Oś Berlin – Paryż jest póki co niezmienna
Poniedziałek, 6 lutego 2017 (21:46)Z Andrzejem Maciejewskim, politologiem, ekspertem w obszarze polityki z Instytutu Sobieskiego, posłem Ruchu Kukiz’15, przewodniczącym sejmowej Komisji Samorządu Terytorialnego i Polityki Regionalnej, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Reforma Unii Europejskiej, kwestie bezpieczeństwa i stosunki bilateralne to główne tematy wizyty kanclerz Merkel w Polsce. Czy obok Niemiec również Polska może nadawać ton dyskusji na temat zmian wewnątrz Unii?
– Przede wszystkim powinniśmy się poruszać w wymiarze rzeczywistym, a więc w wymiarze faktów i konkretów, a nie w świecie matrixa. Natomiast fakty są takie, że Polska bez wątpienia jest wielkim, ważnym krajem Unii Europejskiej, ale niestety z zerowym wpływem na to, co się dzieje w Unii. Oś Berlin – Paryż jest póki co niezmienna, niezatapialna i nikt nie jest w stanie tego podważyć.
Kanclerz Merkel ostatnio mówiła o powrocie do koncepcji Europy dwóch prędkości, czemu przeciwna jest Polska. Czy to dobra odpowiedź na wyzwania, przed jakimi dzisiaj stoi UE?
– Niemcy, Francja, Belgia, Holandia i Luksemburg rzeczywiście chcą nadal kreować politykę europejską, ale jest to jedna z koncepcji. Te państwa mają na celu realizację swoich interesów i trzeba się liczyć z tym, że będą forsować swoje koncepcje. Natomiast my powinniśmy przestać żywić się mrzonkami, a przejść do realnej rzeczywistości. Jutrzejsza wizyta kanclerz Angeli Merkel w Warszawie jest okazją do tego, żeby pokazać, iż w Polsce jest spokój, że nie ma mowy o tym, co insynuują zagraniczne media inspirowane przez polityków tzw. totalnej opozycji. I chyba nie będzie lepszej okazji, aby pokazać i przekonać kanclerz Niemiec, jak to wygląda. Czas najwyższy, aby zmieniła się retoryka i postrzeganie Polski, która jest krajem przewidywalnym.
Oprócz spotkań z prezydentem Dudą, premier Szydło, kanclerz Merkel zaprosiła na rozmowy na temat wewnętrznych spraw Polski do ambasady Niemiec przedstawicieli opozycji. Czemu to ma służyć?
– Spotkania z liderami opozycji są wpisane w pewien, nazwijmy to, kalendarz tego typu wizyt. Z całą pewnością nie chciałbym traktować tej wizyty jako formy, dajmy na to, rozgrzeszania nas, bo nie ma takiej potrzeby. Ważne jest, żebyśmy po tej wizycie mogli sobie spojrzeć w oczy i mieć do siebie szacunek. Oczekuję od premier Beaty Szydło, ale też od całej polskiej klasy politycznej, że zachowają się przyzwoicie i godnie, bo tego wymaga polska racja stanu. Oczekuję od polityków, że nie będzie budowania czy podtrzymywania nastrojów wojny polsko-polskiej. Pytanie tylko, czy nie będziemy mieli do czynienia z próbą złamania tej dobrej zasady, że o sprawach Polski na gruncie międzynarodowym mówimy jednym głosem.
Czy Paweł Kukiz otrzymał zaproszenie na spotkanie z kanclerz Merkel i czy weźmie w nim udział?
– Póki co nic mi na ten temat nie wiadomo. Dzisiaj i jutro mamy wyjazdowe spotkanie Klubu Parlamentarnego, więc z całą pewnością ten temat będzie także poruszany. Tak czy inaczej należy tu zachować pewną miarę rzeczy i pamiętać, że za politykę odpowiada rząd, który ma odpowiedni aparat w postaci Ministerstwa Spraw Zagranicznych oraz całej administracji i nie może być mowy o tym, że nagle w tych kwestiach powstaje dwugłos czy nawet dwuwładza. Oczywiście wiem, że w Platformie jest tzw. gabinet cieni, ale nie życzyłbym sobie, żeby nagle ten gabinet cieni stał się uzurpatorem fatycznego MSZ.
Kanclerz Merkel, zważając na zbliżające się wybory w Niemczech i swoją niezbyt pewną pozycję, nie przyjeżdża do Polski niejako po prośbie?
– Przed nami rok wyborczy i kanclerz Merkel ma przy okazji tej wizyty parę spraw do załatwienia, i to zarówno tych z gruntu rodzimego niemieckiego, jak i europejskiego. Sądzę, że trzeba będzie to wykorzystać.
Co może nam zaproponować Angela Merkel, ewentualnie co możemy ugrać dla siebie i czy można wierzyć w szczerość intencji kanclerz Niemiec?
– Wyznaję zasadę, że osoba, która mnie odwiedza w domu, kieruje się szczerymi intencjami i nie przychodzi mnie złupić, ale przychodzi w gości na kawę, herbatę czy na obiad. Ufam też, że kanclerz Merkel przyjeżdża do Polski zobaczyć, jak nasz kraj wygląda z bliska po wyborach w 2015 r. Nie chciałbym jednak, aby spotkania z politykami czy dziennikarzami zamieniły się w tłumaczenie Polski. Polska nie ma się z czego tłumaczyć, a tym bardziej za co przepraszać. Natomiast ta wizyta – jak sądzę – będzie okazją, żeby usiąść przy wspólnym stole i porozmawiać na temat problemów i przyszłości Unii Europejskiej, zwłaszcza w obliczu Brexitu, który jest „dzieckiem” nieudolnej polityki administracji brukselskiej i generalnie wielką wpadką, podobnie jak kryzys migracyjny. Oczywiście unijni decydenci najchętniej szukaliby winnych na zewnątrz i najlepiej złożyliby to na karb Polaków, ale to nie przejdzie. I na pytania dotyczące tych kwestii politycy unijni i kanclerz Merkel muszą sobie sami odpowiedzieć. Natomiast my nie możemy sobie pozwolić na przylepienie nam łaty za niepopełnione winy.
Czy proponowane po Brexicie różne ścieżki integracji lub zacieśnionej współpracy są w stanie zachować spoistość UE i czy nie będą przysłowiowym gwoździem do trumny dla Unii przynajmniej w jej obecnej postaci?
– Administracja unijna musi sobie wziąć do ręki lusterko i powiedzieć, że np. wiele państw strefy euro nigdy nie powinno się tam znaleźć, co więcej, już dawno te kraje powinny ogłosić bankructwo, czego Grecja jest najlepszym przykładem. Tyle tylko, że do tego nie dochodzi ze względów partykularnych, mam tu na myśli interesy banków i finansjery niemieckiej. Podobna do Grecji jest ekonomiczna kondycja Hiszpanii czy Włoch. Mówię o tym, żeby pokazać, że poprawność polityczna w Europie często się przydaje nieudolnym politykom brukselskim, które próbują zrzucić odpowiedzialność za własne błędy na kraje niepokorne, które się im stawiają. W tym względzie warto wyraźnie wyartykułować, że Polska nie jest żadnym strasznym ludem i nikt w Polsce nie pozwoli, żeby straszyć Polakami Europę i nas poniżać. Chciałbym, żeby politycy brukselscy zaczęli mówić otwartym tekstem, jak wyglądają fakty, a nie jak chcieliby, żeby to wyglądało, bo to są dwie różne sprawy. To jak chcą czy chciałyby elity brukselskie, to my już dobrze wiemy, natomiast ciągle brakuje mi zdecydowanego zdania, a właściwie przyznania, że polityka wobec tzw. uchodźców była błędem, że porażką była też polityka wobec Wielkiej Brytanii, jak również, że błędem była polityka zaogniania relacji na linii stare i nowe państwa UE. Nad tym nie można i nie wolno przejść do porządku dziennego, bo to są związki przyczynowo-skutkowe, o których trzeba mówić. To, co mnie przeraża, to również to, iż w UE, ale dotyczy to również Stanów Zjednoczonych, mówi się o błędach, ale niestety nie mówi się, a tym bardziej nie wyciąga się wniosków z popełnianych błędów.
Chyba poza wyborcami w poszczególnych krajach, którzy oddają władzę w ręce partii prawicowych…
– Owszem, ta słynna elita brukselska w poszczególnych państwach przegrywa wszystkie wybory, natomiast wygrywają partie opozycyjne. Ale to nie jest przypadek, to się z czegoś bierze. To wynika z postawy wspomnianych elit, z ich arogancji, nonszalancji i pychy. Najwyższy czas, żeby sami zaczęli o tym mówić i bić się we własne piersi, a nie obarczać winą za swoje decyzje choćby takie państwa jak Polska.
Wracając jednak do wizyty kanclerz Niemiec i jej spotkania z władzami Polski i opozycją. Czyją retorykę może przyjąć Angela Merkel: czy władz, którym niekoniecznie była chętna, czy może tzw. totalnej opozycji, która nie może się odnaleźć po przegranej w wyborach i skarży się na obecny rząd?
– Kanclerz Merkel jest doświadczonym politykiem na arenie międzynarodowej i zapewne też nie chciałaby, aby ktoś budował obraz Niemiec, posiłkując się oceną niszowych ugrupowań pozaparlamentarnych, jak KOD w Polsce, czy nieżyczliwych jej ugrupowań lub środowisk politycznych. Po to jest demokratycznie wybrany rząd w każdym kraju, żeby reprezentował interesy państwa na arenie międzynarodowej. Żaden szanujący się kraj nie będzie słuchał, a tym bardziej opierał swoich relacji z innym państwem na opinii środowisk często podpuszczanych przez liderów i zawiedzionych polityków opozycji, których społeczeństwo w wyborach odspawało od koryta. Są pewne proporcje, które należy zachować.
Z całą pewnością podczas wizyty Angeli Merkel zostanie poruszony temat reelekcji Donalda Tuska na stanowisku szefa Rady Europejskiej. Czy polityk, który idzie na czołówkę z prezydentem Stanów Zjednoczonych i de facto działa wbrew interesom Europy, może uzyskać poparcie polskiego rządu?
– Ostatnie dwa i pół roku, czy się to Donaldowi Tuskowi podoba, czy nie, to są jego rachunki krzywd. On jest odpowiedzialny za wszystkie działania, których konsekwencje znamy. Donald Tusk jest politykiem nieskutecznym. My to dobrze znamy z Polski, a Europa mogła się o tym przekonać na własne oczy. Dziwię się tylko, z jaką lekkością przewodniczący Tusk podchodzi do Stanów Zjednoczonych. To nie jest jakiś mało znaczący kraj, ale tu chodzi o światowe mocarstwo, o czołowe państwo Sojuszu Północnoatlantyckiego, i takie stawianie sprawy oraz krytyka – zresztą nieuzasadniona i nieuprawniona – są czymś nieodpowiedzialnym. Widać Donald Tusk nie rozumie, że zmienił się układ w Stanach Zjednoczonych. Każdy naród ma prawo wybrać sobie takiego prezydenta, jakiego uważa za stosowne. Amerykanie nie są społeczeństwem nieświadomym, wprost przeciwnie, i ich wybór należy uszanować. UE nic do tego. Świadectwo Donalda Tuska jest bardzo słabe i ocena jego działalności jest na dwóję.
Akurat w tym chyba znacząco nie odbiega od pozostałych unijnych dygnitarzy, którzy grają w marnej lidze…?
– Zgadza się, ale tak jak wspomniałem, błędy popełniają ci unijni dygnitarze jak Tusk, Juncker czy były już na szczęście przewodniczący Parlamentu Europejskiego Schulz, ale wina i konsekwencje spadają nie na nich, ale na wszystkich członków Unii. Organy decyzyjne nic nie robią bądź w swoich działaniach są nieudolne i nieskuteczne tak jak Donald Tusk, który na dodatek z podniesionym czołem usiłuje wmówić wszystkim dookoła, że nic się nie dzieje, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, co więcej, jest z siebie zadowolony i dumny. To pokazuje, że ten cały system jest chory, bo albo wobec nieudolnych, winnych zaniedbań polityków są wyciągane konsekwencje, albo wszystko jest oparte o tzw. poprawność polityczną.
Ma Pan jakieś wątpliwości…?
– No nie mam! Przypomnę tylko, że kiedy Donald Tusk wyjeżdżał do Brukseli, to podkreślał, że będzie tam politykiem europejskim, nie polskim, i żeby od niego nie wymagać, aby działał w sprawach czy na rzecz polskich spraw. Kiedy jednak po wyborach w 2015 r. zmienił się układ sił w parlamencie i zaczął rządzić rząd Prawa i Sprawiedliwości, Tusk nagle otrzeźwiał i przypomniał sobie o Polsce. To znaczy, zaczął sobie uświadamiać, że po zakończeniu kariery na unijnych salonach nie bardzo będzie miał gdzie, a właściwie do czego wrócić. I tu widać niekonsekwencję Donalda Tuska.
Może tak jak prorokowała jego żona: jeden Donald w polityce wystarczy aż nadto…
– Może faktycznie należy z tego wyciągnąć wnioski. Tak czy inaczej chyba za bardzo przeceniamy swoją rolę jako państwa w tym, czy Donald Tusk będzie, czy nie będzie przewodniczącym Rady Europejskiej na drugą kadencję. Panie redaktorze – proszę się nie łudzić, bo my naprawdę nie mamy na taką czy inną decyzję żadnego wpływu, bo ta decyzja z całą pewnością nie zapadnie w Warszawie. To tzw. elity brukselskie wybierają sobie klakiera i ostatecznie to one zdecydują, czy Tusk będzie im dalej na rękę, czy też nie. Donald Tusk jest drugim tzw. prezydentem Europy i trzeba powiedzieć, że ani pierwszy, czyli Herman Van Rompuy nie był lotny, ani drugi też nie jest. Dwa nieloty, cóż zrobić!
Czy Tusk jest w stanie przekonać polski rząd do swojej kandydatury?
– Przecież to nie ma żadnego znaczenia. Poza tym czegóż możemy się spodziewać po Donaldzie Tusku w UE…? Niczego dobrego. Podobnie jak po części eurodeputowanych, zwłaszcza Platformy, którzy tylko z nazwy są polskimi posłami, a swoim głosem występują przeciwko Polsce. Tłumaczą się zresztą, że w tych swoich wystąpieniach nie reprezentują Polski, ale UE. Skoro ci ludzie tak szybko zapomnieli o Polsce, to czym czy kim się przejmować? Widać taka uroda, taka nowa tradycja w wydaniu tej klasy politycznej.