• Piątek, 22 maja 2026

    imieniny: Wiesławy, Heleny, Julii

Minister zdrowia kupuje sobie czas

Sobota, 1 lipca 2017 (20:34)

Ze Zdzisławem Szramikiem, wiceprzewodniczącym Zarządu Krajowego Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Panie Doktorze, jakie plusy można dostrzec w ogłoszonej przez NFZ sieci szpitali?

– To jest kolejne rozwiązanie zastępcze. I jak wszystkie tego typu wcześniejsze nie przyniesie niczego dobrego. Inaczej mówiąc, jest to tylko przemeblowanie tego samego pokoju, tymi samymi meblami, podczas gdy wszystkie istotne wskaźniki ekonomiczne pozostają te same. Dlatego trzeba być albo skrajnym ignorantem, albo zupełnie bez wyobraźni, żeby oczekiwać, że to przyniesie jakieś konkretne, wymierne dla pacjentów zmiany. Oszem stare szyldy zostaną zastąpione nowymi, będą inne, nowe stanowiska, pojawią się nowe wizytówki, ale wszystko będzie się odbywało w ramach starego, skostniałego, niewydolnego systemu. Kolejny raz kupuje się czas, który dla pacjentów oczekujących z nadzieją, że coś w końcu się zmieni na lepsze, zostanie zmarnowany.   

Te szpitale, które są w sieci, które jak mówi minister Konstanty Radziwiłł, spełniły kryteria, mogą odetchnąć przynajmniej do 2021 r., a co z pozostałymi?

– Tu jest można by rzec podstawowe nieporozumienie. Tak naprawdę żaden szpital w sieci nie będzie mógł odetchnąć, może poza tym, że będzie miał kontrakt z NFZ. Tyle że w założeniach ów kontrakt będzie na poziomie roku 2015. I jeśli przed dwoma laty był niewystarczający, powodując dla ogromnej większości szpitali brak finansowania, to niby jak takie same czy podobne środki mają zapewnić komfort kilka lat później. Przecież to jest misja z gatunku niemożliwych. Wobec tych oczywistych faktów liczenie na cuda ekonomiczne sprawi czy spowoduje – prędzej czy później – bolesne rozczarowanie. Kliniczny Szpital Wojewódzki nr 2 im. św. Jadwigi Królowej w Rzeszowie, gdzie pracuję, miał za ubiegły rok zobowiązania wobec wierzycieli bodajże na poziomie 28 milionów złotych, a rok wcześniej było 8 czy 10 milionów złotych. I jeśli przy kosztach z tamtego czasu, które dzisiaj wzrosły, placówka generowała długi, to nie liczmy, że w roku 2018, gdzie wyższe będą ceny mediów, gdzie z uwagi na inflację wzrosną też ceny leków i sprzętu, te pieniądze wystarczą do tego, aby szpital się zbilansował.

Dodajmy może, że mówimy o największym szpitalu na Podkarpaciu…

– W piątek w Urzędzie Marszałkowskim w Rzeszowie odbyło się spotkanie strony związkowej z wicemarszałkiem odpowiedzialnym za służbę zdrowia oraz nowym dyrektorem rzeszowskiej „dwójki”, jak się potocznie nazywa nasz szpital. Wynikało ono z faktu, że działania nowego dyrektora są dla nas dziwne, niezrozumiałe, które w naszej ocenie rozmijają się ze zdrowym rozsądkiem. Niestety nie uzyskaliśmy odpowiedzi na większość nurtujących nas pytań, nie usłyszeliśmy też, jak ma się poprawić funkcjonowanie placówki. Wygląda na to, że jest oczekiwanie na cud, który ma się dokonać za pociągnięciem czarodziejskiej różdżki. Tyle że w ekonomii cudów nie ma, są za to twarde realia. Dlatego nie liczyłbym tu na cud, bo tego cudu najzwyczajniej nie będzie.  

Z ogólnej puli 33 miliardów złotych, jakie NFZ wydaje na lecznictwo zamknięte, tylko siedem procent trafi do ok. 320 szpitali, które znajdą się poza siecią…

– Dotychczas kontrakt z NFZ na leczenie szpitalne miało 912 placówek. W sieci ostatecznie znalazło się 565 placówek. Oznacza to, że poza siecią znalazła się ponad jedna trzecia placówek. Chciałbym przy okazji odmitologizować pojęcie „sieci”, które w tej chwili jest słowem kluczem mającym załatwić wszystkie problemy w ochronie zdrowia. Tyle tylko, że to słowo nic nie oznacza i za tym słowem nic się nie kryje. Proszę sobie wyobrazić, że takie szpitale jak wspomniana wcześniej rzeszowska „dwójka” – największy szpital na Podkarpaciu – wysokospecjalistyczny znalazł się w trzeciej grupie razem z takimi szpitalami jak placówki w Sanoku czy Mielcu. Nie widzę w tej decyzji żadnego merytorycznego uzasadnienia. Podczas mojego ostatniego dyżuru w czerwcu czterokrotnie lądował helikopter, który przetransportował do naszego szpitala z całego regionu pacjentów, najcięższe, najbardziej pilne przypadki. I jeśli taki szpital jak nasz otrzymuje trzeci poziom referencyjności podobnie jak szpitale powiatowe to, o czym w ogóle rozmawiamy.  

Według ministra zdrowia szpitale, które nie wejdą do sieci, będą mogły starać się o kontrakty na leczenie z NFZ w trybie konkursowym. Co to oznacza?

– Nie bardzo wiem, jak się do tego odnieść, bo dotychczas podobne praktyki były nazywane po prostu korupcją. Oczywiście niczego nie sugeruję, nie chcę też niczego, nikomu zarzucać, ale mam poważne obawy, że w wielu przypadkach możemy mieć z czymś podobnym do czynienia. Zresztą w związku z przekonaniem, że jeśli któryś ze szpitali wejdzie do sieci – czyli ma zapewnione finansowanie do 2021 r., to na dobrą sprawę można będzie leżeć do góry brzuchem, a pieniądze będą same spływały, doszło do różnego rodzaju dziwnych fuzji. Nawet łączyły się szpitale, które są w różnych miastach. To jest efekt magii sieci szpitali, która dla wielu dyrektorów stała się celem samym w sobie. I nawet jeśli opracowali jakiś chytry plan, aby się znaleźć w tym gronie, to i tak niczego to nie zmieni, bowiem otrzymają pieniądze na poziomie 2015 r., które będą musiały wystarczyć. Chciałbym zwrócić uwagę jeszcze na chwyt reklamowy „sieci”, bo jeśli zabraknie pieniędzy, to będzie to kłopot nie resortu zdrowia czy NFZ-tu, ale problem szpitala. Dostaliście tyle i tyle pieniędzy, sami macie gospodarzyć i jakoś sobie radzić. Podobnie „rozwiązano” problem kolejek w przypadku świadczeń ambulatoryjnej opieki specjalistycznej, gdzie lekarz rodzinny otrzymał określoną pulę pieniędzy, a kiedy tych środków zabraknie, to zabraknie lekarzowi, a nie NFZ-etowi czy systemowi. To pokazuje, że jest to bardzo sprytne posunięcie, przebiegły manewr. To wygląda mniej więcej tak, jakby klient wszedł do baru rzucił barmanowi 20 złotych na blat i kazał postawić kolejkę wszystkich obecnym. Jak zabraknie, to będzie to już kłopot barmana. Z finansowaniem ochrony zdrowia jest bardzo podobnie.

W sieci szpitali nie znalazła się część dużych szpitali psychiatrycznych. Dyrektorzy pominiętych placówek twierdzą, że spełniają kryteria udziału w sieci, które ogłosił NFZ…

– Nie trzeba być prorokiem, żeby przewidzieć los tych często zadłużonych tego typu placówek, których finansowanie z NFZ zostanie ograniczone. To z kolei jest dowód – wbrew temu, co się mówi – że wcale nie ma zielonego światła dla psychiatrii, która nie tylko, że nie jest traktowana lepiej – priorytetowo, ale nawet nie jest traktowana równo. Ponadto jeżeli uznaniowo traktuje się kryteria, tzn. szpital, który spełnia kryteria, nie wchodzi do sieci, a z drugiej strony placówki, które nie spełniają tych kryteriów, wchodzą do sieci, bo ktoś tak zadecydował, to widać wyraźnie, że cały ten system jest uznaniowy i jako taki nie może się sprawdzić. Stąd albo to się skończy jedną wielką korupcją, albo wielką katastrofą. Nie wiem, co jest gorsze…?

Czy to oznacza, że kolejny rząd nie ma pomysłu na reformę w ochronie zdrowia?

– Widać wyraźnie, że nie ma koncepcji na to, jak system ochrony zdrowia w Polsce ma funkcjonować. Mamy hasła rzucane na lewo i prawo typu: kompleksowe leczenie, opieka koordynowana, ale tak naprawdę nikt nie wie, co to znaczy. Warto w tym miejscu przywołać kultowy film Stanisława Barei „Miś” i scenę, kiedy główny bohater Ryszard Ochódzki w rozmowie z Janem Hochwanderem, filmowym kierownikiem produkcji filmu „Ostatnia paróweczka hrabiego Hrabiego Barry Kenta”, stawia pytanie: – Powiedz mi: po co jest ten miś? i sam odpowiada: – Nikt nie wie po co; więc nie musisz się obawiać, że ktoś zapyta. I z tą siecią szpitali jest podobna sytuacja. Nie wiadomo, co i jak ma poprawić, a ponieważ nie wiadomo, to nikt nie będzie się w to zagłębiał i pytał. Zostawiając mniej lub bardziej żartobliwe porównania na boku, dopóki się nie odkłamie podejścia do ochrony zdrowia, to nadal będziemy żyć w zakłamaniu. Od lat – niestety mamy PRL bis – system, który w ochronie zdrowia nigdy się nie skończył. Opieramy się na komunałach, a powiedzenie Stalina, że dobry lekarz sobie poradzi, więc po co utrzymywać darmozjadów. I takie podejście wciąż funkcjonuje. Warto jednak zadać pytanie: co to znaczy, że dobry lekarz sobie poradzi…? Oczywiście lekarze lepiej lub gorzej jakoś sobie radzą, ale zdarza się też, że to na nich skupia się cała krytyka systemu. Nie wynika to jednak z tego, że lekarze są źli tylko, dlatego że przyszło im pracować w takich, a nie innych realiach.

Przyzna Pan jednak, że tacy nazwijmy to źli lekarze są, co więcej mają się całkiem dobrze?    

– Złe jednostki w normalnym systemie zwyczajnie zostałyby wyeliminowane, natomiast w tym systemie wciąż funkcjonują. Lekarze, którzy postępują nieetycznie – jak w każdej grupie zawodowej – oczywiście są. Tyle że ci, których powszechnie uważamy za, delikatnie mówiąc, niefajnych oni nie protestowali, kiedy ogromna większość z nas protestowała przeciwko zbyt niskim nakładom na ochronę zdrowia i niesprawiedliwemu traktowaniu lekarzy. Oni robili swoje i na swoje wychodzili. Natomiast lekarze, którzy starają się pracować uczciwie, do których ja również chciałbym się zaliczać, ci lekarze są marginalizowani, co więcej są wyśmiewani i wyzywani od oszołomów, nieudaczników, krytyka dotyka też nas związkowców, o których się mówi, że żyjemy na koszt innych. Takie są metody stosowane przez ludzi, do których nie docierają racjonalne argumenty.

Jak środowiska lekarskie odnoszą się do projektu ustawy, która wprawdzie została zastopowana przez premier Beatę Szydło, projektu, który umożliwia pobieranie opłat za udzielane świadczenia medyczne w publicznym szpitalu?

– Ten pomysł min. Radziwiłła, który miał wyrównać szanse różnych podmiotów biorących udział w publicznym systemie ochrony zdrowia nie przejdzie – nazwijmy to – z powodów ideologicznych. Prawo i Sprawiedliwość było zawsze przeciwko płatnej służbie zdrowia i tu się nic nie zmienia. Wyjdzie w końcu na to, że rząd bohatersko obroni pacjentów przed płatną służbą zdrowia i tak to się zakończy. Tak czy inaczej uważam, że sieć szpitali to kolejny temat zastępczy. Zawsze stałem na stanowisku, że warunki powinny być jednakowe dla wszystkich, także co do możliwości leczenia. Skoro szpital prywatny, który ma kontrakt z NFZ, może pobierać opłaty od pacjentów, to niby dlaczego takich praw nie mógłby mieć szpital publiczny, który mając zbyt niski kontrakt, z powodzeniem mógłby wykorzystać swoje możliwości.

Ale niestety nie może, bo ma związane ręce…

– W mojej ocenie takie podejście, jakie prezentuje NFZ, jest ograniczeniem swobody działalności gospodarczej. Jest to oczywiście kwestia dobrowolności pacjentów, bo jeśli ktoś chce i stać go na to, to niby dlaczego nie mógłby odpłatnie skorzystać ze świadczeń, które w niczym nie zakłócą dostępu do usług medycznych pozostałym pacjentom. Często się bowiem zdarza, że dana placówka wyczerpała już limit świadczeń, za które płaci NFZ, ale wciąż ma wolne moce przerobowe, to niby dlaczego nie mogłaby wykonać zabiegów komercyjnych, tym bardziej że są chętni. Uniemożliwianie takich praktyk jest – jak wspomniałem – ograniczeniem wolności gospodarczej szpitalowi, a ponadto odbieraniem możliwości leczenia komuś, kto chce i co ważne może sam za to zapłacić. Oczywiście bardzo chciałbym, żeby każdy, kto płaci składki na ubezpieczenie zdrowotne, mógł skorzystać z refundowanych świadczeń w odpowiednio krótkim czasie, ale póki co jeśli takie leczenie nie jest możliwe z przyczyn zależnych od NFZ, to płatnik nie powinien się wtrącać. Tyle tylko, że nic z tego nie będzie, o czym wspomniałem wcześniej.

Co zatem zrobić, żeby system ochrony zdrowia był bardziej wydolny, bezkolejkowy?

– Niestety o tym się nie rozmawia. To są tematy wyłączone z dyskusji. Dla rządzących korzystniejsze są hasła, za którymi nie idą żadne konkrety. Niestety w tym przypadku też mamy do czynienia z pseudoreformą, która wszystkim odbije się czkawką za parę lat, kiedy wszyscy się przekonają, że nic nie dała, podobnie jak nic nie dał pakiet antykolejkowy czy pakiet onkologiczny na całe szczęście byłego już ministra zdrowia Bartosza Arłukowicza. Mam wrażenie, że teraz na scenie odgrywane jest przedstawienie z tej samej serii. Jedyne, co się zmieniło, to dekoracje i aktorzy, ale scenariusz jest ciągle ten sam, a mianowicie jak wyciągnąć królika z kapelusza, zrobić cokolwiek, w co ludzie będą skłonni uwierzyć. Za jakiś czas okaże się, że była to kolejna lipa, tak jak się okazało w przypadku wszystkich poprzednich pseudoreform.

Czy strona związkowa zgłasza chęć do dyskusji z resortem zdrowia?

– Oczywiście, ale wciąż nie ma zainteresowania, żeby dojść do meritum sprawy. Nigdy nie było też dyskusji, bo władzę bardziej interesują sztuczki, pozorowane działania i wyciąganie królika z kapelusza. Dlatego projekt dotyczący sieci szpitali się nie uda. To jest tak jak z leczeniem choroby zakaźnej, jeśli jest wskazanie, to należy podać antybiotyk, a nie smarować maścią na świerzb. Tymczasem politycy każdej opcji albo nie chcą, albo tego nie rozumieją. Do znudzenia będę powtarzał, że obecny system ochrony zdrowia jest już dzisiaj antymotywacyjny, bo nie premiuje tych, którzy dobrze leczą, za to sprzyja postawom zachowawczym, byle się tylko działalność danej placówki zbilansowała. Czy o to chodzi pacjentom i lekarzom…? Z całą pewnością nie.    

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki