• Środa, 20 maja 2026

    imieniny: Bazylego, Bernardyna

Musimy się pozbyć kompleksów

Piątek, 10 lutego 2017 (10:18)

Z Sylwestrem Chruszczem, posłem ruchu Kukiz'15, członkiem sejmowej Komisji do Spraw Unii Europejskiej, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

Co zwróciło Pana szczególną uwagę czy też zaskoczyło w expose ministra Witolda Waszczykowskiego?

– Niestety, ciągle nie ma dobrej zmiany, jeśli chodzi o personalną obsadę stanowisk w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Uważam, że przez minione 27 lat po upadku żelaznej kurtyny niestety nie wymieniliśmy zaplecza dyplomatycznego w Polsce. I tu nie chodzi tylko o ambasadorów, ale także konsulów czy pracowników ministerstwa. Dlatego MSZ jest dzisiaj wciąż niestety bastionem „resortowych dzieci” – ludzi, którzy są po szkołach moskiewskich, czy chociażby z nadania prof. Bronisława Geremka, który był szefem MSZ w latach 1997-2000, a więc dość dawno. Czy to się komuś spodoba czy nie, ale biorąc to wszystko pod uwagę, resort spraw zagranicznych jest ostatnim bastionem postkomunizmu w Polsce. Zważywszy na to, że polityka zagraniczna jest bardzo poważnym orężem w budowaniu potęgi polskiej gospodarki, polskiej kultury itp. Stąd też się biorą wszystkie problemy polskiej polityki zagranicznej, których można jeszcze wymieniać więcej. Trzeba je rozwiązywać, ale nie łudźmy się, że je przezwyciężymy, jeśli i w tym obszarze, a więc w MSZ nie pojawi się dobra zmiana.   

Czy obecny kształt MSZ i wspomniana przez Pana obecność resortowych dzieci to niedopatrzenie… 

– W Polsce mamy całe grono dobrze wykształconych ludzi, którzy doskonale nadają się do pracy w dyplomacji. Proszę zauważyć, że polscy ambasadorzy w Rzymie, Brukseli, w Paryżu czy w Luksemburgu to – jak wspomniałem na wstępie naszej rozmowy – są ludzie z poprzednich nadań czy to Platformy, czy jeszcze wcześniej SLD i ci ludzie nie rozumieją, czym jest Brexit i jakie są jego przyczyny czy – biorąc pod uwagę politykę transatlantycką – dlaczego wybrano na prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trupma, a nie Hillary Clinton. Ci ludzie nie chcą przyjąć do wiadomości przyczyn, dla których w Europie pojawiają się ruchy antysystemowe czy dlaczego nie możemy skutecznie wpłynąć na reformy w Europie, czy chociażby dlaczego nasza polityka wschodnia jest tak tragiczna. To są te przyczyny, których wyeliminowanie znacząco wpłynie na kształt polskiej polityki zagranicznej, która wymaga reform.

A odtworzona niedawno Akademia Dyplomatyczna w Warszawie, o której w swoim wystąpieniu wspomniał min. Waszczykowski, to zły kierunek jeśli chodzi o wymianę kadr dyplomatycznych?

– Osobiście znam wielu dobrych, uczciwych i młodych polityków, dyplomatów. Wspomnę tylko Jana Dziedziczaka czy Konrada Szymańskiego i to oni powinni wieść prym, nadawać ton polskiej dyplomacji. Wspomniana przez pana Akademia Dyplomatyczna w Warszawie to jak najbardziej dobry kierunek, ale to jest dopiero kształcenie przyszłych kadr, tymczasem już dzisiaj potrzebna jest wymiana około dwustu dyplomatów i zaplecza dyplomatycznego. Istnieje też pilna potrzeba budowania nowych konsulatów. Tylko w Wielkiej Brytanii powinny powstać trzy, cztery nowe placówki konsularne. I do tego potrzeba nowych dyplomatów. Oczywiście – jak wspomniałem – mamy odpowiednie młode kadry, tyle tylko, że one nie mają możliwości rozwoju.

Jak ocenia Pan zagraniczną, zwłaszcza wschodnią, politykę obecnego rządu? Mam tu na myśli m.in. stosunek do Białorusi, ale także wobec Ukrainy, chociażby po ostatnich wydarzeniach związanych z niszczeniem czy wręcz profanacją polskich symboli i szykanowaniem Polski i Polaków.

– Bez wątpienia należy pochwalić zmianę filozofii polskiej polityki zagranicznej w tym obszarze. Nowe otwarcie względem Białorusi jest jak najbardziej zasadne i potrzebne, tym bardziej że politykę poprzednich polskich władz w tym obszarze można śmiało określić mianem porażki. Nie powinniśmy się obrażać na obecne władze tego kraju, które prędzej czy później się zmienią, a interesy z tym państwem możemy i powinniśmy robić. W dobrze pojętym naszym interesie leży też zachowanie możliwie jak najsilniejszego cywilizacyjnie państwa białoruskiego. Uważam, że to dobrze, że nasza zachodnia myśl powraca do tego kraju. Dobrze, że na Białorusi zaczynamy konkurować z Rosją. Co więcej, swoimi działaniami spowodowaliśmy, że prezydent Aleksandr Łukaszenka i Białoruś nie odrzucają Polski, ale chcą z nami współdziałać, handlować, chcą również wymiany naukowej czy chociażby kulturalnej. To wszystko sprawia, że będzie nam łatwiej odzyskać przestrzeń cywilizacyjną i pomóc Polakom zamieszkałym na Białorusi, którzy przecież nie z własnej woli tam pozostali i żyją.

A jeśli chodzi o Ukrainę?  

– Co do Ukrainy, to wreszcie, naprawdę wreszcie zauważono, że w tym kraju odrodził się najgorszy z możliwych, bardzo niebezpieczny, brunatny banderowski nazizm, który jest szowinistyczny i antypolski. Po wydarzeniach związanych z profanacją pomnika polskich ofiar nacjonalizmu OUN-UPA w Hucie Pieniackiej, po dewastacji Polskiego Cmentarza Wojennego w Bykowni, po napisach, jakie się teraz pojawiły na murze okalającym Konsulat Polski we Lwowie, czy wreszcie po prowokacjach ze strony ukraińskiego IPN, dobrze, że polska dyplomacja wreszcie zareagowała. Dobrze, że po protestach prezydent Przemyśla Robert Choma odzyskał możliwość wjazdu na teren Ukrainy, którego pozbawiła go Służba Bezpieczeństwa Ukrainy. Widać trzeba było aż takich wydarzeń, żeby przejrzeć na oczy. I takiej mądrej dyplomacji dbającej o polski interes narodowy i polską rację stanu, upominającą się o nasze słuszne racje chcemy.

Czy zgadza się Pan z min. Waszczykowskim, że obecny rząd przywrócił podmiotowość i właściwą hierarchię priorytetów polskiej polityki zagranicznej po ośmiu latach rządów koalicji PO – PSL?

– W dużej mierze się zgadzam. Proszę zauważyć, że przez minione 27 lat, po 1989 r. trwał powrót Polski do świata zachodniego. Dlatego tak mocno stawialiśmy na mocną pozycję naszego kraju w Unii Europejskiej, członkostwo w Sojuszu Północnoatlantyckim, czego efektem jest sprowadzenie do Polski wojsk amerykańskich. Ale to jest jedna strona medalu. Druga to lekcja z polityki wschodniej, jaką musimy odrobić. Polityka wschodnia była mocno zaniedbana, szkodliwa, doraźna. Dobrze, że w kierunkach polityki zagranicznej obracamy się również na wschód, uczymy się polityki wschodniej i realnie ją przeprowadzamy. Co więcej, w tej polityce stajemy się samodzielni. Obok wspomnianej Białorusi i Ukrainy konieczne, wręcz niezbędne są zdecydowane kroki względem Litwy. Nie może być bowiem tak, że nasi rodacy – Polacy, którzy mieszkają na swoich odwiecznych ziemiach na Wileńszczyźnie, są dzisiaj szykanowani.

Szef MSZ podkreślił też, że Polska wzmacnia swoją pozycję w UE przy jednoczesnym wzmocnieniu pozycji w gronie państw Grupy Wyszehradzkiej. Czy tu mimo wszystko nie ma sprzeczności?

– Prowadząc mądrą politykę międzynarodową, powinniśmy dbać o możliwie jak najlepsze relacje ze wszystkimi państwami, sąsiadami. Dlatego dobrze, że rozmawiamy z kanclerz Niemiec Angelą Merkel. Polska jest dużym państwem, jednym z największych w UE. Jest także głównym graczem na arenie międzynarodowej, a nie – jak to było jeszcze niedawno – kibicem czy wręcz klakierem. I to są fakty. Z tej przemiany powinniśmy się cieszyć. Nasza pozycja będzie jeszcze silniejsza w przyszłości i musimy się nauczyć, aby ją lepiej spożytkować. Warto też, żebyśmy się uczyli od innych. Przykładem jest premier Węgier Viktor Orban, który z powodzeniem prowadzi aktywną politykę między Wschodem a Zachodem i na dzień dzisiejszy to on jest liderem Europy Środkowej. Wiele pozostawia też do życzenia pozycja Polski w Trójkącie Weimarskim. Jest uśpiona, dlatego powinniśmy aktywniej uczestniczyć w polityce europejskiej i pokazywać Niemcom i Francuzom, że jesteśmy poważnym i bardzo liczącym się państwem europejskim. Polska jest zauważana przez Stany Zjednoczone, liczą się z nami państwa Międzymorza, ale żeby tę pozycję umacniać, konieczna jest mądra dyplomacja, do tego zaś potrzebne są zmiany w dyplomacji, potrzeba dyplomaty pewnego siebie, bez neokolonialnych naleciałości.

Czy problemy, jakie przeżywa słaba – co by nie powiedzieć – UE, paradoksalnie nie są szansą na wzmocnienie Polski na arenie międzynarodowej, zwłaszcza zaś europejskiej?

– W każdej sytuacji trzeba dostrzegać szanse dla siebie. Podobnie jest w tym przypadku. Po Brexicie nasze relacje z Wielką Brytanią powinny być jak najlepsze. W naszym interesie jest zrozumienie nowej pozycji Londynu i budowanie nowych kontaktów gospodarczych, handlowych. Nasza polityka nie powinna być nigdy przeciwko komukolwiek, ale nakierowana przede wszystkim na nasz interes. I w tym obszarze powinniśmy współpracować dosłownie z każdym – czy to z państwami skandynawskimi, czy to z Turcją, która wydaje się dzisiaj bardzo silnym mocarstwem. I tak widziałbym aktywną politykę zagraniczną prowadzoną przez polski rząd. Warto też, żebyśmy się pozbywali wspomnianych kompleksów neokolonialnych. Musimy się szanować nie tylko w Polsce, ale także za granicą. Nie może być mowy o donoszeniu na Polskę do organów europejskich, jak tego doświadczaliśmy czy wciąż jeszcze doświadczamy ze strony tzw. totalnej opozycji. Naszym obowiązkiem jest promocja Polski i Polaków we wszystkich instytucjach międzynarodowych. I to też jest lekcja, jaką nasze elity muszą odrobić.

Jak ocenia Pan usytuowanie przez szefa MSZ – na wysokim czwartym miejscu wśród kierunków polskiej polityki zagranicznej – dążących do hegemonii w świecie Chin?

– Uważam, że to dobrze, iż nasza polityka międzynarodowa nie jest jednobiegunowa, i to dobrze, że potrafimy grać na wszystkich klawiszach tego fortepianu. To pozytywne, że mamy bardzo dobre relacje ze Stanami Zjednoczonymi. Dobrze też, że Donald Trump podczas kampanii wyborczej zauważył Kongres Polonii Amerykańskiej i to właśnie Polacy gremialnie oddawali na niego głosy. W naszej polityce międzynarodowej nie należy także zapominać o Chinach, które mówią o nas, że jesteśmy uśpionym mocarstwem i widzą w Polsce państwo, które kiedyś było partnerem globalnym dla Dalekiego Wschodu. Chińczycy dostrzegają w nas ludzi pracowitych, stabilnych, stąd ten kierunek należy upatrywać jako szansę. Powinniśmy się oduczyć myślenia, że jest tylko jeden pan – wczoraj Moskwa, a dzisiaj Bruksela. Ale tak nie jest. Jest jeszcze Waszyngton, jest jeszcze Pekin. Co więcej  –jest jeszcze Ankara, która też nie jest nam wroga.

Jak ocenia Pan szanse na uzyskanie przez Polskę statusu niestałego członka w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, o czym podczas konferencji w Sejmie mówił dzisiaj prezydent Andrzej Duda?

– Dobrze, że zwrócił Pan na to uwagę, bo to jest bardzo ważna kwestia. Jeśli my, Polacy, powrócimy do mentalności pokolenia z XX-lecia międzywojennego, to w szybkim czasie zyskamy silną pozycję w świecie. Ale nie wejdziemy tak po raz pierwszy, lecz powrócimy do tego grona po wspomnianym już okresie uśpienia. Wcześniej nie było to możliwe ze względu na politykę, jaką prowadził prof. Geremek i jego następcy, którzy widzieli w Polsce pozycję petenta. Co więcej, wyrabiali w nas, Polakach, mentalność neokolonialną. Teraz musimy wrócić na swoje właściwe, należne nam miejsce. I przy tej pracy pozytywistycznej, przy realnej polityce, przy krzepnięciu naszego przemysłu, który powinien być z ramion fiskalizmu, my w naturalny sposób – i ja w to wierzę – będziemy w przyszłości partnerem nie tylko dla Turcji, ale także dla Niemiec, dla Chin czy dla Stanów Zjednoczonych – słowem dla całego cywilizowanego świata.

Jest zatem szansa, żeby Polska została niestałym członkiem w Radzie Bezpieczeństwa ONZ na lata 2018-2020?  

– Myślę, że jest na to bardzo duża szansa i powinniśmy w to wierzyć i cały czas o to zabiegać. Świat dyplomatyczny dopuści nas tam, kiedy my sami w to uwierzymy. Świat jest tak urządzony, że nie szanuje się partnera, który jest zakompleksiony, który sam z sobą ma problemy, a niestety tak postrzegał nas świat jeszcze za rządów koalicji PO – PSL i za prezydentury Bronisława Komorowskiego, a wcześniej Aleksandra Kwaśniewskiego. Dzisiaj Polska się zmienia, zmieniają się Polacy, zmienia się również świat. I ja mam nadzieję, co więcej – jestem pewien, że Polska wróci na należne jej miejsce.    

Dziękuję za rozmowę. 

Mariusz Kamieniecki