Ekoterroryzm istnieje i ma się bardzo dobrze
Wtorek, 13 czerwca 2017 (19:07)Ze Szczepanem Wójcikiem, prezesem Instytutu Gospodarki Rolnej, rozmawia Rafał Stefaniuk.
Dwanaście krajów w Europie zakazało prowadzenia hodowli zwierząt futerkowych. Trzynastym wkrótce będą Czechy. Dlaczego rezygnowanie z tego rodzaju biznesu staje się coraz bardziej powszechne?
– Kiedy przyjrzymy się temu, które kraje zakazały hodowli zwierząt futerkowych, to okazuje się, że one nigdy nie miały jej u siebie rozwiniętej. Czechy, które właśnie wprowadzają taki zakaz, produkują 20 tys. skór norek i 500 lisów. Jest to tyle, ile rocznie wytwarza jedna, średniej wielkości ferma w Polsce. Nie jest to więc jakieś szczególne obciążenie dla czeskiej gospodarki. Jest jeszcze jeden istotny czynnik – działalność organizacji lewackich i ekologicznych. Ich lobbing jest na tyle rozwinięty, że mogły wymusić na poszczególnych rządach taki zakaz. Ale to nie jest powszechne. Jak jedne kraje wprowadzają zakazy, tak inne wspierają produkcję. I tak, gdyby ktoś chciał przenieść produkcję do Grecji, to Ateny zwracają 50 proc. inwestycji. Hiszpanie również dotują hodowle. Dania, która ma 5-milionowe społeczeństwo, hoduje 20 mln norek. A więc ma cztery razy więcej zwierząt futerkowych niż ludzi. To tylko pokazuje, że zakaz hodowli wprowadzają jedynie ci, którzy nie rozwinęli produkcji.
Ale głosy, żeby Polska poszła tą drogą, są coraz wyraźniejsze.
– Kiedy zgłębimy rynek zwierząt futerkowych, okazuje się, że Polska jest producentem sklasyfikowanym na drugim miejscu w Europie, a trzecim na świecie. Jesteśmy więc dużym zagrożeniem dla znacznie bogatszych od nas krajów skandynawskich, które tę hodowlę u siebie rozwijają. Stanowimy też konkurencję dla niemieckich firm utylizacyjnych. Jest tak dlatego, że zwierzęta futerkowe karmione są produktami ubocznymi pochodzenia zwierzęcego. Jak to wygląda? Każda firma wędliniarska w procesie produkcji otrzymuje 50 proc. wyrobów jadalnych i 50 proc. resztek. I coś z tymi pozostałościami trzeba zrobić. Możliwości są dwie. Pierwsza to oddanie resztek do utylizacji, a to koszt dla całej branży w skali roku 500 mln zł. (Trzeba też wspomnieć, że firmy utylizujące w Polsce w 80 proc. należą do kapitału niemieckiego). A drugie rozwiązanie to sprzedaż resztek hodowcom zwierząt futerkowych. Na tej opcji zaoszczędzimy 500 mln i jeszcze zarobimy na sprzedaży. Te pieniądze obniżają także cenę finalnego produktu, który znajdzie się na sklepowych półkach, bo koszty ich wytworzenia były mniejsze. Jak się okazuje, jedna z czołowych organizacji ekologicznych w Polsce współpracuje z niemieckimi firmami utylizacyjnymi. One mają wspólny cel w likwidacji branży futerkowej. Jeżeli nie będziemy produkować futerek, to firmy utylizujące nie będą mieć konkurencji i ubojnie będą zmuszone do współpracy z nimi. Gra idzie więc o 500 mln zł, a także o pracę dla 50 tys. osób. Bo branża hodowców zatrudnia 10 tys. osób, dodatkowe 40 tys. to osoby kooperujące. Gdybyśmy zrezygnowali z hodowli, skutki byłyby więc dla nas dotkliwe.
Tylko że zwolennicy zakazu hodowli akcentują tragiczne warunki przetrzymywania zwierząt.
– Dlatego osiągnęliśmy drugie miejsce w Europie, a trzecie na świecie, bo produkujemy jedne z najlepszych skór w branży. Gdyby sytuacja była tak tragiczna, jak oni to pokazują, nigdy byśmy nie osiągnęli takiej pozycji. Zwróćmy uwagę, że produkujemy skórę. Każde, nawet najmniejsze uszkodzenie powoduje spadek ceny. Irracjonalne byłoby prowadzenie hodowli w tragicznych warunkach. Aby zamknąć hodowle, organizacje ekologiczne decydują się na manipulacje. Dlatego akcentują niehumanitarne warunki. Prawdą jest, że wśród każdego gatunku zwierząt – a nawet wśród ludzi – znajdują się chore osobniki. I teraz mógłbym wejść do niemieckiego szpitala, nakręcić osoby stare, chore, kalekie i dzięki temu przygotowałbym materiał o tym, że tam ludzie żyją w tragicznych warunkach. To jest oczywiście fałsz i manipulacja. Prawda jest taka, że każdemu hodowcy zależy na jak najlepszych warunkach, aby skóra była najwyższej jakości. Jeżeli znajdziemy hodowlę, gdzie są złe warunki, to należy sprawdzić, czy taka hodowla jest w ogóle legalna. Wiemy, że są tzw. pseudohodowcy i im należy zwierzęta odbierać. Jednak nie można stosować odpowiedzialności zbiorowej tylko dlatego, że znajdzie się jednostka, która nie przestrzega elementarnych zasad. Wiele organizacji ekologicznych zawiązuje się tylko po to, aby wyłudzić pieniądze od inwestorów. I co to oznacza? Mamy zdelegalizować wszystkie organizacje, bo niektóre są nieuczciwe? Tak możemy pozamykać wszystko.
Wychodzi na to, że istnienie ekoterroryzmu nie jest mitem.
– To zjawisko istnieje. W Polsce atakuje się nie tylko hodowców zwierząt futerkowych, ale też deweloperów. W 2016 r. w anonimowej ankiecie 50 proc. deweloperów wskazało, że zapłaciło haracz w zamian za odstąpienie od blokowania inwestycji. Prowadzenie organizacji ekologicznej jest świetnym interesem. Kiedy przejrzymy ich sprawozdania finansowe, to okazuje się, że wykazują zyski rzędu milionów złotych. Ale gdy szczegółowo spojrzymy na działających w naszym kraju ekologów, to możemy podzielić ich na trzy grupy. Pierwsza to bojownicy. Oni włamują się na hodowle, niszczą sprzęt i sieją spustoszenie. Drugą tworzą osoby, które podburzają lokalną społeczność do protestów. Okazuje się, że bardzo często znajdują w jakimś miejscu żabę, której nikt nigdy tam nie widział. Tak blokują inwestycje, ale za pewne sumy pieniędzy są skore do odstąpienia od swoich żądań. Trzecia to są organizacje, które przybierają charakter grup przestępczych. One uderzają w całe branże gospodarki, a tym samym działają na korzyść naszej konkurencji. Ich działanie jest bardzo wyrafinowane, często przy użyciu ogólnopolskich mediów. Finalnym celem jest zakazanie pewnej działalności albo takie jej ograniczenie, aby stała się nieopłacalna. A więc ekoterroryzm istnieje i ma się bardzo dobrze.
Ostatnia fala krytyki na ministra Jana Szyszko za działania w Puszczy Białowieskiej i za prawo do wycinki drzew na własnej posesji to również dowód na działalność ekoterrorystów?
– Osoby, które atakują ministra Jana Szyszko, są pełen złej woli albo są ignorantami – trzeciej opcji nie ma. Kornik drukarz niszczy Puszczę i jeżeli nie wytniemy chorych drzew, to wkrótce czeka nas zarażenie ich wszystkich. W dalszej perspektywie nie ostoi się ani jedno drzewo. W tych atakach ekologia nie ma najmniejszego znaczenia. Jest to jedynie środek do niszczenia jednego z lepszych ministrów tego rządu i najlepszego ministra środowiska ostatnich lat. Jest to wyłącznie walka polityczna. Środowisko Radia Maryja zorganizowało 13 maja 2017 r. w Toruniu konferencję naukową pt. „Jeszcze Polska nie zginęła – wieś”. Byłem uczestnikiem tego wydarzenia i widziałem osoby, które tam protestowały. To nie byli tylko członkowie KOD, ale też organizacji ekologicznych. I oni byli obecni na protestach w Puszczy Białowieskiej, przeciwko hodowli zwierząt futerkowych oraz na antyrządowych demonstracjach. Co więcej, to byli też jedni z aktywniejszych demonstrantów podczas tzw. czarnych protestów. Nazywają mordercami ministra Jana Szyszko, bo zabija drzewa, a hodowców za prowadzenie swojej działalności. Sami jednak uważają, że należy zabijać dzieci nienarodzone. To jest tzw. zielona ideologia, którą znakomicie rozpracował i przedstawił ks. prof. Tadeusz Guz.