EDUKACJA
Kosiarze umysłów
Piątek, 25 listopada 2016 (21:18)MEN bagatelizuje praktykowane w szkołach, a oparte na hipnozie metody nauczania języków obcych
„Relaksacyjne” metody lekcji nauki języka obcego działają na podświadomość i wprowadzają ucznia w stan autohipnozy – ostrzegają eksperci. Chodzi o metodę „błyskawicznej” nauki języków obcych o nazwie SITA.
Jest ona popularyzowana w co najmniej kilkunastu polskich szkołach, nauczyciele wprowadzają ją w ramach zajęć dodatkowych. Szkoła zawiera umowę licencyjną ze spółką SITA, a na prowadzenie zajęć musi mieć zgodę kuratorium i rodziców. – Przeszliśmy dwudniowe szkolenie na prowadzenie takich zajęć. Zostaliśmy upoważnieni do ich prowadzenia przez rok. Korzystamy z podręczników, które dostarcza nam firma SITA – informuje jedna z nauczycielek Gimnazjum nr 1 im. Henryka Sienkiewicza w Szczytnie.
Metoda jest stosowana, mimo że – jak przyznaje sama firma – nie ma żadnych badań naukowych potwierdzających, że można ją wykorzystywać w przypadku dzieci i młodzieży.
Podstawowym kryterium ma być efektywność potwierdzona jedynie przez nauczycieli. Taką odpowiedź otrzymali rodzice zaniepokojeni wprowadzeniem do szkół kontrowersyjnej ścieżki.
– Skuteczność zastosowania metody SITA u młodzieży jest potwierdzona sprawozdaniami nauczycieli, którzy prowadzą lekcje tą metodą. Sprawozdania podsumowują każdorazowo semestr nauki lub – w przypadku zajęć intensywnych – krótszy okres – informuje nas Iwona Kowalewski z firmy SITA. Spółka nie posiada żadnych certyfikatów bezpieczeństwa metody.
– W większości przypadków trzeba zaufać osobom (nauczycielom), które te metody stosują – twierdzi. Cztery etapy nauki są realizowane dzięki specjalnemu urządzeniu. To okulary, słuchawki i odtwarzacz dźwięku. Urządzenie to ma pomóc odbierać bodźce – świetlne (czerwone światło diod świecących się i gasnących w rytmie oddechu) i dźwiękowe (powtarzane słowa). Następuje wtedy tzw. zjawisko biofeedbacku, dochodzi do sprzężenia zwrotnego między oddechem a wrażeniami wzrokowymi i słuchowymi. Rodzice są jednak bardzo zaniepokojeni. – Przedstawiciele firmy przekonywali nas na jednym ze spotkań, że istnieje wieloletnia praktyka stosowania metody SITA. Ale przyznano, że firma nie prowadzi żadnej ewidencji wiekowej. Nie padło ani jedno słowo na temat ewentualnych zagrożeń. Nie przedstawiono żadnych danych naukowych potwierdzających, że tę metodę nauczania można stosować u dzieci – mówi pani Barbara, matka kilkunastoletniej dziewczynki, która uczestniczyła w zajęciach SITA.
Rozbite dzieci
– Moja córka nie mogła w ogóle się odnaleźć po tych lekcjach. Była zupełnie rozbita. Dlatego zaczęłam dopytywać i kuratorium oświaty we Wrocławiu, i Ministerstwo Edukacji Narodowej. Odpowiedzi, które otrzymałam, sprowadzały się jedynie do stwierdzeń, że to nauczyciel decyduje o wyborze takich metod nauczania, które wydają mu się najwłaściwsze – relacjonuje matka.
– Minister Edukacji Narodowej […] nie promuje żadnej (obligatoryjnej) metody kształcenia ani też nie ocenia żadnej z nich. Nauczyciel w ślad za powierzoną mu odpowiedzialnością sam decyduje o realizacji programu nauczania z zastosowaniem dopuszczonego podręcznika, materiału edukacyjnego lub materiału ćwiczeniowego, lub bez zastosowania takiego podręcznika lub materiałów – informuje „Nasz Dziennik” Justyna Sadlak, rzecznik prasowy MEN. – System oświaty publicznej, w tym struktura podmiotów zarządzających tą sferą, koncentruje się na osiąganych przez uczniów wynikach. Konsekwentnie odstąpiono od centralnego ustalania i zatwierdzania „jedynie słusznych metod”. Wobec głęboko zróżnicowanych potrzeb uczniów nauczanie „zatwierdzanymi metodami” stało się bowiem nieskuteczne – dodaje. – Poszukiwanie sukcesu szybko i za wszelką cenę. Tak bym to ujął. Niestety, rodzice często poddają się takiej manipulacji. A konsekwencją jest deprecjacja rozumu i bazowanie wyłącznie na emocjach. Jak taki człowiek będzie potem panował nad własnym życiem, nad rzeczywistością? – zastanawia się dr Andrzej Mazan z Fundacji Dobrej Edukacji Maximilianum.
Inne stany świadomości
W grę wchodzi też sprawa oddziaływania urządzeń technicznych na podświadomość. Biofeedback jest niebezpiecznym narzędziem oddziaływania, który może doprowadzić do deregulacji organizmu.
– To, co przedstawiane jest jako „ćwiczenia relaksacyjne”, w istocie jest wprowadzaniem się w autohipnozę, zmienione stany świadomości. Warto wiedzieć, że takimi metodami posługują się sekty, które w ten sposób mogą wywierać określony nacisk lub przekaz podprogowy. Jest to zaprzeczenie naszej wierze. Chrześcijaństwo podkreśla rolę wolnej woli jako jednego z największych darów danych nam przez Boga i w żadnym wypadku nie wolno nam z niego rezygnować. W przypadku kursów szybkiej nauki, człowiek musi „zawiesić” część władz swojej woli, by uzyskać określoną korzyść. Przy okazji jednak staje się łupem dla osób, które mogą wykorzystać tę metodę do serwowania przekazów podprogowych – zauważa ks. Sławomir Kostrzewa, kulturoznawca.
Jest jeszcze inny aspekt sprawy. Niektóre metody szybkiego nauczania stwarzają iluzję błyskawicznych efektów minimalnym nakładem pracy. – W osobach, które sięgają po te metody, rodzi się szkodliwe przekonanie, że nie trzeba wkładać wysiłku w naukę, pracę. Wystarczy poznać jakieś tajemnicze, specjalne metody i techniki. Po drugie, takie kursy kojarzą mi się z oferowanymi za darmo programami komputerowymi, które wykonują pożądane przez nas zadania, ale przy okazji zawierają w sobie wirusa, który powoli przejmuje władzę nad całym urządzeniem. Wiele metod zawartych w kursach błyskawicznej nauki zaczerpniętych zostało z parapsychologii – dodaje nasz rozmówca.
Anna Ambroziak