• Wtorek, 19 maja 2026

    imieniny: Piotra, Iwa

Ktoś chce podpalić Polskę

Niedziela, 18 grudnia 2016 (23:11)

Z Andrzejem Maciejewskim, politologiem, ekspertem w obszarze polityki z Instytutu Sobieskiego, posłem Ruchu Kukiz’15, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Czy otrzymując mandat posła na Sejm RP, spodziewał się Pan takich scen w parlamencie, których świadkami w piątek była cała Polska?

– W żadnym wypadku. Zresztą chyba nikomu, kto w piątek rano wchodził do Sejmu, no może poza opozycją tzw. totalną, nie przyszło do głowy, że tak się ten dzień skoczy. Oczywiście zdawaliśmy sobie, że będzie dużo pracy, że jest ponad czterysta poprawek budżetowych i że może być gorąco, ale że tak będzie finał tego posiedzenia, to nie będę udawał, że jestem wróżką, po prostu nie przypuszczałem.

Z czym mamy do czynienia, czy to nie jest anarchia i próba już nie tylko przejęcia władzy, ale wręcz nawoływania do buntu?

– Na to, co się stało w Sejmie, nie ma jednoznacznych odpowiedzi i jak sądzę, nie ma na to recepty. To, co się stało w piątek w nocy w Sejmie, pokazuje, że mamy do czynienia z bardzo poważnym kryzysem w Polsce, że mamy bardzo poważny problem. W Ruchu Kukiz’15 co się dzieje w tej chwili w polskim parlamencie, nazywamy wojną plemienną, która prowadzi prostą drogą do totalnego demontażu Państwa. Zasada zależności związków przyczynowo-skutkowych tak właśnie działa, nie ma skutku bez przyczyny. Gdyby ktoś szybko i zdecydowanie zareagował, nie pozwolił się sprowokować, to nigdy sprawy nie przybrałyby takiego obrotu.

Jak to wyglądało od środka, z perspektywy posła, bezpośredniego świadka tych wydarzeń?      

– W piątek w Sejmie, od samego początku atmosfera była napięta i w powietrzu dało się wyczuć, że to napięcie musi znaleźć ujście, że musi eksplodować. Mieliśmy emocjonalne wystąpienia posłów, jak również odpowiedzi marszałka Kuchcińskiego, niepotrzebne komentarze, niepotrzebne wdawanie się w dyskusje – to wszystko powodowało wzrost napięcia. Jako szef sejmowej Komisji Samorządu Terytorialnego i Polityki Regionalnej prowadzę posiedzenia, także wspólne z innymi komisjami i wiem, że prowadzący ma być jak aligator, a do tego głuchy i ślepy, chodzi o to, żeby nie dać się sprowokować. Zaczepek, insynuacji jest tak dużo, że gdyby próbować na nie reagować i wszystkie je komentować, to nie dałoby się nic mądrego i dobrego załatwić w parlamencie. Marszałkowi, czy przewodniczącemu prowadzącemu posiedzenia komisji nie wolno dać się sprowokować do poziomu poniżej standardów. Trzeba po prostu zachować klasę.

Łatwo powiedzieć…?  

– Oczywiście jest to bardzo trudne, to jest wielkie wyzwanie, ale to jest podstawa i każdy, kto decyduje się na udział w życiu politycznym, musi sobie zdawać z tego sprawę. To prawda, że człowiek jest tylko człowiekiem i może się zdenerwować, ale w takiej sytuacji marszałek zawsze może zarządzić dziesięciominutową przerwę techniczną, po to żeby wszyscy ochłonęli, żeby obniżyć temperaturę i uspokoić nastroje, a także żeby samemu przemyśleć pewne kwestie.

Czy taka przerwa złagodziłaby nastroje…?   

– Po to jest taki instrument. Ponadto gdyby marszałek Kuchciński mimo wszystko wytrzymał minutę – czyli czas wystąpienia posła Michała Szczerby, który zabierał głos, zgłaszając poprawkę dotyczącą kultury, muzyki i gdyby marszałek nie dał upustu swoim emocjom i pozwoliłby posłowi Platformy dokończyć swoją wypowiedź, to nic wielkiego by się nie stało. Opozycja, oczywiście robiłaby dalej swoje, wychodząc na mównicę, skandowane byłyby hasła „Wolne media”, ale takie są zasady demokracji. Co by nie powiedzieć, ale marszałek Kuchciński niepotrzebnie dał się sprowokować. W Kukiz’15 zdawaliśmy sobie sprawę, że głosowanie czterystu poprawek zajmie wiele godzin, to jest wpisane w ryzyko pracy posła. Budżet to budżet, a więc bardzo ważna sprawa i ogrom pracy i tego nie można załatwić w ekspresowym tempie. Kubeł zimnej wody na głowę każdego z posłów z pewnością ostudziłby nastroje.

Tyle że nic takiego nie miało miejsca…

– I dlatego jako kolejny krok mieliśmy eskalację nastrojów.

Jak z Pana perspektywy było z tym blokowaniem mównicy sejmowej?  

– Mieliśmy do czynienia nie tylko z blokadą czy okupacją mównicy sejmowej, ale także – po raz pierwszy w historii polskiego parlamentaryzmu, mieliśmy blokadę fotela marszałka Sejmu. Nawet Samoobrona nie posunęła się do tego manewru. To znaczy, że została przekroczona pewna granica. Jako posłowie uczestniczący w pracach Sejmu w posiedzeniach nigdy nawet nie wchodzimy na poziom, gdzie zasiada marszałek Sejmu. Obserwowałem to z sali plenarnej, siedząc z boku, i kiedy na mównicę weszli posłowie Nowoczesnej, to wywołało to pewną konsternację wśród posłów Platformy, którzy w pierwszej chwili nie bardzo wiedzieli, co mają robić. Co więcej, część była już w drodze do wyjścia z sali i dopiero po dłuższej chwili politycy Platformy zorientowali się, że ktoś odbiera im inicjatywę, wykorzystując okazję do samopromocji. I wtedy się zaczęło na dobre.

Czy chce Pan powiedzieć, że była to wewnętrzna rozgrywka między Nowoczesną a Platformą…?

– Między innymi. Mieliśmy sytuację, gdzie mównicę sejmową blokowała Nowoczesna, a Platforma poszła wyżej dosłownie i w przenośni, blokując fotel marszałka. Moim zdaniem, była to od początku do końca ustawka i z góry było przewidziane, że tak będą przebiegały wydarzenia. Nie mam wątpliwości, że PiS dało się wciągnąć w tę pułapkę. Efekt jest taki, że już kolejny dzień pod Sejmem i na ulicach, zresztą nie tylko Warszawy, dochodzi do protestów, ale na to czekano. 14 grudnia w Parlamencie Europejskim po raz kolejny mieliśmy debatę na temat rzekomego łamania demokracji w Polsce. I w tej debacie, i argumentach jakie padały, jej autorom brakowało tylko faktów. Ktoś chciał faktów, to je dostał w piątek. Proszę też pamiętać, że w poniedziałek, 19 grudnia, swój „żywot” w Trybunale Konstytucyjnym kończy prezes Andrzej Rzepliński i pewne tematy uciekają, kończą się.

I ta zadyma ma być nowym paliwem dla opozycji totalnej?  

– To nowe paliwo, bez którego opozycja nie jest w stanie funkcjonować na scenie politycznej, samo się znalazło. I jak sądzę, że temat ten będzie obecny. I chcę to jasno podkreślić, że jest to także wynik braku roztropności, braku pokory w szeregach PiS. Pokora to jest coś, co w życiu polityka jest podstawową cnotą, o której trzeba pamiętać cały czas. Niestety mamy rozpętane piekło, które będzie się za nami ciągnęło. Temat Trybunału Konstytucyjnego się wypala i będą grillowane kolejne tematy.

Czy Pana zdaniem, jest jakaś granica, której Platforma i Nowoczesna nie przekroczą?

– Nie wiem, to jest pytanie do tych formacji politycznych. Natomiast jak wspomniałem wcześniej, w mojej ocenie to, co się działo w Sejmie, to była ustawka.

Co konkretnie chce Pan powiedzieć?

– Zastanawiający jest jeden ważny szczegół z piątku, z Sejmu, a mianowicie w kuluarach, ok. godz. 20.00 w przedziwny sposób pojawiło się około tysiąca kanapek i herbata. I nie zostało to wniesione do Sali Kolumnowej, gdzie debatowali posłowie PiS, ale zostały one wniesione do „starej palarni”. Te kanapki były starannie przygotowane, zabezpieczone. Tysiąc kanapek nie robi się w pięć minut.

Kto mógł zamówić ten prowiant i po co?   

– I to jest pytanie, które chcę postawić publicznie. Jeśli te kanapki zostały zamówione przez Kancelarię Sejmu, zakładając, że miały być nocne obrady, to wszystko jest w porządku. Ale jeżeli tych kanapek nie zamówiła Kancelaria Sejmu, to oznacza, że ktoś z góry wiedział, że będzie ustawka, że szykuje się długi polityczny wieczór i że posłowie będą głodni, że nie będą się mogli ruszyć się z Sejmu, żeby się posilić, w związku z tym żeby nie opadli z sił, trzeba im dać możliwość posilenia się. Tylko kwestią czasu było, kiedy marszałek Sejmu da się sprowokować.

W jednym ze swoich komentarzy w Polsat News Lech Wałęsa powiedział wprost, że PiS musi odejść, bo za bardzo szkodzi Polsce. Co więcej, stwierdził, że to ulica musi o tym zdecydować. Czym są te słowa w oczach jakby nie było byłego prezydenta RP?

– Widać wyraźnie, że ktoś od roku nie chce przyjąć do wiadomości, że w Polsce były demokratyczne wybory, których nikt nie podważył, że wynik jest taki, a nie inny. To, że mamy walkę polityczną, że mówi się o odsunięciu od władzy PiS, to można uznać za przejaw demokracji. Tak już jest, że opozycja punktuje rządzących, z kolei rządzący bronią się przed opozycją i to mnie nie przeraża, ale mnie przerażają metody. Natomiast nie można mylić demokracji z szantażem i anarchią. To, co robi dzisiaj KOD, co robią lewicowe i lewackie ugrupowania, to jest szantaż, który polega na tym, że albo odejdą, albo ich zdemolujemy. I na to nie ma i nie będzie zgody. Na tym polega demokracja, żeby uszanować wynik wyborów. W innym wypadku mamy anarchię albo bolszewizm.

Jakim sposobem tak prędko pod Sejmem zgromadzili się przedstawiciele KOD?

– To ważny szczegół. Proszę zwrócić uwagę, że w Sejmie ok. godz. 16.00 została ogłoszona przerwa w obradach, a już od godz. 19.00 pod gmachem parlamentu stały zorganizowane ekipy KOD. Obszedłem Sejm i muszę powiedzieć, że tam nie było powalających tłumów, ale ktoś bardzo sprawnie pod względem logistycznym ten protest zorganizował. Sukcesywnie do tej grupy protestantów wychodzili z gmachu Sejmu liderzy Platformy, Nowoczesnej czy PSL. To nie było spontaniczne zgromadzenie, ale tam wszystko było przygotowane. Jestem ciekaw, czy te grupy nie miały już wcześniej przygotowanej zgody na manifestację wydanej przez warszawski ratusz. To jest pytanie: czy KOD miał zgodę prezydenta Warszawy na demonstrację przed Sejmem…? Wcale nie zdziwiłbym się, gdyby „przypadkowo” taka zgoda była już przygotowana wcześniej. Jeśli tak, to potwierdzałoby tylko, że mieliśmy do czynienia z ustawką.

Jak ocenia Pan rolę mediów, zwłaszcza prywatnych, w relacjonowaniu tej nocy w Sejmie i pod Sejmem?

– Media bardzo szybko rozpoczęły grillowanie tematu. Można było zobaczyć relacje z Sejmu z galerii sejmowej i usłyszeć przekaz, że oto jesteśmy świadkami końca demokracji, że Sejm jest zablokowany itd. I to miało na celu ściągnięcie ludzi pod Sejm, ale ktoś wcześniej przygotował ten scenariusz działań. Dziwnym trafem ludzie z KOD, którzy pojawili się pod Sejmem, mieli gadżety – transparenty, wydrukowane hasła. To wszystko było przygotowane. Jeszcze raz stawiam pytanie: kto zamówił i sfinansował te słynne kanapki dla blokujących Sejm posłów i pytanie drugie: czy KOD miał wcześniej zgodę prezydenta Warszawy na demonstrację przed Sejmem. Jeśli takiej zgody nie było, to oznaczałoby, że ta demonstracja była nielegalna. Pytanie też, czy nikomu nie przyszło do głowy sprawdzić, czy taka zgoda była, a może sprawdzono i już wiadomo, że była, a zatem była to ustawka.

Wracając jeszcze na Salę Plenarną Sejmu, wcześniej wspomniał Pan o blokadach mównicy i fotela marszałka. Czy to uniemożliwiło kontynuowania obrad na Sali Plenarnej i przeniesienia bloku głosowań do Sali Kolumnowej?

– Moim zdaniem, był to błąd marszałka. Gdyby marszałek Kuchciński wykonał ruch, próbował wejść na Salę Plenarną i rozpocząć obrady, ale nie zostałby dopuszczony przez posłów Platformy do fotela, to zapewniam, że nie byłoby cienia wątpliwości co do potrzeby prowadzenia obrad na Sali Kolumnowej. Byłby to twardy argument w zasadzie nie do obalenia. Nie było też komunikatu wysłanego przez marszałka za pośrednictwem Straży Marszałkowskiej, do liderów Platformy i Nowoczesnej, że załóżmy o tej i o tej godzinie marszałek rozpocznie obrady i należy odstąpić od blokady. Niestety nie podjęto takich działań. Nie było też komunikatu marszałka Marka Kuchcińskiego do społeczeństwa, że chce rozpocząć debatowanie w Sali Plenarnej, ale mu się to uniemożliwia.

Z tego, co mi wiadomo, marszałek Kuchciński nie ma w zwyczaju organizowania konferencji z udziałem mediów?

– I to jest błąd, bo gdyby taką konferencję zwołał, to wybiłby ważny argument Platformie i Nowoczesnej. Moim zdaniem marszałek Kuchciński nie podjął rękawicy i ten błąd będzie wykorzystywany przez te dwie opozycyjne formacje. Błędem było też zbyt długie zwlekanie z podjęciem decyzji. Tak czy inaczej zabrakło pokazania, że marszałek próbował, ale ściana polityków Platformy i Nowoczesnej była nie do przebicia. Stąd debata z konieczności musiałaby się odbyć w Sali Kolumnowej. Błędem technicznym było też niewpuszczenie kamer do Sali Kolumnowej, co też jest wykorzystywane. Wobec takich przeciwników politycznych trzeba być transparentnym, aż do krwi, do kości, żeby nie wzbudzać nawet cienia wątpliwości. Nie jestem prawnikiem, ale nie jestem pewien, czy tak ważną sprawę jak poprawki do budżetu państwa, a przypomnę, że było ich ok. czterystu, można wrzucać do jednego wora i głosować w dwóch czy trzech blokach. Niech to rozsądzą eksperci i odpowiedzą, czy nie będzie potrzebna reasumpcja głosowania.

Pod Sejmem mimo ataków i uniemożliwienia wyjazdu premier Szydło i innym posłom PiS, mimo prowokacji policja nie użyła siły. Ale nie obawia się Pan, że kiedyś może się to wymknąć spod kontroli?

– Ma pan rację, środowisko opozycji tzw. totalnej i KOD tylko czekało na pałowanie, gazowanie, na rozpędzanie siłą demonstracji, na dramat po to, aby jeszcze bardziej nakręcić swoich zwolenników i podsycać to szaleństwo. To im było potrzebne jak tlen. Nie ma co ukrywać, że dzisiaj KOD-owi potrzeba krwi, potrzeba ofiar, pobitych, z siniakami, z podbitymi oczami. Tego im brakuje, bo to byłoby argumentem wysyłanym w przekazach zagranicę, dowodem, że w Polsce nie ma demokracji. Tymczasem policjanci zachowali się nad wyraz kulturalnie. Proszę zwrócić uwagę, że policjanci nie mieli ani broni gładkolufowej, nie mieli też pałek. Natomiast działania KOD-owców, którzy rzucając się pod koła, uniemożliwiali wyjazd premierowi polskiego rządu, było jawną prowokacją. Najwyraźniej ktoś chciał doprowadzić do nieszczęścia, do tragedii. Tam miała być ofiara, przejechany czy potrącony przez pojazd wiozący najlepiej premiera czy prezesa Kaczyńskiego. I wtedy dopiero byłby temat. Tym większy szacunek dla policji, która skutecznie zabezpieczyła porządek, zapanowała nad całym tym zamieszaniem, usuwając w sposób zdecydowany, ale wyważony z drogi ludzi, żeby nie doszło do tragedii.  

Posłowie Platformy i Nowoczesnej nie opuszczają gmachu Sejmu. Czy szykuje się kolejna próba puczu?

– Nie jest to wykluczone. Przypomnę, że 20 i 21 grudnia planowane jest posiedzenie Senatu i łatwo można przewidzieć, że będzie próba powtórki tego, co się działo w Sejmie w miniony piątek. Niewykluczone, że politycy Platformy i Nowoczesnej wejdą do Senatu z próbą zakłócenia porządku. Nie zdziwiłbym się, gdyby pod Sejm ponownie zwołali KOD-owców i zorganizowali kolejne demonstracje pod pozorem pilnowanie demokracji itd. Innymi słowy, czeka nas małe piekiełko. Ktoś bardzo niebezpiecznie bawi się politycznymi „zapałkami” i chce podpalić Polskę. Temu trzeba postawić tamę, bo może dojść do tragedii.  

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki