• Sobota, 11 kwietnia 2026

    imieniny: Filipa, Leona

Dziesięcioletni wróg ludu

Piątek, 10 lutego 2017 (18:21)

Z prof. Stanisławem Kulonem, artystą rzeźbiarzem, sybirakiem, autorem wystawy pt. „Świadectwo II. 1939-1946”, rozmawia Adam Kruczek

Obchodzimy dziś kolejną, 77. już rocznicę pierwszej wielkiej deportacji Polaków do Związku Sowieckiego po agresji 17 września 1939 roku. Dotknęła ona też Pana rodzinę. Jak data 10 lutego 1940 roku zapisała się w Pana świadomości?

– Mieszkaliśmy w Sobiesku w województwie tarnopolskim. Miałem wtedy 10 lat. Była piękna, mroźna zima. W nocy, a w zasadzie nad ranem, gdzieś tak między godziną 4.00 a 4.15, usłyszeliśmy bardzo głośne krzyki: „Matuszka, otwieraj”. Przerażona mama zaczęła budzić ojca, a oni w międzyczasie kolbami wywalili drzwi i weszli do środka. „Zdies budiet wojna, ubieraj rebionka, skoriej” [tu będzie wojna, ubieraj dziecko, szybciej – tłum. red.] – krzykiem wydawali polecenia. Nie pozwolili wiele ze sobą zabrać, bo mówili, że tam, dokąd jedziemy, wszystkiego jest w bród. Dali nam tylko 15 minut na spakowanie. Kto się ociągał, dostawał kolbą karabinu i szedł do podstawionych sań, które zawiozły nas na dworzec do Podhajec. Tam pakowali nas do bydlęcych wagonów, po 60 osób do każdego. Krzyk był, bo zdarzały się przypadki rozdzielania rodzin. Dzieci płakały, ale ich to nie obchodziło. Cały czas popędzali nas, krzycząc: „Dawaj, dawaj, skoriej, skoriej, zdies budiet wojna” – ciągle straszyli nas tą wojną. Wszyscy byliśmy przerażeni.

Długo trwała ta „podróż”?

– Ponad miesiąc. Wagony były zamknięte na głucho. Starsi mieli jakieś scyzoryki, to między deskami wydrapywali dziury, żeby patrzeć, dokąd nas wiozą. Jechaliśmy cały czas na wschód. Co pewien czas wagony otwierano, nabierano śniegu do wiadra, żeby można było sobie wodę zagotować. Ostatnia stacja, już na Uralu, nazywała się Mołotow. Taką nazwę nosiło wtedy miasto Perm. Tam zabrali nam dokumenty i zaczęli je palić. To było coś potwornego. A gdy ktoś spytał, dlaczego to robią, zaczęli się śmiać: „Przecież Polski już nie ma, to po co dokumenty”. Załadowali nas do samochodów Ził 5 na gaz drzewny. Jedziemy, a wkoło coraz większe śniegi. Gdy samochody nie mogły dalej jechać, przeniesiono nas na sanie. Tak dotarliśmy do posiołka, gdzie czekały na nas dwa baraki. A już następnego dnia z rana wszyscy powyżej 12. roku życia musieli iść do pracy przy wyrębie lasu.

Jak Polacy byli traktowani przez obozowe władze?

– Jako z wrogami ludu zupełnie się z nami nie liczono. Nie mieliśmy żadnych praw. Panowała zasada, że kto nie pracuje, ten nie je. Obowiązywały normy, które trzeba było wykonać, jeśli się chciało dostać „pojok”, czyli posiłek. To były głodowe racje, kromka chleba, kasza pełna robaków… Wciąż słyszeliśmy, że idzie „wsio na front”, a my mieliśmy zdychać z głodu i ciężkiej pracy. Mężczyźni lesoruby wycinali drzewa. Kobiety ścinały gałęzie, paliły ogniska. Moja mama musiała naciąć dwa metry sześcienne drewna na dobę, a potem porąbać na równe kawałki po 15 cm długości jako paliwo dla samochodów Ził 5. Gdy do 12 lat brakowało mi jeszcze półtora miesiąca, mama mi je dopisała i dzięki temu mogłem pomagać jej przy tej pracy.

Większość Pana rodziny zginęła na „nieludzkiej ziemi”.

– Tak, pięć osób z mojej rodziny tam spoczywa – rodzice i trzech młodszych braci: Olek, Kazik i Miecio. Oprócz mnie przeżyła siostra i dwóch braci. Mamusia zmarła w wieku 39 lat, ojciec – 52. Był legionistą. Mówił nam, że to zesłanie jest zemstą Stalina za rok 1920. Z trójki zmarłych na zesłaniu braci najmłodszy tam się urodził. Żył niecałe 3 tygodnie, bo mama nie miała pokarmu. Była co prawda jedna krowa w posiołku, ale należała do komandira. Mój brat Józek kilka razy poddoił jej trochę mleka dla najmłodszego braciszka, ale złapali go i tak stłukli, że ledwo uszedł z życiem. Gdy najmłodszy braciszek zmarł, mama strasznie rozpaczała. Pamiętam, jak łzy płynęły jej z oczu. Już się potem w ogóle nie uśmiechała, jakoś tak się zgarbiła. Trudno sobie wyobrazić rozpacz matki, która nie może wykarmić swojego dziecka.

Nie wie Pan, gdzie spoczywają Pana najbliżsi?

– Skąd, dla wrogów ludu nie było cmentarzy. Zwłoki zakopywano w lesie. Jeśli ktoś umierał w szpitalu, zawijali ciało w prześcieradło i zakopywali. Najmłodszego braciszka ojciec pochował po prostu w lesie. Zrobił krzyż, napisał na nim: „Oleś Kulon. Syn zesłańca”. A mama zmarła na suchoty, czyli gruźlicę. Przywieźli ją ze szpitala w stanie beznadziejnym. Mój brat Władysław, który miał wtedy 20 lat, zbił z nieheblowanych desek skrzynię, bo trudno powiedzieć, że to była trumna, w której pochowaliśmy mamę w lesie. Tych grobów już na pewno tam nie ma.

A ojciec?

– Zmarł w szpitalu. To było wtedy, gdy dostaliśmy rozkaz, żeby się przesiedlić z jednego posiołka na drugi. Do przejścia było 18 kilometrów. Ojciec był tak słaby, że nie mógł już iść. Był jeden wóz ciągnięty przez szkapę ledwo co idącą i woźnica nie zgodził się, żeby tata na tym wozie usiadł. A że nie mógł iść, to został w lesie. Później ktoś go zabrał do szpitala, ale już był w bardzo złym stanie i tam zmarł. Nikt nam o tym nie powiedział. Dowiedziałem się dopiero w 1948 roku, gdy już byłem w Polsce.

Czy próbował Pan później odwiedzić miejsce zesłania?

– Po pierwszym roku studiów na ASP w Warszawie starałem się o stypendium w Leningradzie w nadziei, że w czasie przerwy wakacyjnej będę mógł pojechać na Ural, by przynajmniej zapalić świeczkę najbliższym. Ale nie dostałem tego stypendium i nigdy nie pojechałem na miejsce naszej zsyłki. Nie sądzę, żebym w lesie odnalazł mogiły moich bliskich. Pamiętam, że na wiosnę, gdy się szpadlem kopało ziemię, co rusz napotykało się kości ludzkie. Nie byliśmy tam pierwsi. Rosjanie nigdy nie liczyli się z tym, czy zginie tysiąc, dwa tysiące czy pół miliona ludzi. U nich zawsze było „wsiego mnogo”. Jak jestem w lesie, ot, choćby tu, w Puszczy Kampinoskiej, i widzę sosnę, to jakbym był blisko swojej najbliższej rodziny. Takie mam skojarzenia. Bo tam były przeważnie lasy sosnowe.

Jak tłumaczy Pan swoje ocalenie? Co sprawiło, że po utracie rodziców uniknął Pan sowietyzacji?

– Przeżyłem i wróciłem do Polski dzięki modlitwom moich rodziców i innych zesłańców. Modlili się o to, żeby przynajmniej ich dzieci wróciły do domu, do Polski, jeśli im się nie uda. Robili to potajemnie, gdyż nie wolno było się modlić. Komuniści walczyli z takim „zacofaniem” i ciemnogrodem. Tam trzeba było się modlić do Stalina, bo to on był dla nich bogiem. Do Polski wróciłem w marcu 1946 roku w wieku 16 lat. Na zesłaniu spędziłem 6 lat i 2 miesiące.

Jest Pan uznanym artystą, autorem wielu pomników rozsianych po całej Polsce. Obecnie Pana twórczość zdominowała problematyka Golgoty Wschodu. Czy współcześni Polacy wiedzą, co się działo z ich rodakami na „nieludzkiej ziemi”?

– Prawdopodobnie niewielu wie, a tymczasem czas upływa i nas, świadków, jest coraz mniej, gdyż nasze pokolenie odchodzi już do Pana. Uważam, że moim obowiązkiem jest utrwalić to, co przeżyłem w lasach Uralu jako dziesięcioletni „wróg ludu”. Zacząłem ten temat poruszać szerzej dopiero po przejściu na emeryturę, czyli od 17 lat. Napisałem też wspomnienia z zesłania wydane w książce pt. „Z ziemi polskiej do Polski”. Obecnie wszystko, co robię, chcę poświęcić tym czasom. To jest już trzecia wystawa moich prac w IPN. Mam wykonanych ponad 100 rysunków tuszem i ołówkiem i czekam na to, żeby ktoś to ewentualnie wydał w formie albumu. Od ponad roku rzeźbię moją trzecią już drogę krzyżową. To jest 40 płaskorzeźb, dla których teraz ustawiam kolor. Tylko lekarz mi mówi, żebym robił przerwy, bo organizm nie wytrzyma.

Dziękuję za rozmowę.

Adam Kruczek