• Piątek, 22 maja 2026

    imieniny: Wiesławy, Heleny, Julii

Autosan ma zamówienia

Wtorek, 29 sierpnia 2017 (12:22)

Z Ewą Latusek, przewodniczącą NSZZ „Solidarność” w Fabryce Autobusów Autosan w Sanoku, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Jak skomentuje Pani wypowiedź, właściwie stwierdzenie ministra Antoniego Macierewicza, że sprawa Autosanu ma aspekt skandaliczny, a wręcz kryminalny, oraz wyrażoną nadzieję na unieważnienie kontraktu i powrócenie spółki Autosan do przetargu na autobusy dla wojska?

– Z całą pewnością sprawa jest skandaliczna. Nie mnie jednak oceniać, czy ma ona znamiona przestępstwa, czynu kryminalnego – od tego są odpowiednie służby, które badają temat, ustalają fakty i na pewno dojdą do prawdy. Póki co dajmy im spokojnie pracować. Natomiast jako załoga sanockiego Autosanu też mamy nadzieję na unieważnienie tego przetargu. Nikt z nas nie twierdzi, że jesteśmy najlepsi i bezkonkurencyjni, natomiast jesteśmy gotowi stanąć do uczciwej walki o kontrakt dla wojska.

Póki co, na dzień dzisiejszy fakty są takie, że Autosan znalazł się poza burtą tego przetargu na autobusy dla wojska. Część mediów mówi o celowym, wręcz wrogim działaniu na niekorzyść spółki, a Polska Grupa Zbrojeniowa tonuje nastroje. A jaka jest prawda i co o tym sądzi sanocka załoga?

– Jesteśmy przekonani, że jest to wrogie działanie pewnych grup. Nie chcę wymieniać nazwisk, ale jeżeli zajdzie potrzeba, to na ten temat jestem gotowa rozmawiać z prokuratorem. Tak czy inaczej mogę powiedzieć, że było to sprzężenie sił, które nie potrafią się pogodzić z tym, że autobusy z logo Autosanu wciąż jeżdżą po polskich drogach. Są ludzie, którzy zawsze mieli apetyty na ten zakład i jego przejęcie bynajmniej nie przez Polską Grupę Zbrojeniową, tylko przez innych chętnych. Syndyk masy upadłościowej przygotowywał zakład do takiej sprzedaży pod konkretnego kupca, chciał też zwolnić dwieście osób. Z kolei my – pracownicy, związek zawodowy – robiliśmy wszystko, żeby do tego nie dopuścić. Dzięki Bogu udało się zatrzymać ten szkodliwy proces i nasza fabryka została przejęta przez PGZ. To, co się udało uratować przed rozgrabieniem, dzisiaj mamy, tym dysponujemy.

Czy po przejęciu przez PGZ zainteresowanie zakładem ze strony konkurencji się skończyło?

– Absolutnie nie. Wciąż jest zainteresowanie Autosanem i boli ich fakt, że stajemy na nogi, że próbujemy rozwijać skrzydła, dlatego podstawiają nam nogi.

Kto się interesuje Autosanem?

– Zainteresowanie Autosanem wyrażały jeszcze przed przejęciem przez PGZ takie spółki jak: Pol-Mot czy Ursus, były nawet zabiegi o kredyt w Banku Gospodarstwa Krajowego, Agencji Rozwoju Przemysłu, kiedy jeszcze istniało Ministerstwo Skarbu Państwa. Za takim rozwiązaniem lobbował Franciszek Gaik – ostatni prezes Autosanu, który we wrześniu 2013 r. zgłosił wniosek o likwidację majątku zakładu i de facto o jego upadłość. Zresztą jest on do dzisiaj zainteresowany tym, co się dzieje w Autosanie. Podejrzewam, że gdyby tacy „eksperci” przestali nam doradzać, to znacznie szybciej stanęlibyśmy na nogi. Zdumiewający jest fakt, że w niektórych miastach nie udaje się nam nawet przystąpić do przetargu. Jeśli pada nazwa Autosan Sanok, to odpowiedź jest jedna: – My od was nie kupimy autobusów i nie ma nawet rozmowy, nie ma szans, żeby stanąć do przetargu. Jeśli to nie jest celowe działanie to, co nim jest…?! Do startu w przetargu – jeśli taki jest, a powinien być transparentny – powinni mieć dostęp wszyscy, którzy złożą ofertę.  Tymczasem my nie mieliśmy nawet szans przystąpić do przetargu. Cóż można o tym pomyśleć…? Podobnie było w tym ostatnim przetargu na dostawę autobusów dla 2. Regionalnej Bazy Logistycznej w Warszawie-Rembertowie.

Podobnie, czyli jak…?

– Pierwotnie oferta miała byś wysłana przez firmę kurierską, tymczasem – były już na szczęście dyrektor handlu i marketingu w Autosanie – zdeklarował się, że on sam dostarczy dokumenty i jedzie do Warszawy dzień wcześniej, a ostatecznie spóźnia się 20 minut, czy to nie jest dziwne…?  

Czy zwolnienie tej osoby z pracy kończy sprawę?

– Nie wiem, czy kończy sprawę. Nie dziwię się premier Beacie Szydło, która wyraziła swoje zaniepokojenie tym, co się wydarzyło, i poleciła szefowi Komitetu Stałego Rady Ministrów ministrowi Henrykowi Kowalczykowi wyjaśnienie sprawy i wyciągnięcie konsekwencji, jeśli taka będzie potrzeba. Dobrze, że premier osobiście jest zainteresowana wyjaśnieniem tej sprawy. Oczywiście nie spodziewamy się, że nastąpi to niejako z marszu, ale ważne, że takie działania zostaną podjęte.

Czy i ile prawdy jest w domysłach, że Autosan i tak nie był w stanie sprostać wymogom zamówienia?

– To jest totalna bzdura. Twierdzenie, że Autosan nie był w stanie sprostać zamówieniu i wyprodukować autobusy zgodnie z zapotrzebowaniem wojska, jest kolejnym kłamstwem i próbą zdyskredytowania naszej firmy. Z sanockiej fabryki wyjeżdżały już i wyjeżdżają autobusy różnego kalibru, pełny asortyment. Produkujemy zarówno autobusy miejskie, międzymiastowe, nisko- i wysokopodłogowe, ponadto autobusy turystyczne, szkolne. W Autosanie produkujemy autobusy zasilane gazem ziemnym, pracujemy też nad autobusem o napędzie elektrycznym. W tej sytuacji twierdzenie, że nie jesteśmy w stanie wyprodukować autobusu wysokopokładowego, jest kłamstwem. Ponadto w tym zamówieniu przetargowym była mowa także o innych autobusach krótkich, niskopodłogowych, które produkujemy na bieżąco. Można było zatem skorzystać. Jeśli przegralibyśmy ten przetarg, ale w równiej walce, to można byłoby to jakoś przełknąć, ale tu zostaliśmy wystawieni do wiatru.

Część mediów nie pozostawiła jednak suchej nitki na władzach Autosanu, obarczając je winą…   

– Niektóre media zachowały się niegodnie, formułując w nieuprawniony sposób zarzuty pod adresem obecnego zarządu, co bije bezpośrednio w Autosan. Kto wie, czy nie o to właśnie chodzi. Po tym jak została ogłoszona informacja o niezgłoszeniu oferty na czas, bodajże w ubiegły czwartek w Sanoku pojawili się dziennikarze „Gazety Wyborczej”, którzy od szóstej rano okupowali nasz zakład. Co więcej, proponowali naszym pracownikom, którzy szli do pracy, czterysta złotych w zamian za negatywną wypowiedź o działaniach zarządu, żeby tylko powiedzieli to, co się im zasugeruje.

Skusili tym kogoś?    

– My, pracownicy Autosanu, nie zarabiamy dużo. Żeby móc walczyć czy rozmawiać o podwyżkach wynagrodzeń, to najpierw musimy mieć zysk. Za nami też trudny okres upadłości zakładu, gdzie było jeszcze gorzej. Więc dla nas czterysta złotych to łakomy kąsek, ale nasi pracownicy są honorowi, niesprzedajni. Nie po to ratowaliśmy nasz Autosan, żeby dzisiaj dać się sprzedawać za pieniądze. Stąd nikt z naszych pracowników się nie skusił, nie dał się przekupić tymi judaszowymi srebrnikami. Ale jeśli takie podchody mają miejsce, jeśli takie działania są prowadzone wobec Autosanu, to co my mamy o tym wszystkim myśleć. 

Jednak nie tylko media szukają dziury w całym. Politycy również…?

– Tak zwana totalna opozycja tylko czeka na okazję, żeby móc skrytykować rząd, przypisując mu niestworzone rzeczy. Były wiceminister obrony w rządzie koalicji PO – PSL, obecnie wiceprzewodniczący sejmowej Komisji Obrony Narodowej Czesław Mroczek, od wczesnych godzin porannych w stacji RMF FM formułował wyroki, twierdząc, że jest to celowe działanie zarządu Autosanu na szkodę spółki, co jest totalną bzdurą. Nie ma pojęcia, co się dzieje w zakładzie, a próbuje się stawiać w roli wielkiego eksperta. Co do zarządu, to od maja w Autosanie mamy nowy zarząd, jest nowy prezes i robi wszystko, żeby ta firma stanęła na nogi. Poprzedni zarząd został oceniony przez Radę Nadzorczą na plus, ale my najlepiej wiemy, jak pracował. Obecny zarząd jest inny, prezes jest pełen energii do działania, jest aktywny, jeździ, rozmawia, jest częstym gościem w PGZ i to widać po zamówieniach. W drugim półroczu tego roku – na tym krótkim dystansie zaledwie paru miesięcy – robimy więcej niż w całym pierwszym półroczu i to widać. Mamy pracę, a tu nagle pojawia się taki atak, że zarząd i prezes działają na szkodę spółki. To jest bzdura i z takim podejściem nie można się zgodzić. Wśród krytyków, którzy się nagle uaktywniają, jest także europosłanka Platformy z Podkarpacia Elżbieta Łukacijewska. Tymczasem muszę przypomnieć, że od 2013 r., czyli od momentu ogłoszenia upadłości, wiele razy pisaliśmy do poseł Łukacijewskiej prośby o jakąkolwiek pomoc, o wsparcie naszych działań, które pomogłyby uratować Autosan. Prosiliśmy, aby pomogła nam otworzyć zamknięte dla nas drzwi u ówczesnych władz państwowych, żebyśmy mogli porozmawiać i przedstawić nasze argumenty. Niestety do dzisiejszego dnia pani Łukacijewska nie była łaskawa nam odpowiedzieć, tymczasem teraz wychodzi i mówi, że żąda głowy prezesa Autosanu. Przecież to brzmi jak kpina. Nie wiem, czy się śmiać czy płakać, kiedy się słyszy takie sądy. Lepiej niech politycy Platformy zamilkną i przestaną mącić.          

Czy i ewentualnie w jaki sposób utrata tego kontraktu dla wojska wpłynie na sytuację Autosanu?

– Nawet jeśli nie uda się odwrócić losów tego przetargu, to i tak jego utrata nie wpłynie na naszą sytuację. Autosan ma zamówienia związane z produkcją cywilną. Mamy zakontraktowanych ok. 40 autobusów, a więc mamy co robić przez najbliższe miesiące i na przyszły rok. Tym niemniej szkoda tego zamówienia, bo jakby nie spojrzeć, za tym przetargiem kryły się duże pieniądze. Nie jest jednak tak, że jeśli nie będziemy produkować dla wojska, to czeka nas porażka. Tak nie jest.

Jak dzisiaj, ponad półtora roku od przejęcia Autosanu przez PGZ, wygląda sytuacja spółki?

– Nigdy nie jest tak, żeby nie mogło być lepiej. Nie ukrywam, że owszem, mieliśmy jednak większe oczekiwania. Kiedy przejmowała nas PGZ, to w obecności premier Beaty Szydło padły zapewnienia, że zakład będzie dofinansowany. Tymczasem trzeba było zapłacić syndykowi, ponadto dać Sobiesławowi Zasadzie osiem milionów złotych za połowę hali. Nie było zatem oczekiwanego przez nas dofinansowania na rozwój Autosanu, pieniędzy, których bardzo potrzebujemy, aby dostosować zakład do produkcji zgodnej ze stale rosnącymi wymaganiami klientów. Żeby zrobić prototyp autobusu elektrycznego, potrzeba pieniędzy, tymczasem tych środków nie ma. Owszem, otrzymujemy wsparcie od Huty Stalowa Wola i PIT-RADWAR-u, ale są to środki, które pozwalają jedynie pokryć koszty utrzymania zakładu i koszty wynagrodzeń, nic więcej. W tej sytuacji, nie mając kto wie jakich zysków, trudno jest nam się realnie odbić od dna. Tymczasem potrzebna jest modernizacja linii produkcyjnej, zakup nowych przyrządów, a bez konkretnego dofinansowania ze strony PGZ czy od spółek-matek my się nigdy nie znajdziemy na powierzchni, choćby zarządy były najlepsze.

Dziękuję za rozmowę.   

Mariusz Kamieniecki