Siły Zbrojne?

– Kwestia podwojenia stanu liczebnego polskiej armii budzi moje wątpliwości. Z mojego punktu widzenia 50 tysięcy żołnierzy Wojsk Obrony Terytorialnej i 100 tysięcy żołnierzy zawodowych to jest poziom, na którym – w najbliższych latach – powinniśmy się skupić. Oczywiście plany zwiększenia stanu osobowego naszej armii do 200 tysięcy można rysować, ale najpierw należałoby doposażyć obecne zasoby czy chociażby wyrównać braki w zakresie uzbrojenia, które od lat spędzają sen z powiek polskim dowódcom. Istnieje też niebezpieczeństwo, że ten zwiększony budżet na obronę zostanie wchłonięty czy skonsumowany w całości przez zasoby osobowe, natomiast zabraknie pieniędzy na modernizację armii.

Jakie obecnie są najpilniejsze potrzeby polskiej armii?    

– Jeśli chodzi o modernizację naszej armii, to mamy bardzo dużo do zrobienia i nadrobienia. Właściwie od wielu lat Polska ma mocno zaniedbaną Marynarkę Wojenną, brakuje nam śmigłowców, a tym, które są na wyposażeniu wojska, kończą się resursy. Wreszcie brak środków obrony powietrznej. To są wszystko obszary bardzo wymagające technologicznie, a co za tym idzie – drogie. Wypełnienie luki w tych obszarach z całą pewnością pochłonie lwią część budżetu przeznaczonego na obronność, ale jest to konieczność. Natomiast jeśli zainwestujemy li tylko w żołnierzy, nie może to oznaczać, że będziemy utrzymywać „mięso armatnie”, ale konieczne będą dodatkowe wydatki na szkolenia czy wydatki na infrastrukturę. Obawiam się, że przy dwustutysięcznej armii wydatki osobowe zajmą ogromną część budżetu. W istocie może się okazać, że budżet na modernizację polskich Sił Zbrojnych – pomimo przypływu środków na obronność – de facto będzie mniejszy niż ten, którym dysponujemy obecnie.

Polska ma sprecyzowane główne cele obronności. Co ze strategią obronną, która będzie wyznaczać rozwój obszarów bezpieczeństwa?

– I tutaj pan redaktor dotknął istoty sprawy. Rzeczywiście byłoby dobrze, żeby przedstawiciele ministra obrony narodowej, np. wiceminister Tomasz Szatkowski, którego znam i cenię, czy szef BBN Paweł Soloch, usiedli razem i – korzystając z doradców – wspólnie wypracowali strategię adekwatną do współczesnych wyzwań bezpieczeństwa. I od tego należy zacząć. Zdecydowanie powinniśmy wiedzieć, jakie są nasze potrzeby obronne, bo na razie wciąż obowiązuje strategia wypracowana jeszcze za prezydentury Bronisława Komorowskiego, kiedy szefem BBN był min. Stanisław Koziej. Wskazywała ona tyle obszarów, że w istocie nie definiowała żadnego. Na bazie nowej strategii zreformowany powinien być także system kierowania Siłami Zbrojnymi, gdzie od dwóch lat znów mamy rozbicie. Minister Antoni Macierewicz dobrze zdiagnozował potrzeby w tym zakresie na początku swojej kadencji i – w mojej ocenie – prezydent Andrzej Duda powinien się jednak przychylić do tej koncepcji. Uważam, że koncepcja wypracowana przez wiceministra Szatkowskiego, gdzie na początku rzeczywiście pominięto prezydenta, co było bardzo dużym błędem, po wprowadzonej korekcie powinna być wprowadzona w życie. Jestem też zdania, że nie powinno się dublować struktur. W związku z tym nie podzielam opinii BBN, gdzie wyrażono pogląd, iż dowództwo operacyjne – owszem – powinno być, bo ma czymś kierować, ale właściwie nie bardzo wiadomo czym. W czasie pokoju nasza armia nie prowadzi tak jak armia amerykańska działań operacyjnych w wielu teatrach. My nie mamy też rozmieszczonych poza granicami Polski kilkudziesięciu tysięcy żołnierzy, a co najwyżej kilkuset, maksymalnie do dwóch – trzech tysięcy i Sztab Generalny WP doskonale da sobie z tym radę przy pomocy własnych sił i środków. Tak czy inaczej bardzo dobrze, że będzie wzrost nakładów na obronność do co najmniej 2,5 proc. PKB. Są obszary, gdzie te pieniądze można wydać, czyli na modernizację armii i budowę od podstaw WOT. Natomiast w perspektywie – jeśli będzie taka konieczność – oczywiście będziemy zwiększać stan liczebny armii. Z tym że mówienie o tym teraz jest niebezpieczne, bo buduje obraz dwukrotnie większej armii przy zaledwie o 0,5 proc. większym budżecie na obronność.

Zgadza się Pan z ministrem obrony, że armia w ciągu 10 lat uzyska zdolność powstrzymania każdego przeciwnika? Pytam o to, bo chyba nie ma się co łudzić, że kiedy my będziemy modernizować armię, inni będą stać w miejscu.

– Jeśli traktować tę zapowiedź czy deklarację dosłownie, a niektórzy tak to traktują, to równie dobrze można zrezygnować z członkostwa w Sojuszu Północnoatlantyckim. Zastanawiające tylko, dlaczego inne kraje – znacznie zamożniejsze od Polski – z równie dużą armią nie mają takich pomysłów. To, co w tej chwili realizujemy, to potencjał odstraszania i budowa zdolności do odparcia pierwszego uderzenia. Sądzę, że w tym właśnie kontekście należy interpretować wypowiedź min. Macierewicza. Nie ulega wątpliwości, że każda armia NATO powinna posiadać zdolności do powstrzymywania przeciwnika przez optymalnie dwa, trzy miesiące po to, aby w oczekiwaniu na pomoc sojuszniczą nie dopuścić, by wróg wdarł się zbyt głęboko w głąb terytorium. I tu tkwi istota zdolności obronnych. Jeśli Rosja połowę swojego potencjału zaangażowałaby w uderzenie lądowe na Polskę – choć wydaje mi się to bardzo mało prawdopodobne, ale nawet najczarniejsze scenariusze należy rozpatrywać – wówczas nawet czterokrotnie większa od obecnej polska armia nie będzie w stanie powstrzymać takiej nawałnicy. Tym bardziej będzie nam potrzebne wsparcie sojusznicze. Istota naszych zdolności obronnych polega na tym, żeby odeprzeć potencjalne pierwsze uderzenie, powstrzymać wroga, zniechęcić go do okupowania naszego terytorium. W ten sposób kupiony czas możemy wykorzystać, aby nasi sojusznicy mogli się zorganizować i przyjść nam z pomocą.

I na tym polega kolektywna obrona?

– Dokładnie. Śp. prezydent Lech Kaczyński bardzo mocno podkreślał rolę kolektywnej obrony. Pamiętam, jak kiedyś toczyłem z nim dłuższą dyskusję na ten temat i jego słowa, że jest to właśnie istota NATO. I chociażby z tego względu powinniśmy zabiegać, aby Sojusz był mocny, bo z racji położenia geopolitycznego Polska jest na skrzydle Sojuszu na flance wschodniej narażona na agresję ze Wschodu.

Ale bezpieczeństwo to nie tylko armia…

– Zgadza się, stąd tak ostrożnie mówię o budżecie na obronność i przeznaczaniu środków na poszczególne obszary. Weźmy chociażby cyberprzestrzeń jako strefę działań wojennych, która w istocie jest bardziej cywilna niż wojskowa. Jak bowiem wiadomo, to głównie administracja państwowa czy samorządowa, różnego rodzaju instytucje są bardziej zagrożone atakami w cyberprzestrzeni niż armia i dlatego to służby specjalne powinny się zająć i budować zdolności zarówno cywilne kontrwywiadowcze, jak i wojskowe do prowadzenia działań w cyberprzestrzeni. Ale mówiąc o bezpieczeństwie, proszę też nie zapominać o bezpieczeństwie energetycznym, o które aktualnie toczy się bój na forum Unii Europejskiej. Weźmy chociażby gazociągi Nord Stream 1 i 2, co było podnoszone na szczycie NATO. Ważne jest też bezpieczeństwo ekonomiczne, żeby ktoś, wchodząc w posiadanie banków, nie przejął w tej dziedzinie terytorium Polski, zanim zdążymy się zorientować i żeby nikt nie dyktował nam swoich warunków funkcjonowania. Dotyczy to również wojny w obszarze informacyjnym, a więc mediów, gdzie również jest ważne, żeby przy pomocy swoich środków móc oddziaływać na społeczeństwo. Do tego dochodzą także kwestie kulturowe czy tak mocno obecnie podnoszone kwestie zdrowotne. Jak widać, jest cały szereg obszarów, na które trzeba zwracać uwagę i ważne, żeby poszczególne ministerstwa czy instytucje potrafiły się ze sobą porozumieć i współdziałać. Kiedy wróg czyha na zewnątrz, funkcjonowanie w swoistych silosach bez porozumienia z innymi nie tylko nie da efektu synergii, która zbliża do wygranej, ale wręcz powoduje niepotrzebną rywalizację w obszarach, które powinny łączyć.

Czy w wymienionych przez Pana obszarach Polska posiada potencjał?

– Myślę, że doskonale ujął to wicepremier Mateusz Morawiecki. Równie ważne jest nowe spojrzenie obecnego rządu na kwestie polskiej własności, polskiego kapitału czy patriotyzmu gospodarczego oraz wyznaczanie do kierowania tymi obszarami ludzi, którzy posiadają umiejętność mądrego zarządzania. Zasada jest taka, że tam, gdzie mamy wysokiej klasy sprzęt wojskowy porównywalny z produkowanym na Zachodzie, kupujemy u siebie, wspierając rodzimy przemysł i gospodarkę. Natomiast tam, gdzie lepsi są inni, kupujemy od nich.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki