Sieć szpitali, czyli towar zastępczy
Poniedziałek, 27 marca 2017 (23:50)Ze Zdzisławem Szramikiem, wiceprzewodniczącym Zarządu Krajowego Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Sejm w ubiegłym tygodniu uchwalił nowelizację ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowej ze środków publicznych wprowadzającą tzw. sieć szpitali. Jak Pan ocenia ten pomysł?
– Nie wdając się w szczegóły, należy powiedzieć, że jest to jednak porażka. Porażka dlatego, że jest to tylko zmiana wizerunkowa, pozorowana, która w praktyce niczego dobrego nie przyniesie zarówno pacjentom, jak i pracownikom szeroko rozumianej ochrony zdrowia w Polsce. Znów stracimy kilka lat i pewnie niepotrzebnie wydamy na ruchy administracyjne niemałe środki, które powinny być wydane na inne cele, czyli na leczenie pacjentów. Tak czy inaczej sieć szpitali jest to chybione przedsięwzięcie i tak jak wszystkie poprzednie w ochronie zdrowia niczego nie poprawi.
Czym właściwie jest sieć szpitali?
– To jest nic innego jak towar zastępczy. Zaproponowano cokolwiek, żeby tylko uciszyć niezadowolonych z obecnego stanu pacjentów i pracowników ochrony zdrowia zamiast tego, co się powinno zrobić. Jeżeli w sieci szpitali będzie ta sama ilość środków, to tak naprawdę nic się nie zmieni. Niewykluczone, że część prywatnych szpitali będzie miała problemy, być może nawet upadnie, ale przez to zwiększą się kolejki w szpitalach publicznych, sieciowych. To z jednej strony nie poprawi dostępności pacjentów do świadczeń zdrowotnych, bo chcąc nie chcąc będą musieli czekać dłużej na leczenie w szpitalach sieciowych. Z drugiej strony ta pseudoreforma nie wpłynie w żaden istotny sposób na kondycję szpitali sieciowych, które będą miały kontrakty na poziomie z 2015 r., a co za tym idzie wszystkie tzw. nadwykonania (przypomnę, że jest to termin wymyślony przez urzędników NFZ) nadal będą, a być może jeszcze się zwiększą. Kiedy bowiem do sieci szpitali wrócą pacjenci szpitali niepublicznych, to trzeba będzie wykonać jeszcze więcej świadczeń za te same pieniądze. Stąd nawet najbardziej elementarne matematyczne rozliczenie pokazuje, że lepiej nie będzie.
W jednym ze swoich artykułów zwraca Pan uwagę, że rząd nie ma pomysłu na reformę, a to, co proponuje, to rozwiązania i pomysły z czasów słusznie minionych. Czy nie stać nas na lepsze projekty?
– Trudno powiedzieć, czy nas nie stać, bo jest to pojęcie względne. Biorąc pod uwagę pewną rozrzutność w wydatkowaniu pieniędzy publicznych, np. na budowę dróg czy stadionów, gdzie robiliśmy to kilkakrotnie drożej, niż to się wykonuje na świecie, to nie wydaje mi się, żebyśmy – jako społeczeństwo, jako państwo – tych środków nie mieli. Natomiast każda władza, nie wyłączając obecnej, idzie w zaparte, stąd panuje przekonanie, że skoro wszystko „jakoś działa”, to po co do tego interesu dokładać. Tyle tylko, że owe „jakoś działa” odbywa się kosztem zatrudnionych w służbie zdrowia, co jest konsekwentnie pomijane. Niestety funkcjonowanie lecznictwa w Polsce jest niedoskonałe i dalekie od oczekiwań. W wielu chorobach, zwłaszcza nowotworowych, mamy niestety krótszy średni czas przeżycia zarówno kobiet, jak i mężczyzn i choć ten czas się nieco poprawił, to w dziedzinie zdrowia wciąż jesteśmy daleko za czołówką europejską czy światową. To wszystko sprawia, że obecny stan nie powinien zadowalać i powinniśmy tę ważną część naszego życia społecznego i gospodarczego doinwestować. Oczywiście jeśli na ochronę zdrowia wydawalibyśmy więcej niż inni, a przy tym mielibyśmy gorsze wyniki, to świadczyłoby, że coś jest nie tak ze świadczeniodawcami, ale my wydajemy o wiele za mało. Żeby coś się zmieniło, żeby koszyk świadczeń refundowanych został wypełniony, to trzeba byłoby zwiększyć nakłady o połowę, a tak na razie ten koszyk jest tylko na papierze, a rzeczywistość mocno skrzeczy. To wszystko powoduje konflikty i rozczarowanie pacjentów, którzy nie mając pełnego oglądu rzeczy, uważają, że jeśli na zabieg trzeba czekać np. dwa lata, to ktoś ich oszukuje.
Do czego można porównać te zmiany?
– W sytuacji, kiedy nie ma pieniędzy, propozycje rządu nic nie zmienią i może nie jest to dokładna „kalka” z PRL-u, ale rzeczywiście część zmian jest oparta na zasadach znanych z niechlubnej przeszłości. Weźmy chociażby tzw. Zespoły Opieki Zdrowotnej, to też była forma opieki kombajnowej. Kombajn, a więc wszystko w jednym miejscu. Sądzę, że ten system został już skompromitowany, a powrót do czegoś, co się nie sprawdziło, niczego tak naprawdę nie gwarantuje.
Kto może zyskać na tej reformie, a kto może stracić?
– Trudno odpowiedzieć na tak postawione pytanie. Z całą pewnością stracą pacjenci, bo czas oczekiwania na leczenie się wydłuży o kolejne lata. Natomiast beneficjentem tego pomysłu, czyli tym, który zyska, jest rząd, bo nie jest to nic innego jak strata czasu i gra na zwłokę. Wykonuje się pozorowane ruchy, a te rzeczy, które trzeba zrobić, są odsuwane w czasie. Tym samym oszczędza się ogromne pieniądze. Jeśli bowiem w tej chwili na ochronę zdrowia w Polsce rocznie wydaje się około sześćdziesięciu kilku miliardów złotych, natomiast żeby uzyskać jako taką poprawę, trzeba byłoby dołożyć co najmniej 30 miliardów, to pokazuje, ile taką polityką się zaoszczędza. To jest zysk rządu, a jednocześnie miara potrzeb.
Kolejki – jak Pan twierdzi – się zwiększą, a co z jakością udzielanych świadczeń, czy będzie wyższa?
– Jak działa pakiet kolejkowy, to wszyscy pacjenci wiedzą najlepiej. Można zatem powiedzieć, że była to kolejna pseudoreforma, którą za poprzedniej władzy firmował Bartosz Arłukowicz. Niestety nie da się zrobić czegoś z niczego. Tak też jest w ochronie zdrowia, którą rządzą określone reguły oparte na gruncie finansowym. Podobnie jest w tym wypadku, gdzie mamy raczej pobożne życzenia i zaklęcia zamiast decyzji i zwiększenia nakładów, które mogłyby stworzyć sprawnie działający system wydolny organizacyjnie i finansowo. Tych dwóch rzeczy brakuje i zmiana szyldów i kwalifikacji szpitali do sieci niczego nie zmieni. Nadwykonania, czyli darmowe usługi na koszt pracowników, były i będą nadal.
Resort zdrowia twierdzi, że sieć szpitali zastopuje rozproszenie świadczeń specjalistycznych. Czy to realne?
– To jest pobożne życzenie, bo chce się to zrobić taniej, niż było dotychczas. Oznacza to, że pacjentów w przychodni będą przyjmować lekarze, którzy pracują w oddziałach. Tyle że w czasie, kiedy powinni być w szpitalu i zajmować się pacjentami na swoich oddziałach, to będą pracować w przychodni. W praktyce może to wyglądać tak, że lekarz (mam tu na myśli specjalizacje zabiegowe takie jak chirurgia, neurochirurgia itd.) rano przeprowadzi dwie czy trzy operacje, a później pójdzie do przychodni. Na tym ucierpi opieka nad pacjentami na oddziale szpitalnym. Można zatem powiedzieć, że w ramach jednego etatu i tego samego wynagrodzenia wykona więcej czynności niż dotychczas. Wygląda na to, że ktoś próbuje upiec dwie pieczenie na jednym ogniu.
Kiedy przegrała wybory Platforma Obywatelska pamiętam, jak w naszych rozmowach patrzył Pan z nadzieją na zmianę władzy w Polsce, jeśli chodzi o ochronę zdrowia. Czy dzisiaj czuje Pan niedosyt?
– Podobnie jak wiele razy wcześniej i tym razem znów przeżyłem rozczarowanie. Obecny rząd jak ognia unika debaty o nakładach, o uczciwej wycenie świadczeń zdrowotnych i o płaceniu za wszystkie wykonane procedury medyczne. Smutne jest tylko to, że w odróżnieniu od poprzednich ministrów zdrowia, czyli Ewy Kopacz i Bartosza Arłukowicza, obecny szef resortu zdrowia Konstanty Radziwiłł wie dokładnie, co trzeba zrobić, żeby uzdrowić system ochrony zdrowia w Polsce, wielokrotnie na ten temat rozmawialiśmy. Są też wypowiedzi Konstantego Radziwiłła, który osiem czy dziesięć lat wstecz, kiedy jednoznacznie stwierdzał, że bez zwiększenia nakładów na ochronę zdrowia nic nie da się zrobić. Tymczasem dzisiaj mówi dokładnie coś przeciwnego i jeszcze chce, żebyśmy w to uwierzyli. Znamy się z min. Radziwiłłem długie lata i smutne jest to, że bądź co bądź poważny człowiek zachowuje się niepoważnie. To znaczy próbuje własnym nazwiskiem firmować towar bardzo kiepskiej jakości. Moim zdaniem, jeśli w konkretnej rzeczywistości nie można zrobić czegoś, o czego słuszności jest się przekonanym, to należy złożyć dymisję i odejść z honorem. Myślę, że w obecnej sytuacji taka dymisja może nie byłaby rewolucją, ale z całą pewnością byłaby symbolicznym gestem, który być może zapoczątkowałby zmianę filozofii myślenia w podejściu do istotnych spraw w naszym kraju.
Jakie miejsce wśród zadań rządzących zajmuje ochrona zdrowia?
– Ochrona zdrowia w Polsce jest na szarym końcu w hierarchii celów kolejnego już rządu. To na posiedzeniach Rady Ministrów podejmuje się wiążące decyzje w danej dziedzinie gospodarki czy życia społecznego. I jeżeli najwyżsi urzędnicy państwowi jakiegoś problemu nie uznają za ważny czy godny uwagi, to jest on spychany na margines, kończy swój żywot w przedsionku i nie trafia do salonu. I to jest problem. Może gdybyśmy inaczej ustawili priorytety, to być może lepiej by to wyglądało. Tymczasem jak jest, widzi każdy pacjent. Wydaje się, że urzędnicy państwowi nie czują tego problemu, bo oni nigdy nie doświadczyli bycia zwykłym pacjentem, który długie godziny spędza w kolejce do rejestracji czy w kolejce na zabieg. Urzędnicy wyższego szczebla mają załatwione usługi zdrowotne na telefon, bez kolejki, a co za tym idzie – nie czują problemu na swojej skórze, a więc nie mają świadomości, że ten system nie funkcjonuje. W ich oczach wszystko działa jak należy, więc nie rozumieją, że ktoś chce to, co niewydolne, zmieniać.
Pytanie tylko, czy ta nie świadomość rzeczywiście wynika z niewiedzy czy może jest to działanie z premedytacją?
– Dobre pytanie. Myślę, że każdy ma swoje sumienie, które owszem można zagłuszyć, ale tylko na krótką metę. Prędzej czy później sumienie się odezwie. Tyle tylko że nikt się nie zastanawia, o ile mniej byłoby ludzkiej krzywdy, gdyby odpowiednio wcześniej reagowano na zło i naprawiano błędy. Może gdyby tych VIP-ów pozbawić możliwości korzystania ze świadczeń medycznych z boku czy bez kolejki, na telefon, to być może wówczas zobaczyliby prawdziwe oblicze służby zdrowia w Polsce i wtedy być może dojrzeliby do zmian, które są konieczne.