• Środa, 20 maja 2026

    imieniny: Bazylego, Bernardyna

Rozpaczliwy akt kampanii wyborczej Tuska

Sobota, 4 lutego 2017 (13:27)

Ze Stanisławem Ożogiem, posłem do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Unijni przywódcy na nieformalnym szczycie Rady Europejskiej na Malcie przyjęli plan, który ma ograniczyć rosnącą migrację na szlaku śródziemnomorskim z Afryki. Priorytetem ma być współpraca z Libią i walka z przemytnikami. Mamy powtórkę scenariusza tureckiego, ale czy to dobry pomysł?

– W tej chwili sytuacja jest gorsza niż przed rokiem, kiedy weszło w życie porozumienie Unii Europejskiej z Turcją w sprawie migrantów. Politycy oraz eksperci przewidywali, i to jest ciągle aktualne, że w 2017 r. będziemy mieli do czynienia z imigracją w znacznie większym zakresie niż do tej pory z kierunku libijskiego. To oznacza przerzuty ludzi przez Morze Śródziemne przede wszystkim z Afryki Północnej. Mam nadzieję, że wariant turecki i porozumienie, które nie funkcjonowało, więcej się nie powtórzy, zaś ten, którego zwą „cesarzem” Europy, a który przyczynił się do tego, że miliardy euro praktycznie zostały wyrzucone w błoto, znajdzie swoje miejsce gdzie indziej.

Czy politycy unijni zdają sobie sprawę z tego, jak poważny jest ten wciąż nierozwiązany problem migracyjny i czy nie są to tylko kolejne doraźne rozwiązania?

– Mam nadzieję, ale jest to tylko nadzieja, że ten problem został wreszcie dostrzeżony. Od wyborów w Parlamencie Europejskim minęło dopiero niewiele ponad dwa tygodnie, ale w swoim pierwszym wystąpieniu nowy przewodniczący PE Antonio Tajani powiedział o swoich priorytetach, jeśli chodzi o problemy europejskie i świata. Jednym z nich była kwestia migracji, dlatego mam nadzieję, że najbliższe posiedzenia plenarne PE oraz działania Rady Europejskiej będą nakierowane na rozwiązania tego głównego problemu Europy.

Tylko czy Antonio Tajani w swoich działaniach będzie miał wsparcie ze strony chociażby Donalda Tuska?   

– Wydaje się, że wszyscy rozsądnie myślący politycy Europy, i nie tylko Europy, po ostatnich wyczynach Donalda Tuska w końcu przejrzeli na oczy. Mam tu na myśli list do przywódców 27 państw Unii Europejskiej i krytykę pod adresem administracji prezydenta Stanów Zjednoczonych. Jego działania szkodzą Polsce.

Kto jest większym zagrożeniem dla Europy Donald Trump, jak wietrzy Donald Tusk, czy może obecne kierownictwo UE?

– Donald Trump jest szansą dla Stanów Zjednoczonych i tak to odczytali wyborcy, powierzając mu urząd prezydenta. Co istotne, społeczeństwo amerykańskie wybrało na swego przywódcę nie polityka z doświadczeniem na jakimkolwiek szczeblu, ale przedsiębiorcę, miliardera, obdarzając go zaufaniem. Amerykanie oczekują od swojego prezydenta, że będzie realizował zadania zgodne z interesem Stanów Zjednoczonych. Jak pokazują pierwsze dni prezydentury, Donald Trump jest konsekwentny w realizacji swoich zapowiedzi z kampanii wyborczej. I tak idea Transatlantyckiego Porozumienia Handlowo-Inwestycyjnego (TTIP) między Stanami Zjednoczonymi a Unią Europejską, którego się obawialiśmy, najprawdopodobniej zostanie wysadzona w powietrze. Mamy również zapowiedź rewizji Północnoamerykańskiego Układu Wolnego Handlu (NAFTA), zawartego jeszcze w latach 90. pomiędzy Kanadą, Meksykiem i Stanami Zjednoczonymi. Chcę przez to powiedzieć, że prezydent Trump i Stany Zjednoczone nie były, nie są i nie będą zagrożeniem dla Europy. Z zobowiązań, które zostały podjęte dziesiątki lat temu, ale też z tych niedawnych, Donald Trump się nie wycofuje. Mam tu na myśli kwestie bezpieczeństwa w ramach Sojuszu Północnoatlantyckiego. Również jeśli chodzi o priorytety nowej administracji amerykańskiej, to w dużej mierze pokrywają się one z interesami Europy. Tak więc zagrożeniem dla Europy nie jest prezydent Trump, ale zagrożeniem samym w sobie jest Europa i unijni przywódcy, dla których dobro Europy nie jest celem nadrzędnym. Ruchy lewackie, których dominacja, mam nadzieję, powoli dobiega końca, na razie są także poważnym zagrożeniem dla Europy.          

Pana zdaniem Donald Tusk, który chce pozostać na stanowisku szefa Rady Europejskiej, dąży do konfrontacji z przywódcą najpotężniejszego państwa na świecie?

– To, że Tusk kandyduje, to jedno, ale to, czy jego kandydatura zostanie zaakceptowana, to drugie. Chcieć, nie zawsze znaczy móc. Natomiast w liście, jaki wystosował, postawienie w jednym rzędzie islamskiego terroryzmu i prezydenta Stanów Zjednoczonych jest nie tylko kompletnym brakiem wyczucia, ale też brakiem instynktu politycznego. Przypomnę, że żona Tuska widziała w polityce międzynarodowej jednego Donalda, tyle że nie jest nim Donald Tusk. Tusk zachowuje się w myśl zasady „tonący brzytwy się chwyta” i takimi „oryginalnymi” stwierdzeniami usiłuje zwrócić na siebie uwagę przywódców państw UE, a tym samym wywalczyć dla siebie reelekcję na stanowisku szefa Rady Europejskiej. Jest to zatem rozpaczliwy akt kampanii wyborczej.   

Prezydent Trump wie już, kto to jest Donald Tusk? Ostatnio zdaje się miał kłopot z rozróżnieniem szefa Rady Europejskiej Tuska od szefa Komisji Europejskiej Junckera?

– Nie sądzę, żeby wiedział, czy chciał wiedzieć. Kim bowiem dla prezydenta Donalda Trumpa jest Donald Tusk? Owszem Donald Trump może chcieć posiąść wiedzę o poszczególnych przywódcach państw europejskich, z którymi będzie chciał realizować wspólną politykę gospodarczą czy obronną. Natomiast dla prezydenta Stanów Zjednoczonych żadnym partnerem na żadnej płaszczyźnie nie jest Donald Tusk.

Jak list Tuska, jego diagnozy, ton, a przede wszystkim język, w którym został napisany, przypominający nieco wystąpienia I sekretarzy KC PZPR, jest odbierany w Parlamencie Europejskim?

– W Parlamencie Europejskim, z którego właśnie wróciłem, ten list był niezauważony, a tym samym w ogóle nie jest komentowany. Natomiast dobrze znany z przeszłości ton „wicie rozumicie” jest taki sam, jakiego Tusk przywykł używać w ostatnich latach. Proszę tylko spojrzeć na przekrój większości przywódców krajów UE, można zauważyć lewicowość w wydaniu właśnie okresu słusznie minionego. Tyle tylko że Europa – na całe szczęście – się budzi i wraz z tym przebudzaniem dostrzegamy w wielu krajach Unii ruchy w kierunku zmian, czego przejawem jest wybór na przewodniczącego PE Antonio Tajaniego i prezydium PE.    

W jakim świetle ten list Donalda Tuska stawia przyszłość relacji na linii UE – Stany Zjednoczone?

– Nie sądzę, żeby ten list był poważnie potraktowany przez administrację Białego Domu. W najbliższym czasie zbliżenia relacji UE – Stany Zjednoczone osobiście nie przewiduję. Oczywiście należy się spodziewać rozwijania polityki dwustronnej Stanów Zjednoczonych z poszczególnymi krajami UE, natomiast nie przewiduję – przynajmniej w najbliższych latach – czegoś w rodzaju ponadnarodowego porozumienia między UE a Stanami Zjednoczonymi.   

Premier Beata Szydło jeszcze przed wyjazdem na maltański szczyt, komentując list Donalda Tuska, stwierdziła, że Polska sprzeciwia się takiemu pojmowaniu relacji między UE a Stanami Zjednoczonymi…

– Obecny polski rząd odrzuca projekt czy też formułę funkcjonowania UE jako „Stanów Zjednoczonych” Europy. Polska widzi UE jako wspólnotę niezależnych, suwerennych, niepodległych państw, narodów. I osobiście przewiduję – jeśli chodzi o sprawy gospodarcze – że w tym obszarze również należy się spodziewać porozumienia między Stanami Zjednoczonymi a poszczególnymi krajami, ale nie jako porozumienie zawarte między Stanami Zjednoczonymi a KE czy w ogóle UE ponad głowami czy interesami poszczególnych narodów.

Jaka jest przyszłość UE bez Wielkiej Brytanii, która nie brała już udziału w drugiej części szczytu maltańskiego?

– O przyszłości Wielkiej Brytanii zdecydowali obywatele tego państwa, a Brytyjska Izba Gmin zezwoliła rządowi na rozpoczęcie procesu wychodzenia Wielkiej Brytanii z UE. Natomiast pomijając czynniki czysto ekonomiczne i skutki finansowe Brexitu, a przypomnę tylko, że PKB Wielkiej Brytanii jest jednym z najwyższych na świecie, co przekładało się także na składki tego kraju do wspólnej unijnej kasy, musimy również brać pod uwagę także to, jaką politykę prowadziła i chciała dalej prowadzić Wielka Brytania w UE. Za rządów premiera Dawida Camerona Wielka Brytania domagała się – i słusznie – strukturalnych reform UE. I tylko dlatego, że tych reform nie było, co więcej nawet nie było widoku takich reform, decyzja Brytyjczyków o wystąpieniu z UE była taka, a nie inna. Wraz z wyjściem Wielkiej Brytanii Polska traci potężnego sprzymierzeńca i sojusznika, jeśli chodzi o wizję przyszłej UE.

Ewentualna wygrana Marine Le Pen w wyborach prezydenckich we Francji może oznaczać koniec UE, przynajmniej w dotychczasowej formule?  

– Unia w obecnym kształcie zbyt długo nie pociągnie. Należy się spodziewać, że dojdzie do rozpadu strefy euro. W tej chwili strefa euro – czyli 17 państw – doskwiera nie tylko południowym krajom takim jak Portugalia, Hiszpania, Włochy czy Francja. Ze względu na kryzys finansowy, ale też gospodarczy, zaczyna również doskwierać bogatym krajom północnej części UE, przede wszystkim zaś Niemcom. I to właśnie w Niemczech coraz głośniejsze są ruchy zmierzające do wyprowadzenia Niemiec ze strefy euro, czego konsekwencją byłoby wystąpienie z UE. Ten rok będzie szczególny, bo rok wyborczy w Niemczech, ale też we Francji i we Włoszech. I może dojść do sytuacji, że zapadną decyzje o referendach. Gdyby w większości państw członków UE przeprowadzić w tym roku referenda o pozostaniu bądź wyjściu z UE, to podejrzewam, że byłyby one skuteczne i przesądziłyby o opuszczeniu szeregów Wspólnoty. Jeśli zaś chodzi o wspomnianą przez pana Francję, to, nie daj Boże, żeby wygrała Marine Le Pen.

To w takim razie kto…?     

– Wybory we Francji mogą przynieść opłakane skutki dla tego kraju, ale także dla przyszłości Europy czy w ogóle świata. Marine Le Pen osobiście poznałem w PE i muszę powiedzieć, że nie jest to typ rozważnego, przewidywalnego polityka, a tym bardziej przywódcy państwa. Natomiast obawiam się dojścia do głosu – zresztą nie tylko we Francji – sił skrajnie prawicowych, żeby nie powiedzieć nacjonalistycznych. To, co dzisiaj mamy we Francji i w innych krajach Europy, to na taki stan usilnie przez lata pracowali poprzedni liderzy, ale też i obecni liderzy UE. Niemałe zasługi na tym polu ma także Donald Tusk i to zarówno jeśli chodzi o Brexit, jak i kryzys migracyjny i w ogóle sytuację, w jakiej znalazła się Europa.

Przed wspomnianymi przez Pana wyborami w Niemczech w przyszłym tygodniu – we wtorek – Polskę odwiedzi kanclerz Angela Merkel.   

– To kanclerz Merkel zabiegała o spotkanie z prezydentem Andrzejem Dudą. Zależy jej także na spotkaniu z premier Beatą Szydło. Powodem są – zresztą Angela Merkel tego nie ukrywa – wybory. Kanclerz Niemiec próbuje zmienić kierunek i podejście do kwestii imigracji, a w związku z tym polityka polskiego rządu już jej tak nie razi, jak to było jeszcze niedawno, a wręcz podejście Polski do tych spraw zaczyna jej odpowiadać. Przyjeżdżając do Polski, chce pokazać, że nagle zmienia front, politykę Niemiec i Niemców w podejściu do Polski i Polaków jako partnerów i chciałaby, aby zarówno Polska, jak i Europa odniosły takie wrażenie.

A zatem ma to być tylko gest na potrzeby kampanii wyborczej w Niemczech…? 

– Owszem. Dlatego obawiam się szczerości tej polityki w wydaniu kanclerz Angeli Merkel. Proszę tylko spojrzeć, co się dzieje, jeśli chodzi o gazociągi Nord Stream czy Opal, gdzie depcze się unię energetyczną czy zapisy Traktatu o UE, dostrzegając jedynie interesy Niemiec – zupełnie pomijając zasadę solidaryzmu i lekceważąc tym samym interesy narodów Europy Środkowo-Wschodniej na czele z Polską. W tej sytuacji trudno doszukiwać się szczerości niemieckiej kanclerz, której podobnie jak Tuskowi zależy tylko na reelekcji.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki