Szkolisz, dowodzisz, odpowiadasz
Poniedziałek, 13 lutego 2017 (05:12)Z gen. dyw. Romanem Polką, byłym dowódcą Jednostki Specjalnej GROM, w latach 2006-2008 zastępcą szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Premier Beata Szydło po wypadku k. Oświęcimia przebywa w szpitalu ranni są oficer BOR i kierowca. Czy mając dzisiejszą wiedzę na temat okoliczności i przebiegu tego zdarzenia, zaryzykowałby Pan tezę, że można było tego uniknąć?
– Od przestawiania łóżek nie zrobi się porządku w szpitalu, ale trzeba najpierw zrobić porządek w tej instytucji i zapanować nad kadrami. Podobnie jest w tym przypadku, bo to nie politycy powinni wyznaczać zespoły do ochrony najważniejszych osób w państwie. Ruchy kadrowe w BOR czyli to, że ileś osób już odeszło, a ileś przyszło niespecjalnie ma znaczenie, bo na tego typu stanowiskach powinni być przede wszystkim ludzie kompetentni. Niestety, sytuacja, jaka ma miejsce w tej instytucji, nie sprzyja stabilnemu szkoleniu, funkcjonowaniu i koncentrowaniu się na realizacji określonych zadań na tym, aby doskonalić swoje rzemiosło. Co by nie powiedzieć – nie wskazując też żadnej opcji politycznej – należy zauważyć, że w tej instytucji wykształciła się pewna kultura organizacyjna, która powoduje, że BOR-owcy skupiają się bardziej na wykonaniu funkcji nazwijmy to usługowej wobec osób, które mają ochraniać, a nie koncentrują się na tym, co jest podstawą ich pracy, czyli zapewnienie bezpieczeństwa VIP-om czasem nawet wbrew ich woli. Mam tu na myśli ogólny klimat, natomiast w tym konkretnym przypadku ufam, że sprawa zostanie dogłębnie zbadana. Jednak jeśli na przestrzeni krótkiego czasu wypadki z udziałem najważniejszych osób w państwie mają miejsce, to należy się zastanowić, jak tej formacji wygląda praca zespołowa, odpowiedzialność czy etos służby. Uważam, że najgorszym z możliwych jest rozwiązywanie BOR-u i tworzenie w to miejsce nowej instytucji czy podobnej, tyle że pod inną nazwą. Herbata od mieszania nie zrobi się słodsza, w tym celu bowiem trzeba dosypać cukru. Podobnie jest tutaj, bez radykalnych zmian nic się nie poprawi, a problem się spotęguje.
Jak głębokie powinny być te zmiany w BOR, które zasygnalizował szef MSWiA Mariusz Błaszczak?
– Przede wszystkim istotą tego typu instytucji jest kultura organizacyjna. W tym wypadku nie obwiniam nawet funkcjonariuszy BOR, bo pamiętam, jak sam wysyłałem żołnierzy z Jednostki Wojskowej „GROM” na szkolenia dotyczące jazdy szybkim samochodem, związane z eskortowaniem, konwojowaniem. I takie działania później wykonywaliśmy w strefie działań wojennych podczas misji. Odnosząc się jednak wprost do Pana pytania, to ważna jest przede wszystkim merytokracja, gdzie tego typu funkcje jak ochrona VIP-ów pełnią osoby kompetentne i doświadczone. Natomiast o tym, co kto robi, jakie wykonuje zadania decyduje dowódca BOR. Niedopuszczalne jest – mówiąc kolokwialnie, że ogon macha głową.
Mam Pan na myśli obecną sytuację?
– W tej chwili sytuacja niestety jest taka, że osoby chronione wykazują większą skuteczność decyzyjną niż szef BOR. I to nie dlatego, że brakuje mu kompetencji czy nie potrafi, ale dlatego że poprzez dostęp do ucha konkretnego ministra poszczególni funkcjonariusze budują sobie gwarancję nietykalności. Wygląda to tak, że prędzej to szef BOR może zostać zdymisjonowany niż zaprzyjaźniony z konkretnym politykiem ochroniarz. Z informacji, jakie do mnie docierają, coś jest na rzeczy i nie owijając w bawełnę, jest to patologia. Dlatego potrzebna jest zmiana mentalności ludzi w BOR. Ich praca powinna być rozumiana jako misja, a oni sami winni się odznaczać niezwykłym profesjonalizmem.
Jak ocenia Pan zachowanie kierowcy rządowej limuzyny (funkcjonariusza BOR od 15 lat), który chcąc uniknąć zderzenia z samochodem, odbił w lewo lądując na drzewie?
– W wojsku obowiązuje zasada i mnie również tak uczono, że ludzi rozliczamy za skutki ich działań, a nie za dobre chęci. I oczywiście można kogoś lubić, szanować, cenić jego wiedzę i umiejętności, ale jeśli wcześniej mamy sytuację np. z udziałem premiera Leszka Millera, kiedy pilot ląduje awaryjnie, ratując życie premiera, ale okazuje się, że zapomniał włączyć aparatury przeciwoblodzeniowej, jeśli mamy kpt. Wronę, który otrzymuje medal, podziękowania, pisze książkę, bo perfekcyjnie wylądował samolotem pasażerskim bez wysuniętego podwozia na brzuchu, ale okazało się, że ktoś zapomniał wcisnąć bezpiecznik, to oczywiście są to wyczyny, ale pytanie czy musiało dojść do sytuacji z narażeniem życia ludzi. Podobnie jest tutaj, być może kierowca samochodu wiozącego premier Beatę Szydło był dobrze wyszkolony, ale pytanie czy kolumna samochodów współdziałała prawidłowo.
Co to znaczy prawidłowo?
– Zasadniczym zadaniem podczas tego typu jazdy kolumny rządowej żaden samochód z boku nie ma prawa uderzyć w pojazd ochraniany, w tym wypadku wiozący premier rządu polskiego. Jeśli zaś do tego doszło, to jest to bez wątpienia porażka. Naczelnym zadaniem kierowcy jest chronić VIP-a. Samochody w kolumnie powinny jechać w bardzo bliskiej odległości 5 maksymalnie 10 metrów, co popularnie nazywa się jazdą zderzak w zderzak. Nie byłoby wówczas możliwości, aby jakikolwiek pojazd wcisnął się czy uderzył z boku. Pierwszy samochód w kolumnie ma za zadanie obserwować i wytyczać kierunek jazdy. Tym samym pojazd ochraniany ma mieć zapewnioną strefę buforową. Pierwszy pojazd jak trzeba, spycha na pobocze inne pojazdy, które mogą stanowić zagrożenie. Natomiast pojazd zamykający kolumnę ma za zadanie spełniać funkcję asekuracyjną, inaczej mówiąc, nie może dopuścić do zderzenia. Załoga samochodu jadącego za pojazdem wiozącym premier Szydło powinna zareagować, czyli zajechać drogę w tym wypadku seicento i nie dopuścić do bezpośredniego kontaktu z pojazdem ochranianym. Jeśli nawet, to kierowca pojazdu głównego nie powinien dopuścić do wypchnięcia go z obranego toru jazdy. Natomiast podczas tego wypadku, jak słyszymy i widzimy po skutkach, kierowca samochodu głównego odbił w lewo. Wydaje się, że zdrowy rozsądek, intuicja w tym wypadku zawiodła, bo kierowca odbił w lewo, a tam było drzewo. Nastąpiło zderzenie z przeszkodą, nagłe wytracenie prędkości, ale szczegóły będą badać eksperci. Tak czy inaczej należy dziękować Bogu, że nie doszło do poważniejszych obrażeń, zaś poszkodowanym w tym premier Szydło i funkcjonariuszom BOR należy życzyć szybkiego powrotu do zdrowia. Wypadek był poważny, groźny i aż strach pomyśleć, co by się wydarzyło, gdyby działanie kierowcy seicento było nie jak to wygląda niezamierzone, ale celowe i gdyby ten pojazd był wypełniony ładunkiem wybuchowym, bo takiego działania o charakterze terrorystycznym wykluczyć nie można.
Jeśli takie są skutki wypadku, w którym uczestniczył – jak twierdzi min. Błaszczak nowy samochód audi A8, pancerny, bezpieczny, jeśli prędkość wynosiła ok. 50-60 km na godzinę, to aż strach pomyśleć, co by się wydarzyło, jeśli prędkość byłaby większa?
– Rozmawiałem z biegłym, i on stwierdził, że trudno ocenić całe to zdarzenie, patrząc z boku, widząc jedynie zdjęcia skutków. A zatem żeby to ocenić, konieczna jest wiedza na temat specyfiki konkretnych warunków, konkretnej sytuacji, ale również sił działających w tym konkretnym zderzeniu z przeszkodą – drzewem. To należy do oceny ekspertów, którzy mając określoną wiedzę, powiedzą, co się stało. W takich sytuacjach nie ma żadnej reguły. Wspomnę tylko wypadek Roberta Kubicy, który jechał specjalnym rajdowym samochodem, dodatkowo wzmocnionym, w którym na dobrą sprawę nic nie miało prawa się wydarzyć, a jednak się wydarzyło. Nastąpiło uderzenie w czuły punkt i listwa, która miała chronić kierowcę spowodowała ogromną szkodę na zdrowiu Roberta Kubicy i tak naprawdę złamała karierę temu sportowcowi. Dlatego nie podejmuję się oceny tego, co się stało w wypadku z udziałem premier Szydło, nie podejmuję się też oceny samego samochodu czy i na ile spełniał on warunki, jakie powinien spełniać i na ile ewentualnie były one zapisane tylko na papierze. Pewnie i pod tym względem, po uprzednim zbadaniu wnioski też zostaną wyciągnięte.
Co do samego zdarzenia trwają dyskusje, co należało zrobić. Jaka jest Pana ocena?
– Mamy w tej chwili dwa przeciwstawne stanowiska – jedno mówi, że należało staranować samochód seicento, co wynika z procedury, że za wszelką cenę należy chronić osobę najważniejszą i drugie, które zostało przyjęte i funkcjonuje w retoryce władz, a mianowicie, że gdyby seicento zostało staranowane, to było duże prawdopodobieństwo, że zostałby poszkodowany być może nawet zabity kierowca tego samochodu. Stąd tego należało uniknąć. Nie podejmę się oceny, które stanowisko jest słuszne. To będzie już rola ekspertów, którzy przeanalizują cały przebieg zdarzenia i wydadzą werdykt. Jednak to, co się teraz dzieje, trudno nazwać inaczej jak chaosem informacyjnym w tym zakresie. Jak to inaczej nazwać, skoro mamy nawet problem z ustaleniem czy kolumna rządowa jechała, posługując się sygnałem dźwiękowym sygnalizującym, że się przemieszcza taka grupa pojazdów VIP-owskich czy może tego sygnału nie było włączonego.
Wszyscy jesteśmy jednak zgodni co do tego, że wnioski należy wyciągnąć, aby tego typu wypadków uniknąć na przyszłość…
– Zdecydowanie tak. Trzeba też nagłaśniać te kwestie i myślę, że ogromna jest tu rola mediów. Polityk nie powinien się zaprzyjaźniać z ochroniarzem. Musi też obowiązywać zasada: szkolisz, dowodzisz, odpowiadasz. Jeżeli dowódca BOR ma ponosić odpowiedzialność za formację, którą dowodzi, to on musi szkolić, on musi wyznaczać ludzi do zadań a tych, którzy być może są nawet szanowani przez polityków, ale wchodzą w rutynę odsuwać od zadań tylko po to, żeby ich przywrócić do normalności. Bywa, że komuś, kto wchodzi w bliskie związki z osobami ochranianymi, niejednokrotnie odbija woda sodowa do głowy. I zamiast się szkolić oraz podnosić swoje kwalifikacje, uważa, że mając immunitet nietykalności, można mu więcej niż innym i tak na dobrą sprawę nie musi już podejmować innych zadań, bo wystarczy, że wyręczy polityka np. w robieniu zakupów. To zaś oznacza zaniedbywanie obowiązków związanych z tym, do czego ochroniarz jest przeznaczony. Ochrona VIP-a czasem nawet wbrew jego woli i wymuszanie na VIP-ach różnych procedur także jeśli chodzi i jazdę samochodem, a więc obowiązkowe zapinanie pasów jest obowiązkiem ochroniarza.