Nie ulegniemy szantażowi Komisji Europejskiej
Piątek, 16 czerwca 2017 (04:28)Z Tomaszem Porębą, posłem do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Komisja Europejska daje Polsce, Czechom i Węgrom zaledwie miesiąc na wyjaśnienia, dlaczego nie godzą się na przymusową relokację. Skąd to nagłe przyspieszenie?
– Komisja Europejska chce koniecznie pokazać, że relokacja to najlepsza z możliwych metoda walki z kryzysem migracyjnym. Podczas wtorkowej konferencji prasowej komisarz ds. migracji i spraw wewnętrznych Dimitris Avramopoulos przekonywał wręcz, że tylko dzięki relokacji będziemy w stanie zmniejszyć poziom ryzyka i zagrożenia, jakie niesie za sobą masowa migracja. Mamy też próby przekonywania, że integracja migrantów na obszarze Unii jest możliwa, co więcej, potrzebna, a sami migranci, jeśli są dobrze zintegrowani, mogą pozytywnie wpłynąć na ogólne funkcjonowanie, np. rynku pracy, oraz stabilność budżetową poszczególnych państw. Takie naiwne podejście świadczy o niezrozumieniu problemu, o postawieniu sprawy na głowie, pokazuje też kompletne odrealnienie Komisji.
Jaki sens ma wszczynanie tej procedury, skoro nie ma jeszcze rozstrzygnięcia Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu w związku ze skargą Węgier i Słowacji na przymusową relokację uchodźców?
– Komisja Europejska powinna oczywiście zaczekać do momentu rozstrzygnięcia przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej skarg Węgier i Słowacji, jednakże znów zwyciężyła potrzeba odgrywania nadrzędnej roli wobec innych unijnych instytucji. Trudno odczytać to inaczej, jak formę i sposób lekceważenia innych organów unijnych, a zarazem zły sygnał wysyłany do obywateli Unii, którzy i bez tego sceptycznie się odnoszą do unijnych instytucji, odbierając je jako oderwane od rzeczywistości. Tak czy inaczej takie działania na pewno nie budują zaufania do organów wspólnotowych. Może to też oznaczać, że KE spodziewa się odrzucenia tych dwóch skarg przez Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu.
Ciągnie się za nami decyzja rządu premier Ewy Kopacz z września 2015 r., który zgodził się na przyjęcie do Polski kilku tysięcy imigrantów?
– To – można powiedzieć – jest grzech pierworodny, którego konsekwencje ponosimy teraz w całej rozciągłości. Bardzo żałuję, że rząd Ewy Kopacz wyłamał się ze wspólnego stanowiska państw Grupy Wyszehradzkiej, co więcej, zlekceważył głos obywateli, którzy od samego początku sprzeciwiali się przyjęciu imigrantów do Polski. Próba przypodobania się unijnym elitom przyniosła fatalny skutek.
Jaka w tej sytuacji jest pozycja rządu polskiego w konfrontacji z KE?
– Rząd premier Beaty Szydło od samego początku zdecydowanie sprzeciwia się obowiązkowym kwotom imigrantów i nic w tym zakresie się nie zmienia. Naszym celem jest przede wszystkim zapewnienie bezpieczeństwa Polakom, stąd nie zamierzamy ulegać żadnym próbom szantażu ze strony Komisji Europejskiej. Przypomnę też, że sama decyzja o relokacji imigrantów została podjęta z ominięciem obowiązkowego kryterium jednomyślności, które jest wymagane podczas posiedzeń Rady Europejskiej. W tej sytuacji należy się zastanowić, czy rzeczywiście jest podstawa do wszczęcia takiej procedury, a jednocześnie mieć na uwadze fakt, że nie tylko Polska jest przeciwna decyzji o przymusowej relokacji uchodźców.
Są kraje, które złożyły obietnice w sprawie relokacji, ale ich nie wypełniły. Jak długo może potrwać ta gra pozorów i do czego to prowadzi?
– Z oficjalnych danych wynika, że od momentu uruchomienia systemu relokacji przeprowadzono ich zaledwie ok. 15 tysięcy. To oznacza, że praktycznie żaden z europejskich rządów tak naprawdę nie wykonał „planu” i wcale nie pali się do przyjęcia uchodźców. To tylko pokazuje fiasko całej tej propozycji. Jednocześnie próbuje się ukarać tylko niektóre kraje, zwłaszcza takie jak Polska, która ma bardzo krytyczne zdanie na temat działań podejmowanych przez kierownictwo Unii Europejskiej.
O co toczy się gra…? Mamy do czynienia z próbą dekompozycji UE? Trudno bowiem oprzeć się wrażeniu, że KE, przejmując prerogatywy krajów członkowskich w kwestiach polityki migracyjnej i bezpieczeństwa, de facto godzi w suwerenność państw narodowych…
– Już nie pierwszy raz KE udowadnia swoje ambicje do bycia dominującą instytucją, która chce wyznaczać sposób życia w państwach członkowskich. Kwestia migracji to także kolejny dowód na to, że Komisja podejmuje decyzje po myśli największych państw członkowskich: Niemiec, Francji czy Włoch, lekceważąc pozostałe kraje wspólnoty. Podobnie dzieje się przecież także w sprawie pracowników delegowanych czy gazociągu Nord Stream 2. Niestety, w tych sprawach nie mamy co liczyć na unijną solidarność, o której tak dużo się mówi. Póki co są to tylko słowa.