• Środa, 20 maja 2026

    imieniny: Bazylego, Bernardyna

Bez zwiększenia puli pieniędzy nic się nie zmieni

Niedziela, 1 stycznia 2017 (21:07)

Ze Zdzisławem Szramikiem, wiceprzewodniczącym Zarządu Krajowego Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Panie Doktorze, jaki był miniony rok w ochronie zdrowia?

– Jeśli miałbym odpowiedzieć jednym słowem, to powiedziałbym, że był to rok stracony. Zresztą jak wiele poprzednich. Niestety, nie zarysowała się żadna droga, nie widać też światełka w tunelu, a wszystko to zebrane do kupy pokazuje, że ten rząd, jeśli chodzi o politykę zdrowotną, właściwie uprawia czy też kontynuuje politykę poprzedników. Kiedyś użyłem takiego sformułowania, że w siedzibie resortu zdrowia, na Miodowej, stara płyta gra i to niestety jest prawda. Mamy bowiem powtarzanie tych samych komunałów, utartych zwrotów bez znaczenia i odkładanie w czasie stworzenia prawdziwego, wydolnego systemu ochrony zdrowia opartego na normalnych, racjonalnych zasadach, na dobrej organizacji i dobrym finansowaniu. To wszystko sprawia, że system ochrony zdrowia oparty na zdrowych racjonalnych zasadach, który będzie służył społeczeństwu, jest niestety ciągle daleko przed nami.  

Jak ocenia Pan program darmowych leków dla pacjentów, zwłaszcza że wśród samych zainteresowanych zdania są podzielone?

– Przede wszystkim sama ustawa refundacyjna to jest jeden wielki skandal. Chodzi o to, że chcemy refundować leki, które są tanie albo powoli wychodzą z użytku, bo pojawiły się leki nowsze, skuteczniejsze i lepsze, natomiast nie refundujemy tych leków, które ratują życie, leczą np. choroby nowotworowe. W leczeniu chorób nowotworowych wciąż obowiązuje zasada, że musi się pogorszyć – czyli że musi być bardziej zaawansowana choroba – żeby dany lek był refundowany, co w założeniu jest chore i choć każdy o tym wie od dawna, to nic nie zrobiono w kierunku, aby to zmienić. Obecny minister zdrowia Konstanty Radziwiłł – jeszcze niedawno – ramię w ramię z Ogólnopolskim Związkiem Zawodowym Lekarzy walczył przeciwko wprowadzeniu ustawy refundacyjnej, a kiedy zasiadł na fotelu ministra, to od roku nie zrobił w zasadzie nic, żeby zmienić złe prawo.

O czym to świadczy…?       

– To świadczy, że decyzje zapadają nie w resorcie zdrowia, a gdzie indziej, a minister zdrowia tylko je firmuje swoim nazwiskiem, a w razie potrzeby „daje głowę”. I to też jest chore, bo nie powinno być tak, że firmuje się cudze decyzje, co więcej ponosi się za nie konsekwencje.

W lipcu tego, 2017 roku ma wejść w życie ustawa o sieci szpitali. Możemy się spodziewać rewolucji czy może raczej klapy?

– To jest kolejny slogan reklamowy, który nic nie znaczy i de facto niczego nie zmienia. Cóż bowiem zmieni utworzenie sieci szpitali – nic. Będą opłacane tylko większe, strategiczne szpitale, a dla tych mniejszych czy mniej ważnych zwyczajnie nie starczy pieniędzy. Tak było czy jest obecnie. Na przykład takim szpitalem strategicznym na Podkarpaciu jest Kliniczny Szpital Wojewódzki nr 2 im. św. Jadwigi Królowej Polski w Rzeszowie, w którym pracuję, i ten szpital też ma ciągle długi. I jeśli zacznie funkcjonować ustawa o sieci szpitali, to placówka ta podobnie jak inne nadal będzie miała długi. Jest to zatem tylko mydlenie oczu, gra na zwłokę i marnowanie czasu oraz szans. Tak czy inaczej jest to budzenie w ludziach nadziei, które się nie ziszczą, nie łudźmy się. Panie redaktorze, za długo pracuję w służbie zdrowia, co więcej śledzę wszystkie wydarzenia, żeby się dać nabrać. Niestety, wielu ludzi, którzy tylko z zewnątrz patrzą na ten sektor, nie wie, jak ten system jest skonstruowany, nie jest w stanie śledzić tego ciągłego mieszania w tym kotle. Powiem więcej, że również wielu posłów na Sejm nie jest zorientowana, jak ta machina funkcjonuje, stąd wszyscy z nadziejami patrzą na zapowiedzi, tym samym dając się zwodzić tej czy innej władzy, która kupuje sobie czas. 

Nielimitowane usługi zdrowotne, żeby zbytnio nie obciążały budżetu, mają być wyłączone z ogólnej puli świadczeń. To Pana zdaniem krok w dobrym kierunku?

– To jest tylko kolejna proteza, która ma postawić kulawego na nogi. To udawanie czegoś, czego nie ma – tak jak z pakietem onkologicznym, który ma umożliwić leczenie bez kolejki chorym pacjentom, którzy siłą rzeczy wypychają z kolejki innych. Jeśli bowiem będą pieniądze na sfinansowanie procedur nielimitowanych, to oznacza, że zabraknie ich gdzie indziej, że płatnik nie zapłaci za coś innego – taka krótka kołdra. Bez zwiększenia puli pieniędzy nic się nie zmieni. To jest tak jak z herbatą, gdzie od mieszania w szklance bez dodania cukru nie zmieni się jej smaku. Obawiam się, że w dalszym ciągu czeka nas dziadostwo i klepanie biedy. Cóż to są procedury ponadlimitowe…? To jest pojęcie stworzone przez NFZ, które nie ma żadnego odzwierciedlenia w rzeczywistości, a służy jedynie temu, żeby Fundusz mógł bezkarnie nie płacić za wykonane świadczenia zdrowotne.

Jakie zatem są oczekiwania lekarzy od kierownictwa resortu zdrowia w nowym 2017 r.?

– Nasz postulat czy nasze oczekiwanie jest ciągle takie samo, a mianowicie, żeby zbilansować bardzo szeroki koszyk usług gwarantowanych – bezpłatnych – z nakładami. Jeśli bowiem nie będzie pieniędzy, to nie ma o czym mówić, a jeśli ktoś uważa inaczej, to jest nieuczciwy. Niestety, obecny rząd nic w tej materii nie zmienił. Przynajmniej do tej pory obecna ekipa nie zrealizowała zapowiedzi z kampanii wyborczej, kiedy mogliśmy usłyszeć, że lekarze i pielęgniarki powinni dobrze i bardzo dobrze zarabiać. Ta deklaracja została rzucona na wiatr, a pacjentów jak się oszukiwało dawniej, tak się oszukuje nadal. Tyle tylko, że konsekwencje tych niespełnionych obietnic ponoszą nie minister czy dyrektor szpitala, ale pozostający na pierwszej linii frontu lekarze i pielęgniarki, do których kierowane są pretensje. I to jest – jak sądzę – największy minus resortu zdrowia, ale też całego rządu, który odpowiada także za stan ochrony zdrowotnej Polaków. Obietnica, że wszyscy będą objęci czy też uprawnieni do bezpłatnych świadczeń zdrowotnych też jest nadużyciem, żeby nie użyć słowa „oszustwo”, bo jak wspomniałem wcześniej, nie wystarczy pieniędzy dla tych, którzy opłacają składki na ubezpieczenie zdrowotne. Jeśli w tej sytuacji dojdą kolejni goście do pustego stołu, to wszyscy będą głodni. I to jest skandal, bo nie da się dzielić w nieskończoność czegoś, czego nie ma. Ponadto jest to działanie mało edukacyjne, ponieważ jeśli wszyscy – nawet ci, którzy nie płacą, będą objęci bezpłatną opieką zdrowotną, to wśród opłacających składki rodzi się pytanie, po co mamy płacić, skoro i tak mamy zagwarantowane usługi. Dlatego uważam, że jest to kolejny nonsens na drodze donikąd.

Ostatnio szef OZZL Krzysztof Bukiel wystosował list otwarty do premier Szydło, list krytyczny, w którym wskazuje, że tym, co zawodzi w reformowaniu służby zdrowia, jest państwo. To dosadne stwierdzenie…

– Nie wiem, czy dosadne, ale z całą pewnością jest to trafne stwierdzenie. Przecież to nie kto inny jak państwo reguluje wszystkie parametry systemu ochrony zdrowia, o ile w ogóle  można to nazwać systemem. Niemal wszystkie zakłady świadczące usługi mają długi, z wyjątkiem tych, których pozycja jest uprzywilejowana, i tak to funkcjonuje. Ponadto państwo daje obietnice bez pokrycia, bo obiecuje wszystkim bezpłatny dostęp do świadczeń, którego tak naprawdę nie ma. Tak jest np. ze znieczuleniem przy porodzie, które jest procedurą nielimitowaną (ponoć), a co za tym idzie powinno być dostępne w każdym szpitalu. Pytanie, czy jest, bo np. w szpitalu, w którym ja pracuję, który jest największą placówką na Podkarpaciu nie ma! Poród ze znieczuleniem jest praktycznie nieosiągalny. Tymczasem – jak wspomniałem – jest to procedura oficjalnie wpisana jako prawo rodzącej pacjentki. Ten przykład tylko potwierdza, że mamy slogany, obietnice, za którymi nic konkretnego nie idzie.

Pozostaje jeszcze kwestia młodych lekarzy rezydentów, których wynagrodzenia pozostawiają wiele do życzenia. W minionym roku były protesty, co z nich wynikło?

– Lekarz rezydent jest, jakby na to nie spojrzeć, niewolnikiem systemu. Jest pracownikiem szpitala i nim nie jest, niby ma z pracodawcą umowę o pracę, ale nie może się starać o podwyżkę, bo płacącym szpitalowi za jego pracę jest minister zdrowia, który sztywno reguluje pensję rezydenta. Z drugiej strony pracodawca nie zawsze zapewnia odpowiednie warunki lekarzowi rezydentowi do realizacji programu specjalizacji. Innymi słowy, lekarz rezydent po sześciu latach trudnych, wymagających studiów, po odbyciu stażu, który też jest nisko opłacany, jest de facto tanią siłą roboczą, którą zapycha się dziury w różnych szpitalach czy klinikach, gdzie powinni dyżurować i pracować ludzie z dużym doświadczeniem, bo z reguły w tego typu placówkach są leczone najcięższe i najbardziej skomplikowane przypadki medyczne, stąd również leczenie powinno być na najwyższym poziomie. Tak czy inaczej, mimo wysiłków lekarze rezydenci otrzymali odpowiedź od ministra zdrowia, że w zasadzie to nic nie da się zrobić, że nie da się poprawić ich sytuacji materialnej.

Dlaczego opór materii jest tak duży?

– Dobre pytanie. Lekarze rezydenci spotykali się też z posłami, którym czarno na białym wykazali, jak wygląda ich sytuacja. I wprawdzie ci parlamentarzyści przyznali im rację, jednak gdy przyszło co do czego, to okazane przez nich „zrozumienie” nie miało żadnego znaczenia i nie zrobili nic, bo głosowali zgodnie z dyscypliną partyjną. W tych warunkach – niestety, ale exodus lekarzy z Polski będzie trwał, bo lekarzom – zwłaszcza młodym – odebrano wszelką nadzieję, że coś się zmieni, że ktoś w końcu pójdzie po rozum do głowy i uzna, że należy wybrać drogę dobrą, a nie drogę kłamstwa, obłudy i krętactwa. Ludzie, którzy stoją na progu swojej zawodowej drogi, nie będą tłuc głową w mur i czekać powiedzmy 20 lat, aż wreszcie ich ktoś wysłucha i choćby w jakimś małym zakresie spełni ich słuszne postulaty, które już dawno powinny być załatwione pozytywnie. Myślę, że takie podejście rządzących będzie kolejną przyczyną pogłębienia deficytu lekarzy w Polsce.

Wspomniał Pan o kosztach kształcenia rezydentów. Wygląda na to, że państwo chce mieć wykształconych lekarzy, ale nie chce partycypować w kosztach. Czy to nie paradoks…?                 

– Sam pan odpowiedział na to pytanie. To jest paradoks. Kilkudniowy kurs USG to koszt rzędu ok. półtora tysiąca złotych. Do tego dochodzą koszty dojazdu, zakwaterowania w hotelu, wyżywienia itd. I niestety młody lekarz musi na to znaleźć pieniądze. Wychodzi na to, że podobnie jak wędkarz ma sobie opłacić kartę wędkarską, tak lekarz sam ma sobie opłacić kursy, szkolenia itp. Jeśli lekarz rezydent nie ma prywatnego gabinetu, a większość skoro nie ma specjalizacji, nie może go mieć, to nawet nie może sobie odliczyć od przychodu kosztu kursów, szkoleń, zakupu książek, prasy fachowej czy internetu. Tymczasem jest rozporządzenie ministra zdrowia o kształceniu ustawicznym, które zobowiązuje każdego lekarza do pogłębiania i aktualizowania swojej wiedzy, a to kosztuje. I jeśli podczas specjalizacji trzeba zebrać rocznie 50 punktów, a taki punkt kosztuje kilkaset złotych, mnożąc to, otrzymamy sumę, jaką ten młody lekarz musi wysupłać z własnej kieszeni. Tyle tylko, że przez rok tego nie zarobi, a gdzie koszty utrzymania itd. Czy państwo w tej sytuacji jest w porządku…? Odpowiedź brzmi: Nie! Mamy sytuację, kiedy oaństwo nakłada obowiązek i powinno dać środki na ich realizację. Jest obowiązek, ale nie ma środków. Lekarz, który ma ustawowy obowiązek opłacania składek członkowskich na samorząd lekarski, nawet tego kosztu nie może sobie od swoich przychodów odjąć. A zatem jest to antylekarska polityka państwowa, która antagonizuje pacjentów. I chciałbym to wyraźnie podkreślić, że nie jest to wina tylko tego rządu, ale jest to wina wszystkich rządów – poprzednich i tego również.

Biorąc pod uwagę korzyści dla wszystkich, czy nie można byłoby coś z tym zrobić?

– Nic się z tym nie robi, bo tak można, bo jest na to przyzwolenie. Ten chroniczny brak działań naprawczych w ochronie daje korzyści dla budżetu państwa w wysokości ok. 80 milionów złotych dziennie. I to jest koszt tych wszystkich krętactw, oszustw i zwodzenia. Taki jest koszt trwania w tej chorej sytuacji. Dlatego tak długo to wszystko trwa i dlatego nic nie da się z tym zrobić. I dopóki nie znajdzie się ktoś, kto krzyknie, że dłużej tak nie można, bo jest to system nieuczciwy, niedobry, to się nic nie zmieni. 

To, że publiczna ochrona zdrowia w Polsce wymaga zmian i zdecydowanych działań, a nie retuszy, jest poza dyskusją. Pytanie tylko, jakich i kto może je skutecznie przeprowadzić?

– Minister zdrowia – jak już wspomniałem – nie jest suwerenny w swoich decyzjach – niestety. On tylko firmuje pewne decyzje, które zapadają w resorcie finansów i w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. I taka zła tradycja niestety trwa w Polsce już nie tylko po 1989 r., ale sięga PRL-u. I to powoduje, że kiedy są chore zasady, to w takiej atmosferze trudno jest funkcjonować. Jeśli nie stworzymy i nie będziemy przestrzegać jasnych przepisów gry – tak jak dajmy na to w piłce nożnej, gdzie wiadomo, że wygrywa ten, kto strzeli więcej bramek, a nie odwrotnie – to ciągle będziemy tkwili w tym kotle zwanym ochroną zdrowia. Ponadto jeśli nie zwiększymy nakładów na ochronę zdrowia, to ten stan będzie trwał. Państwo nie może oszukiwać przede wszystkim pacjentów, którym robi się nadzieję, którym się składa obietnice, a później nic z tego nie wychodzi.

Jak wypadamy w porównaniu z innymi krajami?

– Nasze wskaźniki dotyczące chorób nowotworowych są znacząco gorsze od tych w innych krajach Unii Europejskiej. Refunduje się leki o trzeciorzędowym znaczeniu, natomiast brakuje pieniędzy na leki np. przeciwnowotworowe nowej generacji. Widać to najlepiej po akcjach prowadzonych za pośrednictwem mediów, gdzie zbiera się pieniądze na leczenie dzieci za granicą, ale nie robi się nic, żeby tego typu leki czy w ogóle pewne terapie opłacić i przeprowadzać w Polsce. To pokazuje, że nie ma u nas systemu opieki zdrowotnej, za to jest dżungla zdrowotna, wolna amerykanka, gdzie wygrywa i przeżyje ten, kto ma mocniejsze łokcie i lepsze dojścia, a ten, kto będzie miał pecha, będzie musiał umrzeć. Taka jest brutalna prawda. I pod tym względem ani ten, ani poprzednie rządy nie stanęły na wysokości zadania. I to państwo, a właściwie jego urzędnicy odpowiadają za wiele ludzkich tragedii. I dopóty, dopóki temu nie postawi się tamy, to żadne retusze typu: sieci szpitali czy skoordynowana opieka zdrowotna, które są zwyczajnie nic nieznaczącymi hasłami – niczego nie zmienią na dłuższą metę. Potrzebne jest zwiększenie nakładów na ochronę zdrowia. Po obecnym ministrze spodziewałem się czegoś więcej. Konstanty Radziwiłł z całą pewnością wie, o co w tym wszystkim chodzi. Wie również, co trzeba zrobić, ale też tego nie robi – tak jakby był kolejną marionetką w tym systemie. I to jest tym bardziej bolesne.           

Dziękuję za rozmowę. 

Mariusz Kamieniecki