• Piątek, 22 maja 2026

    imieniny: Wiesławy, Heleny, Julii

Gra na rozbicie Grupy Wyszehradzkiej

Piątek, 8 września 2017 (12:14)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, wykładowcą Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II i Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, członkiem Kapituły Orderu Odrodzenia Polski, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

Komisja Europejska postawiła Polsce, Czechom i Węgrom ultimatum dotyczące obowiązkowego przyjmowania imigrantów, grożąc karami. Presja migracyjna się wzmaga…

– Polski rząd, nie godząc się na dyktat Komisji Europejskiej, postępuje roztropnie. Co więcej, dba o bezpieczeństwo swoich obywateli. Polityka migracyjna Unii Europejskiej poniosła klęskę, tyle że żaden z polityków unijnych i przywódców państw zachodnich, zwłaszcza kanclerz Angela Merkel, nie ma odwagi się przyznać do błędów. Natomiast presja, z którą mamy do czynienia, dotyczy Polski, ale też innych krajów europejskich. Widać, że na dużą skalę jest prowadzona polityka, która ma ostatecznie doprowadzić do złamania tych krajów, jeśli nie wszystkich, to przynajmniej części z nich. Tym bardziej że wiele wskazuje na to, iż w tle tych wydarzeń jest już decyzja o tym, że Europa dwóch prędkości – forsowana głównie przez Niemcy i Francję – będzie realizowana. I te państwa, które się temu projektowi podporządkują, zostaną niejako dopuszczone do tych „wielkich”, a te, które będą się opierać, pozostaną na zewnątrz tego kręgu. Tyle tylko, że tym, którzy dołączą do Niemiec i Francji, wcale nie będzie lepiej. Są potrzebni, żeby zrealizować pewien plan i wystarczy, że wypełnią to, co się od nich żąda w sprawie imigrantów, a Europa będzie miała poważny problem, również społeczny. Natomiast cała gra ma na celu rozbicie Grupy Wyszehradzkiej i innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej, które zaczynają się mobilizować samodzielnie czy też we współpracy z Polską.

To pokazuje, że jedność europejska, o której takie wiele się mówi, to fikcja…

– Zawsze było tak, że w Unii byli równi i równiejsi. Były też władze poszczególnych krajów, takie jak chociażby w Polsce poprzedni koalicyjny rząd PO – PSL, który w poddańczy sposób starał się układać z Berlinem. Przypomnę tylko, że ówczesny minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski ilekroć pojawiał się w Berlinie, to wręcz domagał się, żeby Niemcy wzięły odpowiedzialność za Unię Europejską, za Europę itd. Nic więc dziwnego, że traktowano nas tak, a nie inaczej. I tylko w przekazie rządowym oraz w przyjaznych ówczesnej władzy mediach przeważała narracja, że oto jesteśmy wielkim podmiotem i partnerem najmocniejszych państw europejskich. Dowodem na to miało być m.in. poklepywanie Donalda Tuska po ramieniu przez przywódców państw zachodniej Europy, a nawet awansowanie go na wysokie stanowisko urzędnicze w strukturach unijnych – mianowicie na przewodniczącego Rady Europejskiej. Tyle tylko, że korzyść z tego awansu miał i ma sam Tusk, ale nie Polska.    

Co sprawia, że krajom zachodnim Unii tak trudno zaakceptować pomysł polski, aby granice Europy uszczelniać, a imigrantom pomagać w miejscach ich zamieszkania?

– Dotykamy tu dwóch kwestii. Pierwsza, jaka się wybija, to siła takich ludzi jak George Soros, którzy wspierają irracjonalny projekt przyjmowania imigrantów. Druga sprawa to ślepa wiara w ideologię multikulturalizmu i zbudowanie Europy bez narodów, wymieszanej etnicznie, religijnie i kulturowo. I w tym projekcie imigranci muzułmańscy są pewnym narzędziem do tego, żeby tę strukturę państw narodowych osłabić czy wręcz ją zniszczyć. W związku z tym są oni instrumentem tworzenia utopijnej wizji współczesnego świata. Oczywiście wielu się ocknęło i zdaje sobie sprawę, że otwarcie granic Europy na napływ fali imigrantów z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu było fatalnym posunięciem i błędem, stąd społeczeństwa się budzą i burzą – lepiej późno niż wcale. Mimo to cały czas jest presja, aby ten szkodliwy, narzucony z góry projekt migracyjny kontynuować i dokończyć, i to wbrew negatywnej opinii europejskich państw i narodów.    

Jakie kryteria powinna spełniać mądra polityka migracyjna?

– Przede wszystkim – jak to ostatnio zauważyła premier Beata Szydło – taka polityka musi opierać się na dwóch filarach: musi być bezpieczna i skuteczna. Ale tak naprawdę imigranci to nie jest temat wiodący, sedno problemu, jaki się pojawia. To jest tylko pretekst, żeby móc wprowadzać scenariusze dotyczące przebudowy całej Europy. Gdyby bowiem chodziło o realną pomoc ofiarom wojen, chociażby w Syrii, to zostałby opracowany mądry program pomocowy adresowany do mieszkańców państw pogrążonych w wojnie bądź tych, gdzie działania zbrojne się już zakończyły, krajów zagrożonych wojną lub biedą, aby się mogły rozwijać i stworzyć od nowa swoim obywatelom warunki do życia już w nowej rzeczywistości. Natomiast polityka związana z przyjmowanie imigrantów jest chybiona. Tych ludzi można przecież przyjmować w nieskończoność, bo obszarów biedy i ubóstwa na świecie nie ubywa, a wprost przeciwnie – jest coraz więcej. I jeśli ktoś uważa, że problem ten się rozwiąże poprzez otwarcie granic Europy, to jest w błędzie.

Czego zatem brakuje?

– Potrzebny jest program realnej pomocy polegający na tym, aby tych ludzi podnieść z biedy, ale nie poprzez sprowadzanie ich do Europy, lecz w miejscach ich zamieszkania. Natomiast symptomatyczne jest to, że KE upiera się przy tym, aby przyjmować imigrantów. Celowo używam określenia „imigrantów”, bo przecież nie chodzi tu o uchodźców, ale o imigrantów z krajów muzułmańskich. Tymczasem zupełnie pomijany, spychany na margines jest temat imigrantów np. z Kazachstanu, z Ukrainy czy różnych innych miejsc i ludzi zbliżonych do nas, Europejczyków, kulturowo i religijnie. Ten temat dla Komisji w ogóle nie istnieje. Za to jest coraz silniejsza presja, aby przyjmować imigrantów muzułmańskich. To świadczy o jednym: o podłożu ideologicznym, które towarzyszy sprowadzaniu i przyjmowaniu obcych przybyszów w granice państw europejskich.

KE z jednej strony oczekuje od Polski podporządkowania przymusowi relokacji i wyjaśnień, a z drugiej, kiedy odpowiedź przygotowana przez MSZ w oparciu o pogłębione analizy trafia do Brukseli, z góry jest odrzucana...

– Wiceprzewodniczącemu KE i elitom brukselskim chodzi przede wszystkim o zmianę rządu w Polsce. Rząd Prawa i Sprawiedliwości, który dba o interesy Polski, który nie chce się dać zdominować, jest nie na rękę państwom wiodącym tzw. starej Unii. Ale dajmy na to, że polski rząd uległby naciskom Fransa Timmermansa, to jego notowania radykalnie obniżyłyby się i o to unijnym decydentom chodzi. Gdyby wiceprzewodniczący KE był rzetelny i obiektywny w ocenach działań KE wobec Polski, to musiałby zweryfikować swoje stanowisko np. w kwestii obniżenia wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn w Polsce. Przypomnijmy, że KE stoi na stanowisku, że obniżenie wieku emerytalnego może uderzyć w jeden z filarów Unii Europejskiej, jakim jest równe traktowanie kobiet i mężczyzn. Tak czy inaczej KE w swoich orzeczeniach brnie w ślepą uliczkę, dlatego konieczna jest zmiana podejścia, zmiana myślenia brukselskich elit m.in. w kwestii migracyjnej. Zachowania i decyzje unijnych polityków wskazują wyraźnie, że zapadła decyzja, że UE trzeba podzielić. W istocie solidarności europejskiej bronią takie państwa jak Polska i bardzo dobrze, że rząd PiS tę retorykę przyjął i jest za Unią niepodzieloną, za równością państw w Europie, którą rozbija KE. Najlepszym tego przykładem jest Brexit i decyzja Brytyjczyków o opuszczeniu Wspólnoty.

Wygląda na to, że nowe, młode stażem w Unii państwa takie jak Polska są bardziej rozsądne od tych, które tę Unię tworzyły…

– Mamy do czynienia z atakami na Polskę, ale de facto z atakami na fundamenty UE, które tworzyli ojcowie założyciele zjednoczonej Europy jak Robert Schuman, którzy potrafili łączyć głęboką wiarę w Boga z zaangażowaniem politycznym. Niestety, obecnie rządzący, decydujący o przyszłym kształcie Unii niszczą dorobek swoich wielkich poprzedników. Polska jest krajem, który nie podlega procesom ideologizacji, jakie przechodziły i przechodzą kraje zachodnie, stąd jest bogatsza, mocniejsza. Dostrzegamy znaczenie służby dobru wspólnemu, a więc to, czego nie widzą zaślepione swoją wielkością i mocno zideologizowane państwa zachodnie. Mamy też świadomość i głośno o tym mówimy, że burzenie modelu zjednoczonej Europy będzie oznaczało powrót niezdrowej rywalizacji między narodami, co może skutkować nowymi konfliktami.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki