Życie to nie teatr
Poniedziałek, 17 grudnia 2012 (02:07)Z Witoldem Bielińskim, aktorem scen warszawskich i "Naszego Teatru", rozmawia Mariusz Kamieniecki
Od kilku lat jest Pan aktorem niezależnym, niezwiązanym etatowo z żadną sceną. Czy łatwo jest być aktorem w dzisiejszych czasach?
- Nie jest i chyba nigdy nie było. Wbrew obiegowej opinii jest to zawód dość niewdzięczny. Aktor stale poddaje się czyjemuś osądowi. Niestety, nie mamy wpływu na to, w jakich rolach jesteśmy obsadzani. Oczywiście zawsze możemy odmówić. Nie mamy też wpływu na role, które chcielibyśmy zagrać, czemu z kolei towarzyszy niespełnienie. Jest też inny wymiar - finansowy - owej niewdzięczności bycia aktorem. Aktorzy, tak jak ja bez etatu, poza okresem, kiedy są rozchwytywani i mają możliwość grania, przeżywają też chwile mniej radosne, kiedy brakuje propozycji. Bywa, że nawet opłacanie sobie ZUS-u jest nie lada wyzwaniem. Dlatego wielu aktorów szuka innego stałego zajęcia, a aktorstwem zajmuje się tylko dorywczo. Jest też problem odrzucania ról z powodu zbyt niskiego poziomu artystycznego, który stoi za taką propozycją. Czasem przeszkodą są kwestie natury moralnej czy światopoglądowej. Jeżeli aktor ma być wiarygodny na scenie, musi utożsamiać się ze słowami, które wypowiada.
Na nowej warszawskiej scenie "Nasz Teatr" w spektaklu "Lekcja historii według Juliusza Słowackiego, Adama Mickiewicza, Stanisława Wyspiańskiego i Mariana Hemara" wciela się Pan w rolę Gomułki, z którego poglądami przecież się Pan nie utożsamia.
- W tym przypadku jest to forma groteski - świadomego krytykowania danej postaci, wręcz jej ośmieszania. W takiej sytuacji jest to uprawnione. Przyjęcie roli Gomułki czy w tym samym spektaklu roli Bieruta nie niosło za sobą dylematów natury moralnej, ponieważ te postaci są pokazywane w krzywym zwierciadle jako cel ataku satyrycznego autora, w tym przypadku Mariana Hemara. Ponieważ moja osobista ocena tych postaci jest podobna, nie miałem problemu, żeby je zagrać na scenie i przedstawić w formie krytyczno-satyrycznej.
Czym dla Pana jest możliwość występowania w spektaklach na scenie "Naszego Teatru"?
- Przede wszystkim jest to odskocznia od tego wszystkiego, co dzieje się w życiu teatralnym w Polsce. Mam możliwość zagrania w spektaklu, gdzie podstawą jest troska o piękno języka, gdzie jest możliwość interpretacji fragmentów utworów poetyckich takich autorów, jak Mickiewicz, Słowacki, Wyspiański. Jest to rzecz tym bardziej cenna, że jako aktorzy mamy dzisiaj coraz rzadziej możliwość dotykania tego typu repertuaru, repertuaru klasycznego. Oczywiście spektakl ten składa się także z utworów bardziej współczesnych autorów, głównie Mariana Hemara. To sprawia, że oprócz tekstów o określonym ciężarze gatunkowym są również utwory lżejsze, można rzec nawet - o zabarwieniu kabaretowym. Jednak nawet one, tak jak u Hemara, nie mają służyć wyłącznie rozrywce, ale ich zadaniem jest pobudzić widza do refleksji. Takich sztuk jak "Lekcja historii według Juliusza Słowackiego, Adama Mickiewicza, Stanisława Wyspiańskiego i Mariana Hemara" jest w tej chwili jak na lekarstwo. Możliwość grania w tego typu spektaklu, gdzie liczy się piękno słowa, gdzie akcent jest położony na refleksję, nawet gdy przedstawienie ociera się o rozrywkę - mądrą rozrywkę, jest dla mnie jako aktora prawdziwą przyjemnością.
Spełnia się Pan w "Naszym Teatrze" jako aktor?
- Odpowiadając na to pytanie, nie muszę się zbytnio rozwodzić: na pewno tak.
Czy istnieje zapotrzebowanie na taką scenę?
- "Nasz Teatr" wypełnia pustkę na rynku teatralnym. Gramy w podziemiach kościoła Wszystkich Świętych przy placu Grzybowskim, a więc w miejscu, które niekoniecznie kojarzy się z teatrem. Jednak rekomendacja, jaką temu spektaklowi zrobił "Nasz Dziennik", sprawiła, że oddźwięk jest znakomity. Przychodzą nas oglądać ludzie w liczbie, która przeszła nasze najśmielsze oczekiwania. To najlepszy dowód, że jest zapotrzebowanie na taki teatr, że widzowie pragną właśnie takiej twórczości. Inną kwestią pozostaje oddziaływanie tego teatru, który na razie dociera do pewnego środowiska, ale od czegoś trzeba przecież zacząć. Przypomnę tylko, że nasze początki, kiedy przed dwoma laty Barbara Dobrzyńska podjęła próbę utworzenia teatru, były jeszcze trudniejsze. Graliśmy wówczas w Centrum Kultury Civitas Christiana na rogu Mokotowskiej i Pięknej, które zostało sprzedane i dzisiaj zamiast teatru jest tam prowadzona działalność handlowa. Po dwóch latach znalazło się wreszcie miejsce, gdzie właśnie gościmy. Jest tylko kwestią czasu, kiedy krąg naszej widowni jeszcze bardziej się rozszerzy. Każdy, kto poszukuje teatru na wysokim poziomie, komu słowo i sztuka z prawdziwego zdarzenia nie są obojętne, ten na pewno znajdzie do nas drogę.
Pomijając poziom współczesnej sztuki, nie wszystkich dzisiaj stać na uczestnictwo w spektaklach teatralnych.
- Są grupy ludzi, np. emeryci, którzy łakną teatru, niestety, nie stać ich na bilet. U nas jest inaczej - obowiązuje zasada, że każdy ofiarowuje, ile może, nie ma więc przymusu płacenia za bilet. Jest to także gest w stronę młodzieży, która chce się odbić od wszechobecnej komercji, która jest nastawiona na refleksję, i taka młodzież do nas przychodzi, zachęcając innych. O tym, że jesteśmy potrzebni, świadczą chociażby telefony od młodych osób, z którymi kiedyś miałem kontakt, a które dowiedziały się o takiej propozycji i chcą z niej skorzystać.
Czego brakuje dzisiejszej polskiej scenie?
- Może zabrzmi to trywialnie, ale brakuje pieniędzy. Oczywiście teatr można robić bez pieniędzy, czego najlepszym przykładem jest inicjatywa właśnie "Naszego Teatru". Jednak teatr potrzebuje odpowiedniego zaplecza, co często decyduje o poziomie artystycznym. Trudno wystawić bez poważnych środków sztukę o tematyce historycznej, z dużą obsadą aktorską, gdzie potrzebne są kostiumy z epoki i gdzie ważna jest troska o każdy szczegół historyczny. Brak funduszy sprawia, że dzisiaj takich spektakli niestety nie ma. To z kolei wpływa na bardzo niski poziom znajomości naszej historii. Zapomina się, że teatr nie tylko bawi i służy rozrywce, ale również wychowuje i edukuje.
W teatrze dominuje komercja, brutalność, przemoc. Czy widz rzeczywiście tego potrzebuje, czy może nie ma wyboru?
- Brutalizacja, i to nie tylko na ekranie, to trend ogólnoświatowy. Twórcy, którzy temu hołdują, tłumaczą, że chcą mówić prawdę o świecie. Nie jest to jednak pełna prawda, bo obok środowisk, w których dominują wulgaryzmy, są takie, które posługują się czystym językiem. Jeżeli chcemy mówić prawdę o świecie, to powinniśmy przedstawiać go w różnych aspektach. Tak czynił Szekspir, który w swoich dramatach, owszem, czasem używał języka wulgarnego, ale robił to celowo, konfrontując ze sobą pewne środowiska, także polityczne. Niestety, dzisiaj elity polityczne, nawet gdy spadnie na nie brzemię odpowiedzialności za państwo, nie odcinają pępowiny i dalej posługują się wulgarnym językiem. To jest właśnie różnica między współczesnym światem a światem renesansu, także różnica w sposobie literackiego czy teatralnego traktowania rzeczywistości. Współcześni twórcy rysują tylko jedną stronę medalu bez pełnej prawdy, co de facto jest zakłamywaniem rzeczywistości. Niestety, taka jest kondycja polskiego teatru czy kina. I nie pomogą tu żadne deklaracje, że chcemy mówić prawdę, bo jakby z założenia prawdy w tego typu twórczości po prostu nie ma i być nie może.
Czy jest granica, której aktorowi przekraczać nie wolno?
- Oczywiście, że jest i dotyczy nie tylko aktora, ale każdego człowieka, wszędzie tam, gdzie w grę wchodzą sprawy natury moralnej. Jeżeli coś z ludzkiego punktu widzenia jest niemoralne, to żaden aktor na to nie powinien przystać.
Dlaczego na wartościowe sztuki, jak chociażby "Lekcję historii" prezentowaną przez "Nasz Teatr", nie ma miejsca w oficjalnym obiegu kultury?
- Problem tkwi w braku pieniędzy z jednej strony oraz sposobie widzenia świata przez różnych twórców z drugiej. Mamy do czynienia z kultem młodości i zachowania jej po najdłuższy czas, za wszelką cenę. To z kolei prowadzi do wynaturzeń. Dzisiaj w cenie jest nie to, co dobre, tylko to, co nowe. To, co nie jest na topie, jest odrzucane. Im szybciej zachodzą zmiany, tym więcej pieniędzy wpada do kieszeni tzw. dyktatorów rozmaitych trendów. Również sztuka jest traktowana w podobny sposób - jako produkt czy towar. Ważne jest opakowanie, a nie zawartość. Nie ma zatem miejsca na sztukę, która przedstawia wartości. Na szczęście nie dotyczy to wszystkich. Mam zajęcia z młodzieżą i wiem, że wielu ludzi jest zdolnych i chętnych do refleksji. Zatem można być młodym, a jednocześnie odpowiedzialnym i otwartym na wartościową sztukę teatralną.
Czym jest dla Pana aktorstwo? Powołaniem, misją, zawodem, źródłem zarobkowania?
- Chyba wszystkim po trosze. Aktorstwo pojmuję jako formę działalności artystycznej. Z jednej strony jest to powołanie, ale także mój zawód wyuczony, co z kolei wiąże się z utrzymaniem rodziny, za którą czuję się odpowiedzialny. Jeżeli chce się coś robić dobrze, to trzeba to lubić. Aktorstwo może być zatem pewnego rodzaju hobby niezależnie od tego, że jest to działalność zawodowa. To połączenie daje gwarancję, że to, do czego się przymierzamy, zrobimy dobrze.