Taśmy oczyściły politykę
Środa, 9 sierpnia 2017 (13:47)Z prof. dr hab. Mieczysławem Rybą, wykładowcą Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II i Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, członkiem Kapituły Orderu Odrodzenia Polski, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Festiwal taśm od „Sowy” sprzed kilku lat wydaje się nie mieć końca. Jak zwykły Polak ma rozumieć wypowiedź ówczesnego szefa MSZ Radosława Sikorskiego i prezesa Orlenu Jacka Krawca, który sugeruje prezesowi Orlenu Jackowi Krawcowi, oddanie Rosjanom strategicznej pod względem energetycznym rafinerii w Możejkach?
– Podzieliłbym ten problem na kilka kwestii. Jeśli weźmiemy pod uwagę ocenę ówczesnego ministra spraw zagranicznych co do Rafinerii w Możejkach – w tamtym czasie, to dotykamy tu problemu bardzo nieprzyjaznej polityki Litwinów – szczególnie kolei litewskich – do firmy o strategicznym charakterze zarówno dla Polski, jak i Litwy – notabene ratowanej przez Orlen, która była ważna również dla Litwy w energetycznym uniezależnianiu się tego państwa od Rosji. Można zatem powiedzieć, że ta złość Radosława Sikorskiego na Litwinów – wyrażona w tamtym momencie – z takich, a nie innych przesłanek jest uzasadniona. Przypomnę też, że nie tak dawno, bo zaledwie kilka tygodni temu, podpisano porozumienie w tej sprawie. I w tym kontekście kwestia nacisku na Litwę wydaje się być zrozumiała z punktu widzenia Polski. Natomiast włączenie do tego czynnika rosyjskiego stanowi poważny problem, zważywszy, że w Europie Centralnej główna rozgrywka, jaka się toczy, dotyczy niezależności Polski i innych krajów i ich relacji do Rosji. W tym względzie trudno się zgodzić z rozumowaniem prezentowanym przez Radosława Sikorskiego.
Pod względem suwerenności energetycznej Polska i Litwa wiele straciłyby…
– Powiedzmy sobie uczciwie, że Litwini – delikatnie rzecz ujmując – popełnili całą masę błędów w stosunku do Polski. Niestety, inwestycja w Możejkach nie była traktowana przez to państwo w sposób uczciwy, a szykany wobec Polski były zupełnie niezrozumiałe. Nie oznacza to jednak, że chcąc w jakiś sposób ukarać Litwinów, należałoby wzmacniać Rosjan, bo oznaczałoby to również osłabienie Polski.
Zgodzi się Pan z tezą stawianą przez komentatorów, że sugerowanie oddania Rosji inicjatywy w sprawie Możejek ociera się o zdradę narodową…?
– Nie przesadzałbym w tych ocenach. Nie podzielam tego typu zdania, w tym zakresie. Proszę pamiętać, że polityka ma wielowymiarowy aspekt i zawsze trzeba czytać kontekst pewnych decyzji. Gdyby Radosław Sikorski sugerował czy też chciał sprzedawać PKN Orlen – to wówczas tak kategoryczne oceny byłyby uzasadnione. Oczywiście uważam, że Sikorski nie miał racji w tym zakresie, zwłaszcza że jak pamiętamy, Platforma próbowała w sposób nieskuteczny dogadać się z Rosjanami i na kanwie katastrofy smoleńskiej tworzyć gesty przyjaźni, z których kompletnie nic nie wynikało, i w tej sytuacji diagnoza, że z Rosją da się robić interesy, a jednocześnie być niezależnym, jest całkowicie błędna. Natomiast tak jak już wspomniałem, tę wypowiedź Sikorskiego należy czytać w kontekście bardzo dziwnych zachowań władz Litwy, w tym zwłaszcza litewskich kolei. Trudno zrozumieć wieloletnie szykany wobec firmy, która ma strategiczne znaczenie dla Litwy – w kontekście tego, o czym powiedziałem – trzeba uznać to za autodestrukcję. W tej rozmowie pomiędzy Sikorskim a Krawcem pojawia się duża doza emocji i trudno obu panom przyznać rację, ale nie używałbym tutaj tak mocnych słów jak zdrada narodowa.
Czy tak ważne kwestie dotyczące strategicznych interesów państwa powinny być poruszane w restauracjach?
– I to jest poważny problem. Są różne instrukcje biznesowe dla firm czy dla ludzi tzw. wysokiego biznesu, ażeby nie poruszać kwestii biznesowych w miejscach publicznych. Tymczasem w tym wypadku mamy do czynienia z polityką uprawianą w restauracji przez ministra spraw zagranicznych i szefa największych spółek o strategicznym znaczeniu dla Polski, którzy przy „ośmiorniczkach” podejmują kwestie wagi państwowej. I jeśli pominąć ten fragment rozmowy, to dyskusja dotyczyła wielu różnych spraw, począwszy od zegarka min. Sławomira Nowaka na Grzegorzu Schetynie kończąc. Miała też część – moim zdaniem – merytorycznie ważną, jeśli bierzemy pod uwagę Możejki, których temat powinien być podejmowany w gabinetach ministerialnych, bądź w innym z oczywistych względów chronionym. Biorąc pod uwagę poziom – mam tu na myśli zajmowane stanowiska polityków, urzędników czy biznesmenów, to w tym wypadku mieliśmy do czynienia z zupełną amatorką. To jednak świadczy o frywolności i braku roztropności ówczesnej ekipy władzy.
Politycy Platformy, którzy odnosząc się do „taśm”, lekceważą treść rozmów ciężar winy, przenosząc na tych, którzy je nagrali, podkreślali jednocześnie, że nikczemne jest ujawnianie rozmów prywatnych. Tymczasem kiedy w rozmowie Radosława Sikorskiego i Jacka Krawca słyszymy, że te spotkania przy „ośmiorniczkach” były opłacane z państwowych pieniędzy, to chyba ta sprawa nabiera innego kontekstu…?
– Do organizowania rozmów prywatnych nie używa się państwowych pieniędzy. Oznacza to, że jeśli mąż zaprasza żonę na obiad, to nie płaci kartą służbową – i to jest rzecz oczywista, jeśli zapraszam swojego przyjaciela na obiad, to też tego nie czyni. Z kolei jeśli zaprasza przedstawiciela wysokiego biznesu i rozmawiają o sprawach publicznych, to tak. Jednak tu też jest problem, mianowicie jak zdefiniować, co jest prywatne, a co publiczne. Tymczasem kwestia Rafinerii Możejki – z całą pewnością – nie jest sprawą prywatną, tylko jeśli rozmawiają osoby na wysokich stanowiskach – jak w tym wypadku i jeśli próbują ustalać decyzje w tym zakresie, to przestaje to być rozmowa prywatna, a ma gigantyczną wagę państwową, społeczną. W tym względzie kupy nie trzyma się linia obrony polityków Platformy i w całości jest wewnętrznie sprzeczna.
Jaką wiarygodność ma polityk, który nawet w rozmowach prywatnych nie szanuje swoich partyjnych kolegów?
– Przypuszczam, że różni politycy w kuluarowych rozmowach pewnie różnie mówią o sobie nawzajem. Z tej rozmowy wynika, że Grzegorz Schetyny nie miał poszanowania, autorytetu szczególnie ze strony opcji przeciwnej wewnątrz Platformy, bo Radosława Sikorskiego można zaliczyć raczej do frakcji Donalda Tuska. Można wywnioskować, że również dzisiaj Grzegorz Schetyna jako szef partii tego poważania nie ma. Ale co jeszcze gorsze – to fakt, że w tym obozie politycznym się go nie boją – tak jak to było za Tuska. Grzegorz Schetyna jest dzisiaj lekceważony i to nie przez przeciwników politycznych, ale przez swoich partyjnych kolegów. I to jest duży problem, który możemy obserwować na własne oczy. Jeśli Hanna Gronkiewicz-Waltz z powodu kwestii reprywatyzacji w Warszawie, niepomiernie obciąża wizerunek Platformy, a Grzegorz Schetyna nie jest w stanie – przez tyle miesięcy – wyczyścić tego tematu, usuwając prezydent stolicy w cień, to tylko oznacza, że jako szef partii jest słaby, i nie tylko, że nie jest szanowany przez partyjnych kolegów, co jest oczywiste, ale nikt się go nie boi. To też wiele mówi nam o formacji, jaką jest Platforma. Jeśli bliżej się przyjrzeć tej rozmowie Sikorskiego z Krawcem, warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz, a mianowicie, że tam jest niezwykle mało merytorycznych kwestii, natomiast są podnoszone sprawy formalne, często tylko PR-owskie. Co również ciekawe, ci politycy nie spierają się o koncepcje czy idee. Dajmy na to, gdyby Schetyna był oceniany, krytykowany za to, że nie potrafi przemawiać, że źle prezentuje różne kwestie, ale dotyczyłoby to konkretnych sporów co do przyszłości państwa bądź spraw gospodarczych, to byłoby można określić to mianem wewnętrznego sporu, które w rozmowach prywatnych też się mogą przewijać, ale są to spory o coś, tymczasem tutaj mamy bardzo płytkie oceny.
Czy to nie pokazuje, że w przypadku Platformy, kiedy rządziła, ale też i dzisiaj mamy do czynienia z partią własnych, wąskich interesów?
– Dokładanie. Mamy tu do czynienia z formacją bez żadnej wizji państwa, partii bez celu, który wykraczałby poza typową, partykularną walkę o byt.
Jak to możliwe, że politycy reprezentujący tak żenująco niski poziom, bez empatii – nawet dla swoich – zajmowali najwyższe stanowiska w państwie, że formacja o tak żenująco niskim poziomie moralnym w ogóle doszła do władzy?
– Kultura polityków w tzw. systemie demokratycznym – niestety – pozostawia wiele do życzenia. Kwestia nie dotyczy tylko Radosława Sikorskiego, bo – jak wiemy – „bohaterów” taśm od „Sowy” jest znacznie więcej, ale mówimy sprawach, które wychodzą dzisiaj dlatego, że media są bardzie pluralistyczne niż to było przez osiem lat rządów koalicji PO – PSL. Sprawy, które kiedyś Platformie uchodziły na sucho, dzisiaj nie przejdą, bo media publiczne to uchwycą. Ówczesna partia władzy – jak nazywano Platformę – miała gigantyczną ochronę zewnętrzną, medialną. Prawda jest taka, że poza Radiem Maryja, Telewizją Trwam czy „Naszym Dziennikiem” i może jeszcze kilkoma innymi – w tamtych czasach – trudno było znaleźć więcej podmiotów medialnych, które byłyby w stanie pokazać obiektywnie prawdziwy obraz tego środowiska. W momencie wewnętrznego sporu w Platformie – jeszcze przed wyborami prezydenckimi – wyszło np., jak się zachowuje i kim jest Bronisław Komorowski. Przy jego brakach – właściwie we wszystkich obszarach – brzemię to nagle dojrzało i pękło niczym bańka mydlana. Dzisiaj to widzimy w pełnym świetle za sprawą tych mediów, które dążą do prawdy i ją odkrywają.
Co obok osłony medialnej, o której Pan Profesor wspomniał, powodowało jeszcze, że formacja, która nie powinna mieć racji bytu, przez osiem lat rządziła Polską?
– Przede wszystkim dobry PR. Platforma przede wszystkim – jeśli na nią spojrzymy przez Donalda Tuska – była doskonała pod względem prezentacji i sprzedawania się społeczeństwu. Jeśli do tego dodamy wspomnianą osłonę medialną stworzonego monopolu, to wszystko składa się na taki, a nie inny efekt. W tej sytuacji działania, które nigdy nie uszłyby płazem prawicy, którą starto by w pył, Platformie uchodziły. Ale ta pewność siebie, poczucie bezkarności zgubiło tych ludzi, którzy przestali mieć instynkt samozachowawczy. Weźmy tę „słynną” restaurację „Sowa i Przyjaciele”, skąd wzięła się jej popularność, ileż można się spotykać i rozmawiać, i to o sprawach państwowych, w jednym miejscu. Skąd tak duża nieroztropność polityków rządowych, ludzi z pierwszych stron gazet, których przecież każdy znał…? To jest wynik braku roztropności, co jest pochodną pychy partii mającej potężną ochronę medialną po to, żeby prawica nie doszła do władzy. To z kolei powodowało, że Polacy nie mieli pełnej wiedzy w ważnych kwestiach, co więcej – wydawało się im, że w wyborach głosują na ludzi merytorycznych i poważnych.
Kto może stać za tymi taśmami, kto na tych taśmach zyskuje?
– To zależy, w jakim czasie. Przypomnę, że te taśmy wypływały jeszcze za rządów Platformy, a więc wówczas, kiedy toczyła się tam walka frakcyjna. I jak widać, różni ludzie zyskują w różnym czasie. Ale ważniejsza jest odpowiedź na pytanie, kto na tym najwięcej traci? Dzisiaj na tych taśmach najwięcej traci Platforma, i to potężnie. W odróżnieniu od kwestii reprywatyzacyjnych w Warszawie, o której dzisiaj wszyscy wiedzą, w przypadku taśm w grę wchodzą kwestie wizerunkowe. Tym, co razi już na pierwszy rzut oka, jest małostkowość „bohaterów” tych rozmów i w mojej ocenie będzie to prowokować i potęgować kolejne konflikty w Platformie. Proszę pamiętać, że partia skłócona wewnętrznie jest mało skuteczna na zewnątrz. Wtedy, kiedy wychodziły pierwsze taśmy od „Sowy”, Platforma była przy władzy, to szkodziło również państwu polskiemu, także w wymiarze zewnętrznym. Ostatecznie doprowadziło to do oczyszczenia sfery politycznej, do zmian, bo „bohaterowie” taśm – z woli Narodu – stracili władzę. Można zatem powiedzieć, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.
Czy nie jest zastanawiające, że wśród „bohaterów” taśm nagranych w warszawskich restauracjach nie ma ani Donalda Tuska, ani Grzegorza Schetyny?
– Słuszna uwaga. Ale należy też pamiętać, że obaj ci politycy są przeciwnikami frakcyjnymi. Być może zachowali większą roztropność, a być może – jeszcze – nie wszystkie taśmy znamy i kto wie, co może się na nich znaleźć.