Będziemy decydować sami
Niedziela, 17 września 2017 (20:20)Z Tadeuszem Majchrowiczem, zastępcą przewodniczącego Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Biorąc pod uwagę nowe zasady przejścia na emeryturę, to od początku wrzenia już ponad 120 tysięcy Polek i Polaków zadeklarowało w ZUS, że z nich skorzysta. Wygląda na to, że to sukces rządu, a także „Solidarności”…?
– Nie do końca rozpatrywałbym to w kategoriach sukcesu, bo uprawnionych do przejścia na emeryturę po obniżeniu wieku emerytalnego – według szacunków ZUS – jest 331 tysięcy Polek i Polaków. I wrzesień jest tym miesiącem, w którym ludzie składają wnioski, konsultują się z doradcami emerytalnymi w ZUS i mają czas na podjęcie decyzji: czy przechodzą na emeryturę, czy pozostaną w pracy. Warto zwrócić uwagę, że przy obecnym systemie emerytalnym przepracowanie dodatkowego roku po osiągnięciu wieku emerytalnego oznacza zwiększenie świadczenia emerytalnego o osiem procent. Jak szacuje Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, 25 proc., czyli co czwarty uprawniony, zechce pozostać dalej w zatrudnieniu. A zatem to nie jest przymus, jest to wybór, tak jak informowaliśmy podczas spotkań organizowanych wspólnie z prezydentem Andrzejem Dudą i resortem rodziny. W tej chwili mamy wielki boom, ponieważ wiele osób, którym stan zdrowia nie pozwala na kontynuowanie pracy zawodowej, czy też sytuacja rodzinna, bo dajmy na to córka czy zięć mają dobrze płatną pracę, i dana osoba decyduje się na pomoc w wychowywaniu ich dzieci – zamiast wynajmowania niańki. To pokazuje, że różne są motywacje, i dopiero kiedy się zakończy się bieżący kwartał, to wtedy zobaczymy, ile osób spośród 331 tysięcy uprawnionych zechce skorzystać z wcześniejszego wieku emerytalnego.
A zatem to przywilej, a nie żaden przymus…?
– Dokładnie. Filozofia jest taka, że jest to uprawnienie i decyzja, czy i kto zechce skorzystać z tego przywileju, należy do konkretnej osoby. Nie sądzę, żeby przy obecnym braku ludzi do pracy pracodawcy wyzbywali się doświadczonych, oddanych pracowników. Tak było kiedyś, że zwalniano pod byle pretekstem doświadczonych, starszych pracowników po to, żeby na ich miejsce wziąć z agencji zatrudnienia innego, często młodszego pracownika o podobnych kwalifikacjach. Jednak ta sytuacja powoli odchodzi do przeszłości, bo brakuje rąk do pracy. W tej sytuacji – w mojej ocenie – wielu pracodawców będzie stosowało zachętę w postaci wyższego zaszeregowania, wyższego wynagrodzenia itd., a wszystko po to, żeby pożyteczny, doświadczony pracownik jeszcze pozostał w pracy, oczywiście jeśli zdrowie mu na to pozwoli. Tak wygląda sytuacja w sprawie inicjatywy ustawodawczej prezydenta Dudy, która została uchwalona przez Sejm, podpisana w grudniu 2016 r. przez prezydenta i 1 października wejdzie w życie. Niewątpliwie jest to wielkim sukcesem prezydenta Andrzeja Dudy i NSZZ „Solidarność”. Zarówno my, jak i Prawo i Sprawiedliwość zapowiadaliśmy tę zmianę. Przypomnę miasteczka namiotowe pod Sejmem, kiedy poprzednia władza ignorowała miliony podpisów, wówczas politycy PiS mówili, że jeżeli wejdą do parlamentu, jeśli wygrają wybory i będą sprawować władzę, to ustawa „67” – „dzieło” koalicji PO – PSL, zostanie zmieniona. I tak się stało. Powtórzę jeszcze raz, jest to sukces Zjednoczonej Prawicy, prezydenta Dudy i „S”.
Jednak to, co się podoba i co akceptują Polacy, jest wyraźnie nie w smak unijnym urzędnikom…
– Zgadza się, dlatego w sobotę przed siedzibą przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Warszawie odbyła się manifestacja, podczas której wskazywaliśmy, że to Polacy mają rację, a nie unijni biurokraci, którym trudno zrozumieć, że u nas w kraju jest taki model: rodzina, wspaniała, kochająca się rodzina, składająca się z męża, żony i dzieci. I przychodzi moment, kiedy żona, matka, chce przejść na emeryturę pięć lat wcześniej od mężczyzn, żeby poświęcić się wychowaniu wnucząt i ogniskiem domowym. Środowiska brukselskie muszą sobie uświadomić, że kobieta w Polsce pracuje na dwóch etatach – mianowicie zawodowo oraz wychowuje dzieci, prowadzi dom. Niestety do unijnych polityków to w ogóle nie dociera. W sobotę swoje słuszne racje wypowiedzieliśmy w Warszawie, ale jak będzie trzeba, powtórzymy to w Brukseli.
Jak coś, co nie jest przymusem, a przywilejem, może być uznawane za dyskryminację kobiet i formę nierówności?
– Komisja Europejska to dziwna instytucja, skostniali politycy – często odrealnieni, niemający pojęcia, jak wygląda życie, życie rodziny. Przypomnę, że nie podoba im się Trybunał Konstytucyjny, nie podoba się im reforma sądownictwa, podczas gdy wszystko jest zgodne z Konstytucją RP. Pytanie brzmi: jakim prawem próbują ingerować w sprawy Polski? Przypomnę, że kiedy rząd Platformy i PSL-u stawiał nas do kąta, przewodniczący Piotr Duda rozmawiał w Sosnowcu z ówczesnym przewodniczącym Parlamentu Europejskiego Martinem Schulzem i usłyszał, że niestety nie może ingerować w wewnętrzne sprawy Polski. Cóż na przestrzeni kilku lat się wydarzyło, że nagle można ingerować, że można straszyć Polaków, że można nas straszyć wyrzuceniem z UE, choć nie ma takiego prawa, podobnie jak nie mają prawa ingerować w to, jaki wiek emerytalny będzie obowiązywał w Polsce? My wiemy, co się stało, mianowicie stało się to, że w demokratycznych wyborach nastąpiła dobra zmiana, że wygrała Zjednoczona Prawica, która dba o interesy Polski i Polaków, że Polacy wybrali prezydenta – państwowca, który robi wszystko dla dobra Rzeczypospolitej. Obecny polski rząd nie mówi, że kapitał nie ma narodowości, tak jak to mówili poprzednicy, wręcz przeciwnie, rząd PiS repolonizuje banki, próbuje robić wszystko, aby przyciągać kapitał, aby rozwijać polskie przedsiębiorstwa. I to wszystko się nie podoba w zachodniej Europie. Polska wstaje z kolan, podnosimy wysoko głowę, bo jesteśmy dumnym, godnym Narodem, co jest nie w smak brukselskim aparatczykom, dlatego usiłują ingerować w sprawy Polski na różne sposoby. Przeszkadza im wszystko – jak nie kornik drukarz w Puszczy Białowieskiej, to wiek emerytalny, interesują się nawet sprawą budowy trasy S-6, dlaczego polski rząd wstrzymuje prace na jednym z odcinków. Przeszkadza im wszystko, co ma w nazwie Polskę.
W Austrii uprawniający do przejścia na emeryturę jest wiek 60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn. Czy ktoś słyszał, żeby Juncker, Timmermans, Tusk czy inni urzędnicy brukselscy kwestionowali decyzje austriackiego rządu i mówili o dyskryminacji tamtejszych kobiet?
Z czego wynikają te podwójne standardy?
– To jednoznacznie wynika z niechęci do obecnego rządu w Polsce. Komuś przeszkadza, że chcemy się wybijać na niepodległość, że nie chcemy być wasalem Europy, że nie chcemy, aby w Polsce dominowały zachodnie koncerny, szczególnie te, które nie płacą w Polsce podatków. Mamy firmy, które przestrzegają polskiego prawa, gdzie pracują Polacy i wszystko jest w porządku, ale chodzi o te wszystkie sieci, które nie płacą u nas podatków. Już niedługo, przypuszczalnie w październiku, kiedy Sejm będzie głosował ustawę o ograniczeniu handlu w niedziele, znów będzie wielki krzyk, że narażamy na straty przedsiębiorców itp. Wygląda zatem tak, że cokolwiek chcemy zrobić w Polsce, żeby miało to – krótko rzecz ujmując – ręce i nogi, to niestety to wszystko jest oprotestowywane – również dlatego, że mamy zdrajców, którzy jeżdżą ze skargami i co tu dużo mówić, kapują na własną Ojczyznę, podpuszczają innych do ataków na Polskę, przeinaczając fakty. Osobiście na poziomie Związku niejednokrotnie w kontaktach z przedstawicielami Niemiec, Francji i innych państw musiałem prostować kłamstwa i mówić, jaka jest rzeczywistość, jaka jest prawda. Wmawiali nam przez osiem lat rządów, że Polska jest zieloną wyspą, cudownym krajem, tymczasem rosło bezrobocie, ludzie ubożeli z każdym rokiem coraz bardziej. To wszystko było zakłamywane. Dopiero teraz rząd PiS, przez program „Rodzina 500 plus”, ponad 95 proc. polskich dzieci wyciągnął z biedy. Teraz ci, którzy Polskę doprowadzili na skraj bankructwa, zakłamują prawdę kolejny raz, w drugą stronę, stąd mamy narrację, że w Polsce łamana jest demokracja, że niszczona jest Puszcza Białowieska, że w Polsce są dyskryminowane kobiety.
Co na to NSZZ „S”?
– My odpowiadamy, że jeśli jest mowa o dyskryminacji, to owszem, tak jest, bo jeśli we Francji, we francuskim banku kobieta zarabia, dajmy na to, cztery tysiące euro, to dlaczego w Polsce w tej samej centrali bankowej nie zarabia ona przynajmniej czterech tysięcy złotych. I tu jest dyskryminacja. W swoich bankach we Francji płacą dobrze, a tutaj już nie. Dlaczego pracownik w niemieckim Lidlu zarabia np. tysiąc euro, a dlaczego czterech tysięcy złotych nie zarabia w Polsce. I ta dyskryminacja ma wpływ na wysokość polskiej emerytury. Kłamstwem jest to, co próbuje wmówić społeczeństwu tzw. totalna opozycja, że jedną ręką wam dają, a drugą zabierają, bo emeryci, szczególnie zaś kobiety, będą miały niższe emerytury. Dlatego te emerytury są niższe, bo nadal są takie miejsca pracy, gdzie mężczyzna – na tym samym stanowisku – zarabia więcej niż kobieta. I tu jest pole do działania, bo tu są nierówności. Podnosi się temat o działaniach socjalnych w Europie, o zrównoważonym rozwoju, ale to są tylko słowa, za którymi nie idą żadne konkretne działania. Nawet jeśli podejmowane są rezolucje na poziomie UE, to one de facto do niczego nie zobowiązują krajów członkowskich. Tak to wygląda i sądzę, że jeszcze długo będziemy się zmagać z tym rozdźwiękiem. Mamy straszenie np., że jeśli nie dostosujemy się w sprawie zaleceń dotyczących kornika drukarza i wstrzymania wycinki ratujące Puszczę Białowieską, to wyrzucą nas z UE. Większej bzdury nie mogą wymyślać, bo nie ma takiego prawa. Mamy też szantaże ekonomiczne, jak padały chociażby z ust byłego już prezydenta Francji François Hollande’a, że „wy macie zasady, ale my mamy fundusze”. Przepraszam bardzo, ale o podziale funduszy unijnych będą decydować wszyscy. Polaków nie da się kupić za judaszowe srebrniki.
„Solidarność” poprzez wiceprzewodniczącego PE Ryszarda Czarneckiego wystosowała apel do KE. Spodziewa się Pan jakiegoś odzewu?
– Nie sądzę. Tak jak otrzymaliśmy bezbarwną odpowiedź od KE po naszym zapytaniu, można się spodziewać, że teraz będzie podobnie. Nie sądzę, żeby Jean-Claude Juncker cokolwiek zrozumiał z treści tej naszej petycji.
Na czym opiera Pan to przekonanie?
– Elity brukselskie nie wiedzą, co to jest zdrowa rodzina w Polsce. One nie rozumieją, co to znaczy, że kiedy mąż wraca z pracy, to czeka na niego rodzina – żona i dzieci, bo na Zachodzie bardzo często na mężczyznę powracającego z pracy oczekuje partner. Ludzie, którzy nie wiedzą, co to zdrowa rodzina, nie są w stanie zrozumieć, o co w tym chodzi. Być może trzeba będzie się udać do Brukseli i kolejny raz tłumaczyć brukselskim biurokratom, w czym sedno. Jesteśmy na to przygotowani, mamy też deklaracje wsparcia takiego wyjazdu. Mamy swój honor, swoją godność. Na pewno nie pozwolimy sobie ingerować w wewnętrzne sprawy naszego kraju. To są nasze sprawy, o których będą decydować Polacy. Nie pozwolimy sobie, aby taki czy inni unijny biurokrata dyktował nam, jak mamy żyć.
Jak to zrozumieć, że jedni są gotowi dobrowolnie jechać do Brukseli, żeby bronić polskich spraw, a inni – politycy, którzy mają taki obowiązek, nadają na własny kraj…?
– Tym, którzy już od dwóch lat jeżdżą ze skargami na Polskę do Brukseli, trudno jest się pogodzić, że z kretesem przegrali wybory, że ktoś zabrał im zabawki. A przecież było tak fajnie, były ośmiorniczki, było dojenie państwa, a teraz wszystko się zmieniło. Nieuczciwi tracą ciepłe posadki, usuwani są ze spółek Skarbu Państwa itd., i to musi boleć. Przypomnę, że już za dwa tygodnie ubeckie emerytury zostaną zmniejszone do dwóch tysięcy złotych i to wszystko wywołuje frustrację. Stąd te wyjazdy, żale, narzekania. Jak słyszymy, w listopadzie w PE na wniosek eurodeputowanych SLD ma się odbyć debata na temat rzekomego prześladowania byłych funkcjonariuszy państwa totalitarnego. To są sprawy, które normalnemu człowiekowi w głowie się nie mieszczą.