• Sobota, 11 kwietnia 2026

    imieniny: Filipa, Leona

Pod patronatem „Naszego Dziennika”

Muzeum polskiej chwały

Poniedziałek, 6 lutego 2017 (18:26)

Z Jackiem Karczewskim, dyrektorem Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce, rozmawia Karolina Goździewska

Na jakim etapie jest budowa muzeum?

– W najbliższych dniach zostanie ogłoszone zakończenie przetargu na inwestora zasadniczego. Doprecyzowany jest scenariusz ekspozycji stałej, która będzie stanowić jeden z najważniejszych elementów przyszłego muzeum. Merytorycznie wspiera nas w tym zakresie powołana w ubiegłym roku Rada Naukowa Muzeum składająca się z najwybitniejszych historyków zajmujących się tematyką podziemia antykomunistycznego w Polsce. W jej skład wchodzą: dr Mariusz Bechta, dr Waldemar Brenda, dr Wojciech Frazik, dr Kazimierz Krajewski, dr Tomasz Łabuszewski, prof. Piotr Niwiński, dr Sławomir Poleszak, prof. Jan Wiesław Wysocki.

Jakie są priorytety tworzenia ekspozycji?

– Chcemy pokazać genezę pochodzenia zjawiska Żołnierzy Wyklętych, takich jak np. Józef Franczak „Lalek”, którego wojna z okupantami rozpoczęta we wrześniu 1939 r. zakończyła się w październiku 1963 r. Wielu z przyszłych partyzantów swoje szlify wojskowe zdobywało w 1918 r. podczas I wojny światowej oraz wojny polsko-bolszewickiej w 1920 r. To byli ludzie, którzy zrealizowali sen swoich ojców i dziadków – odzyskali niepodległość i żyli w odrodzonym, wolnym kraju.

W okresie międzywojennym w niepodległej Polsce wychowało się całe pokolenie, dla którego wolność kraju była wartością nadrzędną. 

Choć mieli świadomość, że walka jest nierówna.

– Warto zaznaczyć, że po tzw. wyzwoleniu Polski przez wojska sowieckie na terenie naszego kraju stacjonowało więcej żołnierzy sowieckich niż wojsk niemieckich w czasie okupacji. Attaché wojskowy ambasady brytyjskiej w Warszawie w raporcie z 28 listopada 1945 r. szacował liczbę kwaterujących u nas oddziałów sowieckich na co najmniej dwadzieścia kilka dywizji. Dodatkowo w roku zakończenia II wojny światowej w Polsce stacjonowały trzy dywizje NKWD liczące łącznie około 35 tysięcy żołnierzy. To te oddziały zajęły się „utrwaleniem” tzw. władzy ludowej. Podam przykład, od stycznia 1945 do sierpnia 1946 r. 64. Zbiorcza Dywizja Wojsk Wewnętrznych NKWD zlikwidowała na terytorium Polski 201 oddziałów zbrojnych. Wspomniana dywizja powstała w Lublinie w październiku 1944 r. głównie w celu zwalczania polskiego podziemia.

Chcemy pokazać, że żołnierze podziemia antykomunistycznego byli ludźmi podejmującymi w pełni świadomą walkę z nową okupacją Ojczyzny wprowadzoną pod przykrywką stworzenia demokratycznych polskich rządów.

Ci ludzie zostali wychowani w odrodzonym państwie polskim, którego poszczególne części przed 1918 r. przez 123 lata były zarządzane przez zaborców. Dla ludności polskiej często oznaczało to dyskryminację narodową, religijną czy językową. W związku z tym w okresie międzywojennym waga i znaczenie wartości patriotycznych wybrzmiewały niezwykle mocno.

Mamy nadzieję, że ten duch będzie odczuwalny na ekspozycji, że nie będą to tylko suche opisy, a każdy zwiedzający po opuszczeniu wystawy będzie chciał przyjść na nią jeszcze raz ze swoimi dziećmi i wnukami. Ekspozycja będzie miała element łączący pokolenia, gdzie starsi i młodsi znajdą miejsce do wzajemnego poznawania siebie, swoich wyborów i wartości. 

Ekspozycja wymaga różnych artefaktów – zdjęć, dokumentów. Muzeum już nimi dysponuje?

– Każdego dnia mamy telefony, a także wizyty osób, które szukają swoich bliskich, ale też przynoszą pamiątki i zdjęcia. Niedawno udało nam się pozyskać zdjęcia szczególnie cenne w kontekście historii regionalnej. Są one dokumentacją tworzenia się oddziałów partyzanckich jeszcze podczas okupacji niemieckiej. Przychodzą też do nas listy z prośbą o pomoc w ustaleniu informacji o losach zaginionych osób. Niestety, wiele pamiątek zniszczyli sami partyzanci podczas stanu wojennego, kiedy funkcjonariusze służb przeszukiwali domy żołnierzy niepodległościowych. Wielu z uczestników powojennego podziemia internowano nawet po upływie kilkudziesięciu lat od rozwiązania oddziałów partyzanckich. Taka była chociażby historia Antoniego Hedy „Szarego”. Nie ukrywam, że dokopywanie się rodzin do historii ich bliskich jest największym sukcesem tej placówki.

A jest co odkrywać, Kurpie partyzantką stały.

– Historycy IPN szacują, że na tym terenie w latach 1945-1946 w podziemiu znajdowało się od 3,5 do 5 tys. ludzi, niemal każda rodzina miała kogoś, kto był potencjalnym celem ubowców. W maju 1945 r., gdy świat świętował zakończenie II wojny światowej, Ostrołękę zajęli partyzanci. Dość duży oddział sowiecki stacjonujący trzy kilometry od miasta odmówił interwencji, słusznie obawiając się zasadzki. Do Ostrołęki partyzanci wchodzili nie jeden raz. Sytuacja była poważna do tego stopnia, że szef UB w Ostrołęce Stefan Koc vel Stanisław Wasilewski ukrywał się pod różnymi nazwiskami, obawiając się podziemia.

W wyniku przeprowadzonej ekshumacji i identyfikacji szczątków na Łączce okazało się, że 10 procent zidentyfikowanych żołnierzy to członkowie naszych struktur. Niewątpliwie jest ich więcej, a ich imiona, chociaż niestety nie wszystkich, poznamy w następnych latach i dziesięcioleciach. Ostatni partyzanci na ziemi ostrołęckiej zginęli 11 listopada 1953 roku w Dudach Puszczańskich. A ostatni partyzant tych struktur ujawnił się w 1961 roku. Był nim Romuald Kordek „Orzech”.

Udało się Panu odnaleźć rodziny ostatnich rozstrzelanych partyzantów?

– Było to dość trudne, ponieważ dzieci wychowywały się pod obcym nazwiskiem, a nie ojca, chociażby dlatego, że partyzanci często brali tylko śluby kościelne, nieuznawane przez państwo, a dzieci wychowywały się bardzo często pod nazwiskiem panieńskim matki.

Szczególnie wzruszająca była dla mnie historia dotarcia do rodziny Aleksandra Góralczyka „Topora”. Jego żona z córką wyjechały z Kurpi aż w Tarnowskie Góry. Pierwszy raz kontaktowałem się z nią telefonicznie. Gdy spytałem, czy dodzwoniłem się do córki Aleksandra Góralczyka „Topora”, w słuchawce zapadła długa cisza. Dopiero po chwili usłyszałem głos: „Bardzo pana przepraszam, ale po 60 latach po raz pierwszy słyszę, jak ktoś wymawia nazwisko i imię mojego ojca. To mnie zblokowało”. Potem zaczęła opowiadać, że każdego 1 listopada, gdy inni idą na cmentarze, na groby bliskich, córka Aleksandra Góralczyka staje w oknie i nie ma gdzie pójść zapalić znicz, bo nigdy nie odnaleziono ciała ojca. Padło wtedy też pytanie: „Czy odnajdziecie mojego ojca?”. To pytanie bardzo często słyszymy od rodzin partyzantów. Ich szczątki ukryte są w lasach, jakiś dołach czy alejkach między grobami na cmentarzach, a ślady pochówku są starannie zatarte przez sprawców.

Muzeum zaangażuje się w poszukiwania grobów partyzantów?

– Na pewno zrobimy wszystko, by odnaleźć groby żołnierzy podziemia niepodległościowego. Chciałbym jednak podkreślić, że zachowanie pamięci o nich to też ogromna praca. Tożsamość wielu z nich do dzisiaj jest nieznana. Widzimy ich uśmiechnięte młode twarze na zdjęciach, na których są podpisani jako NN. Tymczasem na informację o nich czekają gdzieś ich dzieci, wnuczęta. Na pewno wielu z nich poszukujących rodziców i dziadków natknęło się przypadkiem na wizerunki poszukiwanych, lecz ominęło je z powodu braku informacji o tożsamości widzianych osób.

Historie ich życia chwytają za serce?

– Niedawno młody człowiek przyszedł do nas z zapytaniem o swojego pradziadka Władysława Stępnowskiego, który był wójtem w gminie Rzekuń. Po tym, jak powiedziałem mu, że został skazany na karę śmierci, sam dotarł do dokumentów w IPN. W aktach poznał bogatą historię rodziny. Odnalazł też list napisany do pradziadka przez jego dzieci, których posiadał ośmioro. Trzech najstarszych synów razem z nim siedziało w więzieniu, a pozostała piątka dzieci była z mamą. Podczas jego aresztowania najmłodsza córka miała niecałe dwa latka. List zaczynał się niezwykle wzruszającymi słowami:

„Najukochańszy nasz Tatusiu, całujemy Twoje ręce, całujemy Twoje stopy”. Dalej dzieci opowiadały o swoim dniu codziennym, że starają się chodzić do szkoły, choć nie zawsze mogą, bo muszą pomagać mamie w gospodarstwie. Pisały też, że najmłodsza Miecia, jak tylko się dowiedziała, że w trakcie przesłuchań ojca na chwilę przywieziono do Ostrołęki, liczyła na jego powrót do domu. Jak opisują, nie bała się ciemności, wychodziła na drogę, liczyła, że ojciec zaraz wróci i przyniesie jej „byby” i „cucu”. List był pisany 29 października 1949 roku. Zaadresowany został: „Władysław Stępnowski więzień”, do służb więziennych trafił 13 listopada. Mamy adnotację, że został odczytany, tylko nie wiemy przez kogo – czy przez służby więzienne, czy przez samego Władysława. Dwa tygodnie później adresata skazano na karę śmierci, po upływie kolejnych dwóch miesięcy rozstrzelano. W domu pozostała żona z ośmiorgiem dzieci. Gdy list trafił z archiwum do rodziny, żyła już tylko najmłodsza Miecia. List został odczytany na rodzinnym zebraniu, a młody człowiek nie mógł powstrzymać łez, opowiadając tę historię.

Takie momenty rekompensują trudy?

– To są niezwykle wzruszające chwile, kiedy czujemy, jak ważna była sama idea tego muzeum. Przyjechali kiedyś do nas ludzie z informacją, że w starej drewnianej chacie, dziś już niezamieszkałej, może być zdjęcie brata ich dziadka, który zginął w jednej z obław. Walczył wraz z dwoma towarzyszami broni z 1500 żołnierzami KBW i UB, wspieranymi przez pięć samolotów. Pojechaliśmy do tego opuszczonego domu i faktycznie na strychu leżał portret Henryka Dudy pseudonim „Jastrząb”. To jedyne jego zdjęcie, jakie się zachowało. Takich cennych pamiątek od rodzin mamy coraz więcej.

I czekają Państwo na kolejne.

– Apeluję do wszystkich posiadających jakieś pamiątki, dokumenty: przysyłajcie je do nas. Jak ktoś nie chce przekazać ich na rzecz muzeum, to zrobimy kopie i odeślemy. Wszystko po to, by ta historia nie została zapomniana, a my potrafilibyśmy z niej wyciągać właściwe wnioski, by nie powtórzyły się błędy z przeszłości.

Warto przypomnieć apel komendanta XVI Okręgu NZW Tęcza Witolda Boreckiego „Babinicza”, zamordowanego w sierpniu 1949 roku przez agentów UB. Zwracając się do przyszłej wolnej Polski, nie prosił o żadne zasługi i kwestie materialne, ale o zwykłą pamięć przyszłych pokoleń jako dowód wdzięczności dla żołnierzy, którzy jako ostatni podjęli trud walki o niepodległość Polski.

Powstające Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL w Warszawie na ul. Rakowieckiej nie będzie konkurencją dla Ostrołęki?

– Z dyrektorem Jackiem Pawłowiczem podpisaliśmy porozumienie o realizacji wspólnych zadań. Historia jest tak bogata, że każdy z nas ma przestrzeń do działania. Chcemy pokazać historię polskiego podziemia przez pryzmat chwały polskiego oręża, pragniemy przypomnieć o ludziach, których walka i ofiara miały głęboki sens. Oni chwycili za broń w obronie podstawowych wartości. Byli przekonani, że muszą dać świadectwo, żeby przyszłe pokolenia miały wzorce, z których będą mogły czerpać. Trzeba pokazać bohaterstwo synów i córek Polski, dzięki którym odroczona została ostateczna rozprawa z Kościołem czy próba kolektywizacji wsi, która później nie miała już szans powodzenia. Jestem przekonany, że bez ofiary złożonej przez uczestników podziemia antykomunistycznego Naród Polski poniósłby większe straty, które wpisane są w ideologię komunistyczną od zarania opartej na idei walki klasowej. Rządy komunistyczne, gdziekolwiek by nie istniały, gruntowały się na prześladowaniu i unicestwianiu rzeczywistych i domniemanych przeciwników tzw. władzy ludowej.

A co z finansami?

– Jesteśmy współprowadzeni przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego – umowę podpisaliśmy w marcu ubiegłego roku. Otrzymaliśmy 35 mln zł na jego budowę.

Muzeum ma ruszyć 1 marca przyszłego roku, ale dziś już można Państwa odwiedzić?

– Brama muzeum jest otwarta dla zwiedzających. Wiosną i jesienią przyjeżdżają do nas nawet 100-osobowe wycieczki szkolne. Uczniowie chcą poznać areszt, a także historię regionu. My również, w miarę możliwości, jeździmy do szkół i przeprowadzamy takie lekcje, łącząc te wyjazdy ze zbieraniem pamiątek i świadectw po żołnierzach podziemia niepodległościowego.

Jak wyglądać będzie w Ostrołęce świętowanie Narodowego Dnia Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” 1 marca?

– Planujemy Bieg Tropem Wilczym, przemarsze ulicami miasta, koncert, ale też sztuki teatralne. Z wszystkimi artystami trwają jeszcze rozmowy. W ubiegłym roku wydarzenia związane z tym Dniem trwały przez cały tydzień.

Dziękuję za rozmowę.

Drogi Czytelniku,

zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym

Karolina Goździewska