• Środa, 20 maja 2026

    imieniny: Bazylego, Bernardyna

Mataczenie jest skazane na klęskę

Środa, 1 lutego 2017 (11:22)

Z prof. Janem Żarynem, historykiem, wykładowcą z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, senatorem Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Prezes IPN zaapelował do PAP, aby odnalazła i upubliczniła oświadczenie Wałęsy z 4 czerwca 1992 r., kiedy przyznaje się, że „coś tam podpisał”, do współpracy z SB, które jednak zostało wycofane i nigdy nie było opublikowane. Co powodowało Lechem Wałęsą, że najpierw się przyznał, po czym się wycofał?

– To dobre pytanie, ale odpowiedź będzie bardziej politologiczna niż historyczna. Przede wszystkim należy przypomnieć, jaka była kondycja rządu premiera Jana Olszewskiego. Mianowicie rząd Olszewskiego już wówczas, a więc w czerwcu 1992 r. stawał się rządem de facto mniejszościowym, natomiast większość, ze względu na brak spoistości we własnych szeregach, w gruncie rzeczy nie była w stanie go obalić. Niemniej jednak to uchwała lustracyjna, która została podjęta przez ówczesny parlament na wniosek posła Janusza Korwin-Mikkego, scementowała tę szeroko pojętą opozycję przeciw rządowi premiera Olszewskiego, który zadeklarował, że podejmuje się wywiązania z tejże uchwały sejmowej. I rzeczywiście ówczesny szef MSW Antoni Macierewicz 4 czerwca 1992 r. przygotował dwie listy: dłuższą i krótszą – dwunazwiskową, na której było też nazwisko Lecha Wałęsy. Na tych listach znalazły się nazwiska osób zarejestrowanych jako TW czy, jak powiedzielibyśmy dzisiaj szerzej, osobowe źródła informacji. Miała być powołana specjalna komisja na czele z prof. Adamem Strzęboszem, która miała się podjąć ustalenia, w jakiej mierze te zapisy oddawały prawdę o współpracy danej osoby, a w jakiej mierze były to tylko zapisy SB niepotwierdzone w dokumentach, że autentycznie nastąpił fakt podjęcia i prowadzenia współpracy.

Tyle tylko, że ta procedura nie została wdrożona…            

– Nie doszło do całej tej procedury wyjaśniającej, do wyjaśnienia, jak wyglądała rzeczywistość historyczna, a zblokowana opozycja pod przewodnictwem ówczesnego prezydenta Lecha Wałęsy, który się zorientował, że jest na tej krótkiej liście agentów, podjęła decyzję, aby oskarżając rząd premiera Olszewskiego o zamach stanu, dokonać szybkiej dymisji tegoż gabinetu i natychmiast przejąć władzę. Jedyne, co wiązało te wszystkie ugrupowania, to obawa i lęk przed skutkami ujawnienia materiału, który został wówczas przekazany posłom przez min. Antoniego Macierewicza. I myślę, że właśnie w tym kontekście należy szukać odpowiedzi na pytanie: dlaczego z jednej strony Lech Wałęsa, kierując się wiedzą o swoim własnym życiorysie, zdecydował się na poinformowanie PAP w krótkim okresie czasowym, bo bodajże trwało to zaledwie kilka minut , że rzeczywiście – jak to wówczas określił – „coś tam podpisał”. Ponadto ktoś musiał go przekonać, żeby to oświadczenie wycofać i stanąć na czele opozycji sejmowej, która – jak to zostało pokazano w filmie Jacka Kurskiego „Nocna zmiana” – obaliła rząd.

Dlaczego Wałęsa się wycofał z tego oświadczenia…?

– Wszystko wskazuje – i jest to oczywiście hipoteza – na to, że już wówczas Wałęsa otrzymał gwarancję, że jego przypadek nigdy nie zostanie ujawniony. Naiwność co najwyżej Lecha Wałęsy polegała na tym, że nikt – na całe szczęście – nie miał wówczas – nawet w państwie totalitarnym, a tym bardziej w państwie demokratycznym, tyle siły, żeby wypełnić to ewentualne zobowiązanie, które wobec Wałęsy zostało złożone. Tak podejrzewam. I rzeczywiście kolejne lata 90. świadczyły o wypełnianiu tej bezkarnej polityki doprowadzenia do niszczenia akt zarówno podczas przeszukania u jednego z dawnych oficerów SB, jak i przejęcia tej dokumentacji ostatecznie także przez Lecha Wałęsę oraz zniszczenia przez niego części tych dokumentów, a także próby bardzo jednoznacznego korzystania z prawa stanowionego jako zasłony, która miałaby legitymizować rzekomy brak współpracy Wałęsy z SB; to wszystko skłania do stwierdzenia, że rzeczywiście wielkie siły zostały uruchomione na rzecz zagwarantowania byłemu prezydentowi bezkarności i tego, że treść tej dokumentacji, która świadczyła o jego współpracy z SB w latach 1970-1974, nigdy nie zostanie ujawniona. To jest oczywiście domniemanie wynikające z rozumienia rzeczywistości zewnętrznej, czyli po przejawach.

Po przejawach, czyli…?        

– Te przejawy to m.in. ustawa lustracyjna, a później wyrok przed sądem lustracyjnym, który jednoznacznie zaświadczał, że Lech Wałęsa nie był TW, mimo iż sąd wówczas nie miał takiej wiedzy, bo nie mógł jej mieć, tym niemniej zawyrokował tak, jakby tę wiedzę posiadał. Z kolei później, kiedy Wałęsa starał się o status osoby pokrzywdzonej, decyzja Trybunału Konstytucyjnego pozwalająca osobie, która pozytywnie przeszła przez sąd lustracyjny i była kandydatem na urząd prezydenta RP otrzymać tenże status pokrzywdzonego, mimo iż ustawa o IPN inaczej kwalifikowała TW niż kwalifikacja, która była w ustawie lustracyjnej, w mojej ocenie była zastosowana tylko po to, żeby Lech Wałęsa mógł otrzymać status pokrzywdzonego. Zresztą skutkowało to tym, że ten status stracił rację bytu, bo każdy od tej pory de facto mógł się ukryć ze swoim życiorysem, jeśli miał odpowiednio dużą władzę. Stąd zresztą z uwagi na kompromitację tego statusu pokrzywdzonego w najbliższej możliwej nowelizacji ten status został uchylony. Trzeba też powiedzieć, że mimo wielkich starań ta siła, która podtrzymywała Wałęsę w mijaniu się z prawdą, jednocześnie – na całe szczęście – okazała się siłą mniejszą. Dzięki temu się udało. Szczególne zasługi położył tu IPN z okresu, kiedy prezesem był śp. Janusz Kurtyka, który podjął decyzję, aby nie poddać się tej lawinie próbującej przykryć prawdę o Lechu Wałęsie i doprowadził do tego, że Sławomir Cenckiewicz i Piotr Gontarczyk w 2008 r. mogli wydać książkę pt. „SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii”, która bez wątpienia była przełomowa, jeśli chodzi o rozpoznanie dokumentacji szczątkowej z racji wcześniejszych działań różnych sił i osób. Mimo to nawet te szczątkowe dokumenty pozwoliły na wypracowanie tezy dotyczącej podjęcia i kontynuowania współpracy z SB przez Lecha Wałęsę od grudnia 1970 r. do 1974 r. Dziś, po zaprezentowaniu opinii biegłych z Instytutu Ekspertyz Sądowych im. prof. Jana Sehna w Krakowie w sprawie dokumentów teczki personalnej i teczki pracy TW „Bolek”, można powiedzieć, że mamy ostatnią informację spinającą wszystkie działania na rzecz prawdy historycznej, która ostatecznie na naszych oczach okazała się zwycięska. Jednocześnie jest to także dobra lekcja wychowawcza dla wszystkich uczestników życia publicznego, którzy chcieliby mataczyć i zmieniać fragmenty swego życiorysu, a mianowicie, że to mataczenie, choć z pozoru może się wydawać zwycięskie, to ostatecznie jest skazane na klęskę.

Panie Profesorze, czy możemy powiedzieć, że Lech Wałęsa to także postać dramatyczna?        

– W pewnym sensie tak. Wałęsa to postać dramatyczna, dlatego że bez wątpienia chcielibyśmy go pamiętać tylko i wyłącznie z tych obrazów, które powinny pozostać w naszej świadomości. Niestety za sprawą samego Lecha Wałęsy te obrazy niestety nie mogą pozostać jako jedyne. Te obrazy, które także powinny nam towarzyszyć przy nazwisku Lech Wałęsa, to moment podpisywania Porozumień Sierpniowych w 1980 r., jego wejście na samochód i wyciągnięte ręce w geście tryumfu, kiedy informował, że mamy wreszcie niezależne, samorządne związki zawodowe. Taki moment utrwalony w świadomości opinii publicznej to również debata Wałęsa – Miodowicz, gdzie osoba mówiąca prawdę wygrywa z osobą – Miodowiczem, który musi kręcić i w związku z tym mataczeniem nie jest w stanie dotrzeć do opinii społecznej. W końcu Lech Wałęsa jako bez wątpienia ten, który przewodniczy stronie solidarnościowej w pierwszych aktach odradzania się Rzeczypospolitej – czyli Okrągły Stół, wybory czerwcowe czy wybory prezydenckie w 1990 r. To wszystko to jest katalog – można powiedzieć – obrazów Lecha Wałęsy, które nadal powinny funkcjonować, ale tak jak wspomniałem wcześniej, sam Lech Wałęsa je przykrył swoją działalnością agenturalną, a także swoimi działaniami z 1992 r. i późniejszymi.

Osobna część teczek „Bolka” Wałęsy dotyczy 29 donosów. Co spotykało ludzi – kolegów Wałęsy, na których donosił?

– Fakty donosów były już wcześniej znane historykom. I tu nie ma nowych informacji z punktu widzenia jakości dokumentów, które zostały ujawnione przez fakt istnienia tzw. teczki Kiszczaka. Z tego, co mi wiadomo, zdecydowana większość dokumentów została odnaleziona czy reaktywowana w 2008 r. przez Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka. Według ustaleń tych historyków, nie było wątpliwości, że w 1970 r. Lech Wałęsa nie tylko że został zarejestrowany jako TW „Bolek” i wypełniał tę funkcję do 1974 r., i dokumenty, które są w tzw. teczce Kiszczaka, stanowią jedynie materiał uzupełniający dotychczasowe ustalenia badawcze. Ludzi skrzywdzonych przez Wałęsę, jego kolegów ze stoczni było wielu, ale szczególnie upatrzył sobie kilku, jak np. Kazimierz Szołoch – współzałożyciel Komitetu Strajkowego w Stoczni Gdańskiej, jeden z przywódców Grudnia '70, który był szykanowany i zwalniany z pracy po donosach Wałęsy. Podobnie Józef Szyler, który pracował na wydziale elektrycznym w Stoczni Gdańskiej, uczestnik Grudnia '70. Na skutek donosów „Bolka” znalazł się na liście do wyrzucenia z pracy, a nawet wysiedlenia z ówczesnego woj. gdańskiego. Pytanie – dlaczego tak długo nie zastanawialiśmy się nad losem osób, które na skutek donosów „Bolka” były inwigilowane, podczas gdy w innych przypadkach było to oczywiste. Trudno dziś opisać cierpienia ludzi, na których donosił Wałęsa, z których wielu już teraz nie żyje. Prawda jest taka, że empatia powinna być skierowana przede wszystkim w stronę zrozumienia ofiary systemu, a nie tylko w kierunku tych, którzy ten system w ten czy inny sposób wspierali czy to jako oficerowie SB, czy też traktowani przez nich jako narzędzia informatorzy. Tymczasem w przypadku Wałęsy empatia była po stronie Wałęsy, a nie po stronie tych, na których donosił.

Czy potwierdzenie, że Wałęsa to TW „Bolek”, zamyka dyskusję na ten temat i czy w związku z tym wiedza o najnowszej historii Polski będzie wymagała korekt?

– Z punktu widzenia historycznego jest to koniec pewnego etapu, który jest o tyle ważny, że jak wspomniałem, daje on możliwość pisania o życiu i działalności Lecha Wałęsy całej prawdy i tylko prawdy. Każdy, kto podejmie się próby takiego opisu, nie powinien się czuć narażony na sankcje płynące ze strony wymiaru sprawiedliwości w niepodległym państwie polskim tylko dlatego, że odważył się pisać prawdę o Lechu Wałęsie. I tak jak to było jeszcze do niedawna, że osoby podejmujące taki temat mogły czuć presję wymiaru sprawiedliwości, to mam nadzieję, że od dziś już tej presji nie ma i nie będzie. W tym sensie jest to rzeczywiście dzień bardzo ważny.

Co powoduje Wałęsą, że cały czas idzie w zaparte, zaprzeczając swojej agenturalnej przeszłości? 

– Moim zdaniem, Lech Wałęsa zaprzeczał nie dlatego, że był do tego przymuszany przez SB w latach 70., bo bardzo wielu tajnych współpracowników zrywało później współpracę i nie była to jakaś sytuacja wyjątkowa. Przypomnę tylko 1956 r. i „ucieczkę” kilkudziesięciu tysięcy informatorów, agentów i rezydentów, którzy byli w strukturach zarejestrowani w okresie stalinowskim, a którzy dzięki odwilży urwali się funkcjonariuszom i trzeba było od początku odbudowywać tę całą siatkę komunistycznej agentury. Dlatego nie sądzę, żeby to było powodem, że Lech Wałęsa tak długo zaprzeczał i zaprzecza do dzisiaj temu, że w latach 70. współpracował z SB. I jak sądzę, odpowiedzi na pytanie dlaczego, trzeba szukać w latach 90., bo to wtedy zapadła decyzja, że będzie się mijał z prawdą.

Od kogo Wałęsa mógł otrzymać gwarancję nietykalności?         

– To jest dobre pytanie. Mam nadzieję, że kiedyś historycy i politolodzy sobie to pytanie zadadzą i zaczną w tym kierunku prowadzić badania naukowe. Niekoniecznie dzisiaj, ale jest to kwestia przyszłości.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki