Edukacja
Tylko jeden chętny
Wtorek, 25 kwietnia 2017 (02:27)Prawie 10 mln zł Ministerstwo Zdrowia przeznaczy na edukację młodzieży o zdrowiu prokreacyjnym.
Wiedza z zakresu zdrowia prokreacyjnego wpłynie na stan zdrowia Polaków i dobre zdrowie następnych pokoleń, a także przyczyni się do poprawy wskaźników demograficznych – deklaruje resort.
Ostrożnie do tych deklaracji podchodzi prof. Urszula Dudziak, psycholog z KUL.
– Pewną nadzieją napawa tytuł programu, w którym mowa jest o zdrowiu prokreacyjnym. Termin ten często jest zastępowany przez niektóre środowiska, te sprzyjające seksedukacji, terminem „reprodukcyjny”. Tu tego nie ma. Pytaniem otwartym pozostaje jednak to, kto będzie prowadził te zajęcia dla młodzieży i w jaki sposób przekaże on młodym ludziom pewne treści związane z tak delikatną sferą jak płciowość człowieka – podkreśla prof. Dudziak. Jej zdaniem, mogłyby to być np. osoby zajmujące się tematyką naturalnego planowania rodziny. Mają one wystarczającą wiedzę na temat fizjologii płodności, potrafią przekazać, jak ważna jest tu kwestia zachowania wstrzemięźliwości seksualnej u młodych ludzi. Szkopuł w tym, że w szkołach, zarówno podstawówkach, jak i gimnazjach, odbywają się już zajęcia obejmujące tę tematykę. To wychowanie do życia w rodzinie, prowadzone w wymiarze 14 godzin w czasie roku szkolnego, w tym 5 z podziałem na grupy męskie i żeńskie. Zajęcia są nieobowiązkowe. Uczestnictwo w nich nie wymaga pisemnej zgody, a jedynie pisemnego sprzeciwu, jeśli rodzice nie chcą, by ich dziecko brało w nich udział.
Czy zatem potrzebny jest jeszcze odrębny program? Czy nie mamy do czynienia z dublowaniem podobnych zajęć? Zdaniem Magdaleny Trojanowskiej z inicjatywy „Stop seksualizacji naszych dzieci” – tak.
Drogi Czytelniku,
cały artykuł jest dostępny w wersji elektronicznej „Naszego Dziennika”.
Zapraszamy do zakupu w sklepie elektronicznym