• Środa, 20 maja 2026

    imieniny: Bazylego, Bernardyna

Tylko wspólnie tworzymy realną siłę

Piątek, 17 marca 2017 (21:06)

Z Tomaszem Porębą, posłem do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Tak zwana debata priorytetowa w Parlamencie Europejskim poświęcona konkluzjom z posiedzenia Rady Europejskiej przebiegała w dość minorowych nastrojach ze względu na konflikt na linii Holandia – Turcja, co nie przeszkodziło Jean-Claude Junckerowi atakować Turcji. Jak to rokuje na relacje Unia – Turcja?

– To zdumiewające, że w debacie, choć głos zabierało kilkudziesięciu mówców, o problemach rzekomo zagrożonej demokracji w Polsce nie było ani słowa. To tylko pokazuje, że wydumane problemy z Polską nie istnieją, a unijny establishment, któremu „sufit” wali się na głowy, ma teraz realne problemy. Natomiast jeśli chodzi o relacje między Ankarą a Brukselą, to trzeba powiedzieć, że nigdy nie były one łatwe, jednak ostatnie kilkanaście miesięcy i rosnąca presja migracyjna, którą Turcja w pewien sposób kontroluje, jeszcze bardziej obniżyły poziom zaufania w relacjach dwustronnych i spowodowały wzrost napięcia. Wydarzenia w Holandii z pewnością nie poprawią sytuacji, zwłaszcza że obie strony tego konfliktu przyjęły nieprzejednaną postawę. Oczywiście w obu przypadkach jest to obliczone na zyski na rynku wewnętrznym. Premier Holandii Mark Rutte osiągnął swój cel, jednak cena, jaką może za to zapłacić cała Unia Europejska, może być bardzo wysoka.

Na ile realne jest odstąpienie Ankary od umowy z Unią w sprawie imigracji?

– Już w momencie zawierania umowy z Ankarą było wiadomo, że jej przestrzeganie to jedynie kwestia dobrej woli samej Turcji. Unia Europejska tak na dobrą sprawę nie ma żadnych skutecznych narzędzi, aby to porozumienie wyegzekwować. To sprawia, że Turcja, jeśli tylko zechce, to w każdej chwili może się z niego wycofać. Trudno ocenić, czy nastąpi to już teraz, czy może da się to jakoś odroczyć. Z całą pewnością straszenie takim scenariuszem będzie miało miejsce, bo to narzędzie nacisku jest wygodne i niezwykle skuteczne. Wiele będzie też zależało od wyników tureckiego referendum. Jeśli prezydent Recep Tayyip Erdogan nie osiągnie swoich celów, wówczas może zacząć szukać winnych kiepskiego wyniku za granicą, a w tym scenariuszu Unia będzie najłatwiejszym celem.

Czy unijni decydenci, autorzy pomysłu mają świadomość, że wymyślony przez nich plan zahamowania fali migracji był wadliwy, a rozwiązanie doraźne?

– Oczywiście, że unijne elity są tego świadome. Zresztą to porozumienie było tymczasowe i miało jedynie dać Unii czas na przygotowanie bardziej systemowych rozwiązań, w tym lepszą koordynację między państwami członkowskimi w zakresie ochrony granic zewnętrznych. Niestety ta prowizorka wciąż trwa. Od początku działania zmierzające do zahamowania fali migracyjnej cechuje niekonsekwencja, której najlepszym przykładem była postawa Niemiec. W tej sprawie musimy być stanowczy i nie możemy godzić się na rozwiązania tymczasowe.

Kwestia kwot imigracyjnych może wrócić?

– Tak naprawdę idea przymusowego rozlokowania uchodźców nigdy nie została całkowicie zarzucona. Pomysł ten wprawdzie nie jest otwarcie dyskutowany, ale jestem przekonany, że wróci jeszcze ze zdwojoną siłą. Państwa Europy Zachodniej, które od wielu lat prowadziły nieodpowiedzialną i krótkowzroczną politykę migracyjną, zapewne będą chciały skutki swoich działań przenieść na państwa bardziej odpowiedzialne, które prowadząc mądrą politykę, nie mają problemu islamskich gett czy stref no-go.  Na szczęście zbudowaliśmy i jesteśmy w koalicji państw, które na taki scenariusz się nie zgodzą za żadną cenę.

W jakim kierunku zmierza Unia kilku prędkości, którą forsują Niemcy, Francuzi, Włosi i Hiszpanie?

– Projekt Unii Europejskiej dwóch prędkości, forsowany głównie przez Niemcy czy Francję, nie jest niczym nowym. Przypomnę, że już wielokrotnie straszono Polskę i inne państwa, które weszły do Wspólnoty po 2004 r., że jeśli będą zbyt mocno broniły własnych interesów, to zostaną na marginesie integracji europejskiej. Europa rozbita, Europa podzielona na dwa bloki, to Europa słaba, która bardzo łatwo da się zdominować przez swoich sąsiadów. Tylko wspólnie tworzymy realną siłę, ale musi to być integracja uwzględniająca różnice, jakie dzielą państwa członkowskie. Postawa Donalda Tuska w tej sprawie to kolejny przykład, że nie prezentuje on stanowiska zgodnego z interesem Polski, ale bardziej stara się zadowolić swoich protektorów, czyli te państwa, które przeforsowały jego kandydaturę jako przewodniczącego Rady Europejskiej na kolejne dwa i pół roku.

Podczas debaty w Parlamencie Europejskim dostało się zarówno Tuskowi, jak i Junckerowi…

– Rzeczywiście przedstawiciel frakcji ENF, Włoch Matteo Salvini, zwracając się do Donalda Tuska i Jean-Claude Junckera, stwierdził: „to wy zniszczyliście prawdziwe europejskie marzenie, zostawcie Europę obywatelom”. W wielu krajach narasta opór wobec polityki galopującego federalizmu. Arogancja unijnych elit budzi uzasadnioną reakcję obronną nie tylko we Włoszech, w Niemczech czy we Francji. Mimo to nie widać żadnej refleksji, natomiast pojawiają się groźby, które także Polska słyszała podczas ostatniego szczytu w Brukseli. To tylko dolewanie paliwa formacjom eurosceptycznym, które nie chcą Unii zreformować, ale doprowadzić do jej końca.

O konieczności głębokich reform UE mówiła w czwartek premier Beata Szydło, ale także premier Viktor Orbán. Kto może pomóc zrzucić maski hipokryzji bezrefleksyjnym unijnym elitom?

– Myślę, że obywatele państw członkowskich. I to oni w dobrze działającej demokracji powinni decydować w najważniejszych sprawach. Oczekiwania obywateli i europejskich elit są dzisiaj rozbieżne i to zarówno w kwestii migracji, jak i roli instytucji europejskich w podejmowaniu wielu decyzji. Także z tego powodu w UE jest tak mało mechanizmów demokratycznych. Musimy zrobić wszystko, żeby polityka europejska bardziej służyła ludziom, a mniej zaspokajaniu ambicji takich polityków jak Donald Tusk i Jean-Claude Juncker.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki