Kto zyskałby na kupnie caracali?
Poniedziałek, 13 marca 2017 (22:11)Z Romanem Jakimem, przewodniczącym Sekcji Krajowej Przemysłu Lotniczego NSZZ „Solidarność”, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Jak przyjął Pan informacje przedstawione na ostatnim posiedzeniu sejmowej komisji obrony przez wiceministra obrony Bartosza Kownackiego odsłaniające kulisy przetargu śmigłowcowego za rządów PO – PSL i oferty Airbus Helicopters?
– Okazuje się, że francuski Airbus Helicopters oferował utworzenie w Polsce osiem razy mniej miejsc pracy, niż wynikało to z przekazów medialnych i informacji podawanych przez ówczesne kierownictwo Ministerstwa Obrony Narodowej. To może świadczyć tylko o jednym, a mianowicie, że prowadzący rozmowy ze stroną społeczną – zarówno minister Tomasz Siemoniak, jak i wiceminister Czesław Mroczek – zwyczajnie kłamali i oszukiwali załogi zakładów PZL Mielec, PZL Świdnik i innych zakładów przemysłu lotniczego w Polsce. Przypomnę tylko, że ci panowie mamili też pracowników Wojskowych Zakładów Lotniczych nr 1 w Łodzi nowymi miejscami pracy, natomiast pozostałych zwyczajnie oszukiwali.
Na stole było blisko 3 miliardy złotych offsetu wobec wartego 13 miliardów kontraktu…
– To pokazuje, że wartość offsetu proponowanego przez Francuzów była cztery razy niższa, niż być powinna. Jeśli do tego dodamy obiecane nowe miejsca pracy, które nie miały pokrycia w faktach, to powstaje pytanie: jeśli ten kontrakt z francuskim Airbus Helicopters był – obiektywnie rzecz biorąc – niekorzystny dla Polski, to dla kogo był korzystny, że tak o niego zabiegano? Komu opłacało się kupowanie śmigłowców EC-725 Caracal? Przypomnę tylko, że oferty offsetowe Mielca i Świdnika, które z góry zostały odrzucone przez MON, zakładały, że w przypadku wyboru śmigłowców Black Hawk czy AW-149 nowych miejsc pracy powstanie kilkaset. I to była realna oferta, a nie liczby wzięte z sufitu jak w przypadku obietnic Airbusa, który mówił o czterech tysiącach w Łodzi i Radomiu.
Rząd PiS jest wciąż krytykowany przez Platformę za rezygnację z caracali, tymczasem okazuje się, że rzekome tysiące miejsc pracy i wielkie inwestycje były mrzonką. A ile miejsc pracy – Pana zdaniem – mogliśmy stracić w przypadku wyboru Airbusa?
– To jest dobre pytanie… Zakładając sfinalizowanie umowy z Airbus Helicopters, a pominięcie dostawców z Mielca i Świdnika, to kto wie, czy w sumie – w tych dwóch fabrykach, ale również w zakładach, z którymi te firmy kooperują – liczba zlikwidowanych miejsc pracy nie byłaby porównywalna z tysiącami, które miały powstać w Łodzi i Radomiu. Tyle tylko, że tak naprawdę zatrudnienie kosztem Polaków mieliby pracownicy we Francji, ale na pewno nie w Polsce. Co więcej, Airbus chciał mieć pakiet kontrolny w spółce, która miała powstać na bazie Wojskowych Zakładów Lotniczych nr 1 w Łodzi i zajmować się m.in. końcowym montażem i serwisowaniem śmigłowców Caracal.
Tak nawiasem mówiąc, coś nie mamy szczęścia do Francuzów, niedawno caracale, a wcześniej był problem ze śmigłowcami dla Lotniczego Pogotowia Ratunkowego…
– Rzeczywiście, kilka lat temu przy przetargu na śmigłowiec dla Lotniczego Pogotowia Ratunkowego Airbus Helicopters, tyle że pod nazwą Eurocopter Group, miał w ramach offsetu stworzyć Centrum Obsługi Posprzedażnej i zatrudnić ponad dwieście osób. Jednak centrum to nie powstało do dziś. Ale to nie wszystko, bo – jak się okazuje – z tymi śmigłowcami jest jeszcze inny problem. Podobno maszyny te nie mogą tankować do pełna, bo wówczas razem ze sprzętem do ratownictwa medycznego, załogą i obsługą byłyby za ciężkie, żeby w ogóle podnieść się z ziemi. Wystarczy tylko przypomnieć niedawny wypadek premier Beaty Szydło i transport śmigłowcem Lotniczego Pogotowia Ratunkowego do Warszawy, który nie mógł się odbyć bez międzylądowania. Chcę zauważyć, że zbiorniki na paliwo w tego typu śmigłowcach mają mniej więcej siedemset litrów pojemności, a zatem żaden śmigłowiec na tak krótkiej trasie – jak wspomniana – nie powinien mieć międzylądowania. To tylko sygnalizuje, że z Airbusem coś jest nie tak i to od samego początku.
Jakie korzyści może nam dać nowe rozdanie w sprawie przetargów śmigłowcowych?
– Dla nas, dla Sekcji Krajowej Przemysłu Lotniczego NSZZ „Solidarność”, sprawa jest jasna – mianowicie na razie zarówno minister obrony Antoni Macierewicz, jak i wiceminister Bartosz Kownacki są gwarantem, że sprawa przetargu śmigłowcowego będzie prowadzona rzetelnie, uczciwie i transparentnie. Można się zatem spodziewać, że ten, kto wygra ten przetarg, ten, kto będzie dostawcą śmigłowców dla Wojska Polskiego, będzie potraktowany tak, jak powinno się traktować dostawcę sprzętu.
Czyli jak…?
– Po pierwsze – producent będzie musiał dostarczyć sprzęt w możliwie jak najkorzystniejszej cenie, po drugie – sprzęt znakomitej jakości, a po trzecie – będzie musiał zagwarantować i zrealizować warunki umowy offsetowej. Nie ma bowiem co ukrywać, że zarówno właściciel PZL Świdnik, a więc włoski koncern Leonardo, jak i właściciel PZL Mielec, czyli amerykański Lockheed Martin, to są firmy zewnętrzne, od których też trzeba będzie wymagać realizacji wynegocjowanych umów. To jest poza dyskusją.
Termin składania ofert w nowym przetargu śmigłowcowym, który upływał dzisiaj, został odsunięty o dwa tygodnie…
– Nie widzę w tym nic nadzwyczajnego. Z tego, co się dowiadujemy, stało się tak – najprawdopodobniej – na prośbę jednego z oferentów, dla którego pierwotnie wyznaczony termin był za krótki, aby przygotować odpowiednią ofertę. Powtórzę raz jeszcze to, co powiedziałem na wstępie naszej rozmowy, a mianowicie, że jak na razie obecne kierownictwo resortu obrony nie dało nam – pracownikom sekcji przemysłu lotniczego – powodów do tego, żeby mu nie ufać. Tyle czekamy, to poczekamy jeszcze dwa tygodnie dłużej. I tak cały ten okres jest krótszy od tego, który zafundowało nam poprzednie kierownictwo MON za kadencji PO – PSL, o innych sprawach już nie wspominając.