• Piątek, 3 kwietnia 2026

    imieniny: Pankracego, Ryszarda

Wigilia na Rakowieckiej

Piątek, 21 grudnia 2012 (02:08)

Zacznę od krótkiej osobistej refleksji. Była sobota, 12 grudnia 1981 roku. Późnym wieczorem w siedzibie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich przy ul. Foksal w Warszawie kończyło się spotkanie z udziałem uczestników Kongresu Kultury Polskiej i gorąca dyskusja wokół wolności słowa. Nastroje nie najlepsze, ale też odrobina satysfakcji, że tak w miarę swobodnie możemy rozmawiać o władzy, o codziennych problemach, roli „Solidarności” w socjalistycznym obozie. Pamiętam słowa, które wówczas wypowiedział jeden ze znanych literatów: „Ilekroć władza sprzeniewierzyła się prawu, społeczeństwu, tyle razy dostawała po łapach”. Nie wiedział, że za kilka godzin to społeczeństwo dostanie ciosy, po których przez długi czas nie będzie mogło się podnieść, i że stracimy tę namiastkę wolności.

 

13 grudnia

Mroźny poranek 13 grudnia. Jak zwykle w niedzielę musiałem pojechać do radia na ul. Malczewskiego. W tym miejscu muszę wyjaśnić, że kilka lat wcześniej zawiesiłem na kołku moją adwokacką togę, bardziej odpowiadała mi praca dziennikarska. Dziwnym zbiegiem okoliczności zostałem reporterem Polskiego Radia.

Przed gmachem radia na Malczewskiego pojawił się szokujący obraz – zielone mundury i czerwone berety komandosów z 6. dywizji powietrzno-desantowej, na ulicy jakieś opancerzone pojazdy. O wejściu do środka nie było mowy. Może to ruscy jednak weszli, ale nie, żołnierze mówią po polsku. Co się dzieje? Stan wojenny! – krzyczą koledzy z zaprzyjaźnionej redakcji sportowej. Bogdan Tuszyński – szef radiowego sportu, zaprosił do swojego starego wartburga. Rano wysłuchał Jaruzelskiego, pojawiły się aresztowania. Radio zawiesiło swoje programy, nadawali na przemian marsze i przemówienie Jaruzelskiego. Wiedziałem, że z mojego dziennikarstwa nic nie będzie. Wieczorem krótka męska rozmowa z moim przyjacielem Piotrem Andrzejewskim, późniejszym senatorem. Piotr powiedział: „Wracaj do palestry, będzie sporo roboty”. I wróciłem. Formalności z ponownym wpisem na listę adwokatów zwykle trwały bardzo długo, w moim przypadku zajęły zaledwie kilkanaście dni. W tym beznadziejnym, przerażającym okresie byłem szczęściarzem. Miałem drugi zawód, i to całkiem niezły. Moi koledzy z radia, telewizji, dzienników i czasopism zostali poddani brutalnej politycznej weryfikacji. Wielu z nich znalazło się na bruku, bez środków do życia. Kilkanaście miesięcy pozornej wolności – wywalczonej przez „Solidarność”, zintegrowało znaczną część środowiska dziennikarskiego, pomimo delegalizacji SDP działało nadal, tworząc nowe podziemne struktury. Miałem ogromną satysfakcję, że mogłem z tym środowiskiem przez wiele lat jeszcze współpracować.

Polityczne procesy

Przepraszam Czytelników, miały być adwokackie wspomnienia, a ja o dziennikarzach.

Miał rację Piotr Andrzejewski mówiąc, że będzie sporo roboty. Faktycznie pracy było bardzo dużo. Na pomoc czekali ludzie w całej Polsce, niejedną noc spędziliśmy w pociągu, jadąc z jednego krańca Polski na drugi. Obrona w procesie politycznym w tamtym czasie to walka z wiatrakami, wyroki z góry ustalone. Ważne jednak było, aby jak najszybciej dotrzeć do aresztowanego działacza opozycji. Wyrwani ze swego środowiska, od rodziny, od najbliższych znajdowali się w krańcowo trudnej sytuacji. Najgorszy był okres poprzedzający święta. Starałem się wtedy odwiedzać ich w więzieniach jak najczęściej, chociażby po to, żeby trochę porozmawiać. W tamtych latach niemal każdą sobotę spędzałem w różnych kryminałach, najczęściej na Rakowieckiej w Warszawie, tu siedzieli ci „najgroźniejsi”.

Nie pamiętam, który to był rok, kiedy to Wigilia wypadała właśnie w sobotę. Miałem wówczas widzenie ze Zbyszkiem Romaszewskim, Andrzejem Rozpłochowskim – liderem śląskiej „Solidarności”, i jeszcze trzecim „złoczyńcą”. Moja żona, która stała się ekspertem od więziennych paczek, przygotowała trzy półmiseczki z wigilijnymi daniami, do tego oczywiście opłatek, gałązkę świerkową i mały świąteczny obrusik.

Mimo ostrych rygorów służba więzienna nie sprawdzała mi torby. Widzenia na Rakowieckiej odbywały się w maleńkich pokoikach. Jedynym wyposażeniem był mały kwadratowy stolik, zwykle brudny, a do tego dwa krzesełka i wisząca na przewodzie marna żarówka.

W takiej scenerii przygotowałem tę więzienną Wigilię. Kiedy na stolik położyłem obrus, gałązkę świerkową, półmiseczek i na małym talerzyku opłatek, od razu zrobiło się jakoś jaśniej.

Pierwszy „doprowadzony” Zbyszek Romaszewski nie ukrywał zaskoczenia – taka Wigilia w kryminale. Namiastkę świąt starałem się stworzyć jeszcze dwóm kolejnym opozycjonistom. Niestety, zadziałały służby podsłuchowe. Nie muszę tłumaczyć, że te adwokackie pokoiki były pod nadzorem Służby Bezpieczeństwa. Dwa razy się udało, za trzecim razem wkroczył klawisz, krzycząc, że urządzam biesiadowanie dla osadzonych. Nie pomogło wyjaśnienie, że dziś Wigilia, że za kilka godzin on będzie przy świątecznym stole. Musiałem zwijać tę moją Wigilię, a klawisz zakomunikował koniec widzenia. Potem było jeszcze postępowanie dyscyplinarne za niezgodne z regulaminem więziennym dokarmianie aresztowanych. Sąd adwokacki nie dopatrzył się z mojej strony naruszenia zasad etyki zawodowej.

Los bywa czasami przewrotny, po paru latach sam znalazłem się na Rakowieckiej w nieco innym charakterze. Towarzyszyłem sejmowej komisji sprawiedliwości, która sprawdzała warunki odbywania kary. Spotkałem mojego „wigilijnego klawisza”. Oczywiście mnie poznał. Podszedł i powiedział, że pamięta tamtą Wigilię. Tłumaczył, że nie mógł inaczej postąpić. Do końca go jednak nie zrozumiałem.


Autor jest prawnikiem, sędzią Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku.

Wiesław J. Johann