• Piątek, 22 maja 2026

    imieniny: Wiesławy, Heleny, Julii

Jesteśmy o krok bliżej prawdy

Poniedziałek, 7 sierpnia 2017 (12:42)

Z senator Alicją Zając z Prawa i Sprawiedliwości, wdową po senatorze Stanisławie Zającu, który zginął w katastrofie rządowego Tu-154M pod Smoleńskiem 10 kwietnia 2010 r., rozmawia Mariusz Kamieniecki

Donald Tusk złożył w ubiegłym tygodniu kolejne zeznania w prokuraturze w śledztwie dotyczącym katastrofy smoleńskiej. Były premier rzeczywiście – jak twierdzi – nie ma sobie nic do zarzucenia i nie ma się czego obawiać?

– Nie wiem, czy Donald Tusk nie powinien mieć sobie nic do zarzucenia i czy powinien się czegoś obawiać czy też nie. To jest już sprawa sumienia, które prędzej czy później odezwie się w każdym człowieku. Jednak obserwując zachowanie obecnego szefa Rady Europejskiej, patrząc na jego twarz, mam wrażenie, że nie jest to człowiek wewnętrznie spokojny. Moim zdaniem jest to człowiek, który przez siedem lat od momentu katastrofy smoleńskiej stał się zakładnikiem pewnych decyzji, które po tej narodowej tragedii zostały podjęte.

Problem w tym, że to właśnie on – jako premier – te decyzje podejmował…

– Oczywiście, że to Donald Tusk podejmował te decyzje, dlatego dzisiaj ponosi konsekwencje swoich działań czy zaniechań, również konsekwencje osobiste. Musiałby – jak sądzę – być zaprogramowanym robotem – nie człowiekiem żeby nie odczuwać emocji, wracając myślami do tego, co się wydarzyło 10 kwietnia 2010 r. i do decyzji, które wówczas podejmował jako premier rządu RP.

Teraz piastuje stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej, ale nie tylko sprawy związane z zajmowanym urzędem powinny zaprzątać jego umysł, bo przed siedmiu laty był nie tylko premierem odpowiedzialnym za sprawy państwa, ale również – o czym się często zapomina – był także szefem partii rządzącej. Myślę, że wszystkie sytuacje z tamtego okresu, których ja z oczywistych względów doświadczyłam i wciąż doświadczam, bo jak pan wie, jestem świeżo po ekshumacji ciała i pogrzebie mojego męża Stanisława Zająca, z całą pewnością to wszystko, co stało się doświadczeniem rodzin smoleńskich, nie pozwala mu spokojnie żyć.

Po tych wszystkich decyzjach i wypowiedziach Donalda Tuska wierzy Pani w jego zdolność do refleksji…?

– Człowiek jest tylko człowiekiem i mimo iż Donald Tuska jest zaprogramowany na sukces, że nad jego wizerunkiem pracuje sztab specjalistów od wizerunku, to jednak uczucia czy też odczucia – zwłaszcza w tak poważnej sprawie – są czymś, nad czym trudniej zapanować. Mam nadzieję, że Donald Tusk, powracając do dnia 10 kwietnia 2010 r. i wszystkich późniejszych wydarzeń i faktów, które sam kreował też ma, a przynajmniej powinien mieć chwile zadumy. Nie sądzę, żeby z tym bagażem smoleńskim czuł się z tym dobrze.

Jak zatem przyjmuje Pani wypowiedź Donalda Tuska, w której zaprzecza, jakoby ktokolwiek z ówczesnych władz wydawał decyzję o zakazie otwierania trumien?  

– To zaskakujące i irytujące zarazem, że przedstawiciele rządzącej wtedy Platformy niczym mantrę powtarzają, że nikt w 2010 r. po sprowadzeniu ciał naszych bliskich do Polski nie wydawał decyzji o zakazie otwierania trumien, słyszymy też, że takie były wówczas i są dzisiaj procedury. Jakie procedury – pytam…? Wówczas nikt o żadnych procedurach nam rodzinom nie mówił, był zakaz i koniec, kropka.

Jak zachowywali się przedstawiciele rządu w Moskwie, gdzie Pani była osobiście?

– Owszem bezpośrednio po katastrofie byłam wraz z innymi rodzinami w Moskwie i osobiście – razem z innymi – słyszałam wypowiedź, że po sprowadzeniu ciał do Polski nie będzie nam wolno otwierać trumien. I to mogą potwierdzić wszyscy członkowie rodzin, jak również oficjele z polskiej, jak i rosyjskiej strony, którzy też tam wówczas byli. Do dziś mam przed oczyma salę i siedzących za stołem m.in. Ewę Kopacz i Tomasza Arabskiego i słowa, które wówczas padły.

Dlatego dzisiaj zaprzeczenia, że nikt w 2010 r. nie zabraniał nam otwierania trumien, uważam za kłamstwo. Niektórym wydaje się, że mogą powiedzieć wszystko na swój użytek i że to przyniesie im spodziewany efekt, ale to tylko złudzenie. My – rodziny smoleńskie, którzy przeżyliśmy tragedię i ból związany z utratą bliskich, którzy także przeżyliśmy ekshumacje, w tym momencie nie myśleliśmy tylko o naszych zmarłych, ale także o tych wszystkich, którzy swoimi działaniami lub ich brakiem doprowadzili do tego, że musimy przeżywać traumę ekshumacji i drugi pogrzeb. Niektórzy w związku z tym, że mieliśmy do czynienia z zamianami ciał, ze szczątkami kilku osób w jednej trumnie, musieli te pochówki czy dochówki przeżywać nie jeden raz. Niewykluczone, że ten proces jeszcze się nie zakończył, bo jak wiemy, ekshumacje wciąż trwają i nikt nie jest w stanie zagwarantować, czy „niespodzianek” nie będzie więcej.

Ale ekshumacje są konieczne, bo wiara i kultura nakazuje nam godny pochówek zmarłych. Można to było zrobić wcześniej, ale odpowiedzialni za to rządzący Polską w 2010 r. o to nie zadbali, co więcej uniemożliwili to rodzinom. To są bardzo delikatne kwestie. Sądzę też, że wszyscy ci, którzy dzisiaj słyszą Donalda Tuska, mówiącego, że w 2010 r. nikt nie wydawał decyzji o zakazie otwierania trumien, odnoszą wrażenie takie jak ja, że żal, iż po siedmiu latach ówczesny premier rządu RP idzie w zaparte.   

Pamiętamy kategoryczne nakazy Ewy Kopacz czy Tomasza Arabskiego, że nie ma mowy o otwieraniu trumien. Wnuk Anny Walentynowicz Piotr mówi dziś, że również Donald Tusk podczas spotkań z rodzinami wykluczył taką możliwość, co więcej całą odpowiedzialność wziął na siebie…

– Z tych spotkań rodzin z ówczesnym premierem Tuskiem zapamiętałam jedno – w mojej ocenie kluczowe – zdanie, które powiedział do nas w odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak postąpił po katastrofie, oddając śledztwo w ręce Rosjan, zdanie, które często przywołuję, sformułowane w taki sposób i takim językiem, jakim dzisiaj szef Rady Europejskiej posługuje się na unijnych salonach, a mianowicie, że nie chciał, żeby sprawa smoleńska wywołała „negatywny tematycznie przełom w stosunkach polsko-rosyjskich”.

To pokazuje, że dla ówczesnych władz w tym stojącego na ich czele Donalda Tuska nie liczyły się rodziny, nie liczyła się pamięć o najwyższych przedstawicielach państwa polskiego i wyjaśnienie przyczyn katastrofy, tylko liczyła się i zwyciężyła poprawność polityczna. Sądzę, że gdyby udało się dotrzeć do nagrań naszych spotkań w instytucie medycyny sądowej w Moskwie, bo Rosjanie – znając ich pewnie to nagrywali dla swoich potrzeb, czy do nagrań z dwóch spotkań premiera Tuska z rodzinami w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, to rozwiałoby to jakiekolwiek próby manipulacji, z jakimi dzisiaj mamy do czynienia. Przerażająca jest chęć zamknięcia sprawy możliwie jak najszybciej, żeby się pozbyć problemu i nie zaszkodzić Rosji. Pytanie brzmi: – jak to wszystko się ma do obowiązku ciążącego na premierze dotyczącym troski o interes państwa polskiego? To pytanie cały czas sobie zadaję, ilekroć tylko na ekranie telewizora widzę Donalda Tuska goszczącego w Polsce – może i dobrze, że ma to miejsce tak rzadko.

Donald Tusk w swoich wypowiedziach, ale także na portalach społecznościowych próbuje się wykreować na ofiarę osobistej zemsty Jarosława Kaczyńskiego i zmienianego przez PiS wymiaru sprawiedliwości…

– Ofiarą nie jest Donald Tusk, ale ofiarami jest 96 osób z prezydentem RP Lechem Kaczyńskim na czele oraz rodziny smoleńskie, a przede wszystkim ofiarą polityki rządu koalicji PO – PSL jest państwo polskie. Ówczesny rząd – bezwolnie oddając śledztwo w rosyjskie ręce, wystawił nas na pośmiewisko całego świata. Kiedy dzisiaj wychodzą na jaw nowe fakty dotyczące współpracy różnych stowarzyszeń czy fundacji jak Fundacja Otwarty Dialog zaangażowanej w antyrządowe protesty z podmiotami rosyjskimi czy osobami prywatnymi, to siłą rzeczy nasuwa się pytanie: – jaki wpływ miała strona wschodnia na to, co się wydarzyło w 2010 r.? Czego dotyczyły spotkania premiera Tuska z premierem Putinem – chociażby tajna – nie wiedzieć czemu – słynna rozmowa na sopockim molo, podczas której obaj politycy rozmawiali rzekomo o pogodzie?

Dzisiaj czy to premier Szydło, prezydent Duda czy prezydent Trump czy inni przywódcy prowadzą rozmowy, ale jak można sądzić, są to rozmowy w interesie własnego kraju i Narodu, ale nie są to rozmowy prowadzona tak jak to było za rządów Tuska, aby inne państwo było zadowolone. Czy zatem już wówczas Donald Tusk myślał o karierze na unijnych salonach i próbował uzyskać poparcie czy też ułożyć się również z Rosją? Od lat zajmując się polityką, śledzę kariery polityczne i życiowe różnych polityków ze światowej czołówki i widzę, że na działaniach tych ludzi bardzo mocno odbija się to, kiedy i gdzie oraz w jaki sposób, czy w jakich czasach rozpoczynali swoje kariery. Sytuacja jest zero jedynkowa, albo coś jest transparentne i uczciwe od początku, inaczej mówiąc, albo ktoś żyje zgodnie z zasadami i umiera w chwale – tak jak nasze 96 ofiar katastrofy smoleńskiej, albo ktoś jest uwikłany w różne niejasne sprawy czy współpracę z różnymi nie do końca przejrzystymi podmiotami.

Tak czy inaczej, czy wierzy Pani, że prawda o katastrofie smoleńskiej wyjdzie na jaw?

– Często, także w rozmowach z panem redaktorem, podkreślałam, że nie sądzę, iż za mojego życia doczekam się prawdy o Smoleńsku. Mówiłam tak, bo widziałam ogromną niechęć – już po kilku tygodniach od katastrofy, bo do momentu pogrzebów jeszcze zachowywano pozory troski o rodziny i zmarłych, natomiast później, po tych spotkaniach z premierem Tuskiem, po działaniach, a właściwie braku działań prokuratury, wówczas wiele rodzin pozbyło się złudzeń. Natomiast teraz, w związku z działaniami podjętymi przez obecny rząd – zresztą bardzo potrzebnymi – wielu z nas ma odczucie, że jesteśmy o krok bliżej prawdy dotyczącej tego, co się wydarzyło, jak i dlaczego.

Pozostając jeszcze w temacie Donalda Tuska, jak Pani sądzi, dlaczego był ten kategoryczny zakaz otwierania trumien, czy ówczesny rząd wiedział, jaką tajemnicę skrywają?

– Pierwszą przyczyną był czas – mianowicie usiłowano jak najprędzej zakończyć sprawę żałoby i wraz z trumnami ofiar pogrzebać problem. Nie sądzę, żeby Rosjanie szczegółowo informowali Ewę Kopacz, że ciała owinięto czarną folią, przepasane sznurem, a ubrania, w które nasi bliscy mieli być przyodziani, zostały często bezładnie wrzucone do trumien na folię.

Ale przecież Ewa Kopacz podczas konferencji w Moskwie z udziałem m.in. Putina wprost rozpływała się na temat solidności rosyjskich patomorfologów, którzy działali ręka w rękę z polskimi, a ona sama nigdy nie widziała tak profesjonalnej współpracy…

– Jak pan dobrze wie, Ewa Kopacz twierdzi dziś, że była w Moskwie z misją specjalną, aby się opiekować rodzinami, że była wolontariuszką. Tyle tylko, że jak dzisiaj wiemy, ta misja absolutnie nie była w interesie rodzin, tylko była prowadzona w dobrze pojętym interesie rządu Donalda Tuska, który – jak można domniemywać – w dowód wdzięczności odchodząc do Brukseli, przekazał Ewie Kopacz szalik kibica, namaszczając ją na swoją następczynię.

Tak nawiasem mówiąc, prawdziwi polscy kibice w odróżnieniu od rządu koalicji PO – PSL działają pozytywnie, godnie reprezentując polskie symbole narodowe. Co do konferencji w Moskwie, to ilekroć widzę wystąpienie i słucham Ewy Kopacz, to wyłączam telewizor. To nic innego jak przejaw służalczości, szczególny hołd, żeby nie powiedzieć poddaństwo.

Niedawno powtórnie pochowała Pani swojego męża, wiem też, że mimo wcześniejszych wątpliwości była Pani przy ekshumacji i podczas otwierania trumny dla potrzeb sekcji. Co spowodowało, że zmieniła Pani decyzję?

– Musiałam się upewnić, że grób, który odwiedzam, kryje ciało mojego męża. Okazało się, że tak. Dzięki temu zamknął się w moim życiu, w życiu mojej rodziny pewien etap. Pojawił się spokój, że w innych trumnach, które będą ekshumowane nie będzie już szczątków mojego męża. Ręce mojego męża były oplecione różańcem, który zawsze mu towarzyszył w życiu. Nie wiem, kto to zrobił…? Wątpię żeby to zrobili Rosjanie, ale tak czy inaczej jestem za to wdzięczna.

Patrząc na ręce mojego męża splecione różańcem, zastanawiałam się, czy uczestnicy tego lotu wiedzieli, że zmierzają ku śmierci, czy w momencie katastrofy wiedzieli, że umierają. Być może w Moskwie znalazł się ktoś wierzący i wiedząc, że w tym samolocie lecieli ludzie w większości wierzący, żeby przed zawinięciem w czarną folię i położeniu na wierzchu ubrania zadbał o to, żeby na gołym ciele mojego męża znalazł się ten różaniec.

Aż siedem lat Pani i wiele innych osób musiało czekać, żyć w niepewności, aby się upewnić, że w trumnie, która pochowali spoczywa ciało osoby najbliższej…   

– Większość rodzin, które nie chciały ekshumacji – dzisiaj widząc, jak Rosjanie postąpili z ciałami ofiar, rewiduje swój dotychczasowy pogląd mniej, opierając się przed tym, co ze względów toczącego się śledztwa jest konieczne. Proszę mi wierzyć, że to nie było łatwe dla nikogo z nas. Dla mnie szczególnie bolesne było także to, że trójka moich wnucząt, które dzisiaj mają odpowiednio: dziewięć, osiem i siedem lat, które w 2010 r. nie były na pogrzebie dziadka, dzisiaj przed powtórnym pochówkiem przygotowywały się na ten pogrzeb  z wielką pieczołowitością.

Te małe dzieci czuły powagę chwili, widziałam, jak szły się uroczyście ubierać. To jest bardzo smutny wątek, o którym powinni się dowiedzieć ci, którzy decydowali o wszystkich działaniach, które miały miejsce po 10 kwietnia 2010 r. i doprowadziły do tego, że dzisiaj musimy tę tragedię smoleńską przeżywać na nowo. Zastanawiam się, czy chcieliby oni przeżywać to, co przeżywaliśmy my – rodziny smoleńskie, stając nad otwieranym grobem i trumną osoby najbliższej, w środku nocy czy nad ranem…?

Jak w tym kontekście ocenia Pani pracę prokuratorów w porównaniu do działań podejmowanych przez prokuraturę za rządów Platformy?

– Prokuratorzy dzisiaj oraz wszystkie służby czy to pracownicy zakładów pogrzebowych czy patomorfolodzy z zakładu medycyny sądowej, którzy uczestniczą w tych czynnościach, są niezwykle taktowni, delikatni, zatroskani, aby przeprowadzić wszelkie niezbędne prace w sposób perfekcyjny i najbardziej godny i to zarówno w odniesieniu do szczątków zmarłych, jak i do nas. Jestem za to bardzo wdzięczna.

Nigdy wcześniej, bo niby, dlaczego, nie uczestniczyłam w ekshumacjach, ale mogę powiedzieć, że zostało to przeprowadzone z najwyższą starannością. Celowo używam takiego określenia, które – jak pamiętamy – z ogromnym nadużyciem wypowiedziała z mównicy sejmowej Ewa Kopacz, mówiąc o przekopywaniu miejsca tragedii – pobojowiska smoleńskiego – w poszukiwaniu szczątków ofiar na głębokości jednego metra. Ta kobieta, wypowiadając te słowa, w ogóle nie rozumie, co oznacza najwyższa staranność. Na cmentarzu w Jaśle, gdzie spoczywa mój mąż, mieliśmy do czynienia z najwyższą starannością i szacunkiem dla zmarłego i dla rodziny, ale określenie najwyższa staranność w odniesieniu do działań Rosjan w Smoleńsku, jak i w Moskwie jest nadużyciem i naigrywaniem się z pamięci ofiar katastrofy rządowego Tu-154M.

                         Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki