Apteka dla nikogo
Piątek, 16 grudnia 2016 (03:22)W Sejmie procedowany jest poselski projekt nowelizacji ustawy Prawo farmaceutyczne, znany bardziej pod hasłem „apteka dla aptekarza”.
Wśród znacznej liczby wartościowych, a jeszcze większej ciekawych i odważnych pomysłów legislacyjnych obecnego obozu władzy, ten wygląda wyjątkowo słabo. Aż chciałoby się powiedzieć – niczym wypadek przy pracy.
Jak wygląda dziś rynek sprzedaży detalicznej farmaceutyków w Polsce i czy wymaga on zmian? Mamy w całym kraju prawie 1,5 tys. aptek. 38 proc. tej liczby należy do sieci (zdefiniowanych jako więcej niż 5 placówek), a tylko 5 proc. jest własnością kapitału zagranicznego. Sieci apteczne, których jest w Polsce łącznie prawie 400, to w 96 proc. podmioty polskie. Cały rynek jest konkurencyjny dzięki właściwemu poziomowi rozproszenia – największa sieć posiada mniej niż 5 proc. ogółu aptek.
Wciąż niskie dochody Polaków, zwłaszcza starszych, oraz inne czynniki, takie jak polityka koncernów farmaceutycznych, powodują jednak, że, według różnych szacunków, od 17 do 30 proc. osób nie wykupuje leków z powodów finansowych. Przy czym apteki sieciowe oferują ceny niższe o ok. 11 proc. niż apteki indywidualne. Dostęp Polaków do leków jest lepszy również dzięki dłuższym godzinom otwarcia „sieciówek”.
Co zakłada projekt nowelizacji? Być może już wkrótce tylko farmaceuta będzie mógł zostać właścicielem apteki. Jedna osoba będzie mogła posiadać nie więcej niż cztery apteki, a jedna apteka będzie przypadać na nie mniej niż 3 tys. osób (sic!). Tyle że już dziś farmaceuta musi być kierownikiem każdej placówki, a duże nasycenie aptekami naszej przestrzeni publicznej wydaje się raczej zjawiskiem pozytywnym niż problemem, który wymagałby interwencji władzy legislacyjnej.
Jakie będą skutki takich regulacji? Ceny wzrosną, a dostępność leków (zwłaszcza w dużych miastach) stanie się gorsza. Nastąpi skrajne rozdrobnienie rynku i jeszcze większe uzależnienie aptek od wielkich, zagranicznych koncernów farmaceutycznych. Część aptek zostanie zlikwidowana, więc liczba miejsc pracy dla farmaceutów spadnie. Zahamowany zostanie naturalny rozwój rynku. Na koniec, fundamentalnie – ograniczone będą prawa prywatnych właścicieli.
Wszystko to wydaje się oczywiste. Do jeszcze większych problemów branżę aptekarską, a wraz z nią każdego z nas jako jej klienta, doprowadzić mogą – jak w efekcie motyla – inne konsekwencje ewentualnego przyjęcia rzeczonego projektu, z pozoru drobiazgi, błahe i przyziemne.
Pierwsza z nich to wypowiadanie aptekom przez banki kredytów, w związku ze spodziewanym pogorszeniem ich kondycji finansowej. A trzeba wiedzieć, że apteki, jak wiele małych i średnich rodzimych biznesów, ciągle posiłkują się pożyczonym pieniądzem, często na nim właśnie opierając swój rozwój. To zresztą immanentna cecha gospodarek i społeczeństw „na dorobku”. Zanim zgromadzimy własny kapitał i z niego będziemy pokrywać koszty inwestycji, musimy liczyć na bank. Tak jeszcze przez jakiś czas w Polsce po prostu będzie.
Druga konsekwencja to problemy ze zmianą lokalizacji aptek, do której ich właściciele zostaną zmuszeni przez wspomniane kryteria geograficzne. Przeniesienie apteki z jednego miejsca w inne będzie bowiem znacznie trudniejsze niż w zwykłym biznesie. Pozwolenie na prowadzenie działalności jest bowiem w tym przypadku przypisane do konkretnego adresu.
Konsekwencja trzecia będzie implikacją poprzedniej. Dzięki lepszej pozycji negocjacyjnej w nowych warunkach właściciele nieruchomości prawdopodobnie zaczną podwyższać aptekom stawki za wynajem powierzchni. Prowadzący dotkniętą w ten sposób placówkę będzie miał do wyboru bankructwo lub przerzucenie wyższych kosztów na klienta. Oba warianty są dla rynku równie zabójcze.
Ergo, to naprawdę nie byłaby dobra zmiana. Abstrahując nawet od błędnego z gruntu założenia, że apteki mają być dla aptekarzy, a nie dla klientów, nadal trudno dostrzec innego beneficjenta proponowanej nowelizacji niż koncerny farmaceutyczne. Poza tym, co do zasady, w warunkach przeregulowania gospodarki realnej przepisami, do których implementacji obliguje nas Unia Europejska, naprawdę nie warto z własnej inicjatywy tworzyć kolejnych przepisów komplikujących życie polskim przedsiębiorcom.
Chcąc jak najszybciej uporządkować i naprawić wiele rzeczy, władza może popełniać błędy. Rolą życzliwego obserwatora jest w takim przypadku zwrócenie jej uwagi i powiedzenie za klasykiem, ale już zupełnie poważnie – nie idźmy tą drogą.
Dr Marian Szołucha