Dziś w „Naszym Dzienniku”
Opozycja z zapałkami
Poniedziałek, 19 grudnia 2016 (18:58)Z Anną Marią Siarkowską, posłem KP Kukiz’15, rozmawia Anna Ambroziak
Z Pani pierwszych relacji po piątkowych wydarzeniach wynika, że zerwanie Sejmu przez opozycję nie było aktem tak spontanicznym, jak to się próbuje przedstawiać.
– Powiem Pani to, co sama usłyszałam. Otóż kiedy siedzieliśmy w piątek na sejmowej sali obrad, w momencie, kiedy posłowie Platformy i Nowoczesnej zaczęli blokować sejmową mównicę, pani Ewa Kopacz podeszła do jednej z posłanek ze swojego klubu i powiedziała, cytuję: „Ludzie do nas dzwonią, czy przyjechać i nas wesprzeć. Gdybyśmy dziś podpalili to ognisko, to nie wiem, jakby się to skończyło”. Wówczas owa druga pani poseł – nie znam jej, odpowiedziała, cytuję: „Pewnie trzeba będzie tak zrobić”. Jakiś czas później pani Kopacz wróciła i poinformowała grupę posłów Platformy, że ludzie skrzyknęli się i będą za kilka godzin pod Sejmem. Wynika z tego, że Platforma miała świadomość tego, że ich działanie może wzbudzić niepokoje społeczne. Posłowie Nowoczesnej i Platformy zręcznie wykorzystali pretekst, jakim było wyłączenie z obrad Sejmu posła Szczerby przez pana Marszałka Kuchcińskiego.
Czyli chodziło o uruchomienie działań, do których opozycja od dawna się przygotowywała?
– Moim zdaniem – tak. I w piątek nadarzyła się ku temu okazja, kolejna od dnia „czarnego protestu”. Chciałabym tu jednak zwrócić uwagę na nieroztropne – moim zdaniem – zachowanie marszałka Marka Kuchcińskiego. To jego nieumiejętne postępowanie względem posłów opozycji doprowadziło do eskalacji konfliktu. Dziwi mnie też sztywne stanowisko PiS podczas prac Komisji Regulaminowej, kiedy to nie chciano przywrócić do udziału w obradach pana posła Michała Szczerby.
Pani zdaniem nie było podstaw do wykluczenia go z obrad Sejmu?
– To, co zrobił, w gruncie rzeczy było sprawą błahą, a mimo to PiS usztywniło swoje stanowisko, doprowadzając do zupełnie niepotrzebnej eskalacji konfliktu. Jednocześnie warto przypomnieć sytuację sprzed kilku tygodni, czyli tzw. czarny protest. Wówczas posłowie PiS, niestety, ugięli się pod wpływem protestów środowisk proaborcyjnych, występujących przeciw pełnej ochronie życia. Czyli w poważnej sprawie posłowie PiS ustąpili, w błahej – poszli na zwarcie. Mocno nad tym ubolewam.
Opozycja posunęła się aż do blokady mównicy sejmowej.
– Zupełnie inaczej cała ta sytuacja wyglądała z punktu widzenia kogoś, kto widzi to wszystko bezpośrednio, będąc w Sejmie, a inaczej z punktu widzenia odbiorcy informacji medialnej. Otóż kiedy opozycja blokowała mównicę oraz miejsce, gdzie zasiada Prezydium Sejmu, przez większość czasu zachowywała się spokojnie. Posłowie po prostu stali. Kiedy jednak tylko stacje telewizyjne rozpoczynały nadawanie na żywo i zwracały na nich kamery, posłowie Nowoczesnej i PO zaczynali głośno skandować, wyłącznie pod przekaz medialny. Było to zupełnie świadome i celowe.
Platforma mówi o odebraniu wolności mediom – chodzi o zmianę trybu pracy dziennikarzy w Sejmie.
– Tu nie chodzi o żadną wolność mediów. To pretekst. Przypomnę, jak ta sama Platforma traktowała dziennikarzy, czego sztandarowym przykładem jest choćby wtargnięcie funkcjonariuszy ABW do redakcji „Wprost”. Wówczas dziennikarzom zniszczono komputery, doszło też do przemocy fizycznej. Gdzie wówczas byli politycy PO? Dlaczego nie protestowali? Dzisiaj mówienie z ich strony o ograniczaniu przez rząd wolności mediów to zwykła hipokryzja.
Sądzi Pani, że można było uniknąć protestów, zwłaszcza po tym, jak zapadła klamka o odebraniu wysokich emerytur byłym esbekom?
– Opozycja od dawna szukała okazji do podgrzania antyrządowej atmosfery. I tu nie chodzi tylko o ustawę dezubekizacyjną, chociaż z pewnością nie jest ona na rękę wielu osobom uwikłanym w pewne układy polityczno-finansowe. W Sejmie jest wiele ustaw, które godzą w określone układy, w okreś- lone interesy. Przypomnę, że ogromny protest ze strony byłej już ekipy rządzącej budziło chociażby utworzenie Obrony Terytorialnej. Debata zaś nad tą ustawą w ogóle nie była merytoryczna. Osobom, które reprezentują obce interesy, z pewnością nie w smak jest radykalne wzmocnienie obrony polskiego terytorium.
Wielu komentatorów uważa, że reżyserom tych wydarzeń chodzi o obalenie rządu.
– Sami to otwarcie przyznają. W państwie demokratycznym jest to rzecz niedopuszczalna, gdyż fundamentem jest poszanowanie wyników wyborów. Jeśli opozycja jest niezadowolona z działań partii rządzącej, to ma trzy lata, by przygotować się do kolejnych wyborów parlamentarnych. Rolą demokratycznej opozycji winna być merytoryczna krytyka działań rządu, a nie nawoływanie do puczu. To, co się działo w ciągu minionych dwóch dni, w piątek i w sobotę, to było jawne kwestionowanie władzy, wybranej legalnie w demokratycznych wyborach. Chciałabym bardzo wyraźnie podkreślić, że moje poglądy, na przykład w kwestiach gospodarczych czy tych dotyczących obrony narodowej, nie są w pełni zbieżne z tym, co robi Prawo i Sprawiedliwość. Niemniej jednak w pełni uznaję legalnie wybraną władzę, szanuję decyzję suwerena i nie będę jej w żaden sposób podważać. Nie będę nawoływać do tego puczu, który jest prowadzony, nie wiadomo na czyje zlecenie.
Zdaniem opozycji, piątkowe głosowanie w Sali Kolumnowej nie było zgodne z regulaminem Sejmu. Bo nie było kworum.
– O ile w piątek po południu na Sali Plenarnej Sejmu Prawo i Sprawiedliwość nie miało jeszcze kworum, o tyle tego samego dnia wieczorem, po przeniesieniu obrad do Sali Kolumnowej, PiS kworum miało już samodzielnie. Było to możliwe dzięki temu, że wieczorem na obrady dotarli ze Śląska posłowie PiS, którzy wcześniej brali udział w obchodach tragicznych wydarzeń w kopalni „Wujek”. Już podczas pierwszego głosowania na Sali Kolumnowej było 237 posłów – 231 z PiS, 3 posłów z koła WiS, jeden niezależny, ja i poseł Rafał Wójcikowski z Kukiz’15. Kworum było na pewno, zaś wbrew doniesieniom medialnym, udział mój i mojego klubowego kolegi w głosowaniu nie był decydujący w zapewnieniu wystarczającej ilości głosujących posłów.
Dziękuję za rozmowę.
Drogi Czytelniku,
zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym