Nowych faktów będzie więcej
Sobota, 5 listopada 2016 (11:55)Z prof. Janem Żarynem, historykiem, wykładowcą na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego, senatorem Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Czesław Kiszczak w latach 1946-1947, a więc w pierwszych latach po II wojnie światowej, jako oficer stalinowskiej Informacji Wojskowej w Londynie infiltrował żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Czy jest Pan zaskoczony tą informacją?
– Nie, nie jestem zaskoczony. W teczce personalnej Czesława Kiszczaka, która jest dla historyków dostępna, którą notabene czytałem, oraz w aktach dotyczących gen. Józefa Kuropieski, aresztowanego w czasach stalinowskich i męczonego przez kilka lat bez wyroku, są materiały dotyczące pracy gen. Kuropieski, który do 1947 r. był attaché wojskowym przy Ambasadzie Polskiej w Londynie, a jego pracownikiem był młody wówczas por. Czesław Kiszczak. I o ile attaché wojskowy, a więc tym samym gen. Kuropieska, miał w zakresie swoich obowiązków rozmowy z oficerami Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie w celu skłonienia ich do ewentualnego powrotu do kraju, o tyle postać por. Kiszczaka – przynajmniej z dostępnych do tej pory dokumentów – jawiła się w podwójnej roli.
Czyli w jakiej?…
– Z jednej strony wszystko wskazuje, że już wówczas był wywiadowczo głęboko umocowany w Informacji Wojskowej i w związku z tym, w jakiejś mierze, miał śledzić gen. Kuropieskę, miał też informować o pracy attachatu wojskowego przy Ambasadzie Polskiej w Londynie. Z drugiej strony z tego, co podał szef Wojskowego Instytutu Historycznego prof. Sławomir Cenckiewicz i co byłoby logiczne z punktu widzenia naszej dotychczasowej wiedzy, Czesław Kiszczak miał być odpowiedzialnym nie za zdobywanie zaufania wśród oficerów Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, tylko raczej – punktowo – miał zdobywać informacje na temat tych żołnierzy, którzy z różnych powodów skłaniali się do powrotu do Polski, bądź też skłaniał ich do podjęcia decyzji o powrocie. W praktyce efektem tego powrotu – nieco później – były aresztowania i wsadzanie do więzień.
Czy istnieje związek przyczynowo-skutkowy między skłanianiem tych wojskowych do powrotu do Polski a późniejszymi ich aresztowaniami?
– To, czy taki związek istnieje, oczywiście wymaga szczegółowych badań historycznych. Natomiast prawdą jest, że co najmniej od roku 1948 rozpoczął się bardzo silny proces penetracyjny Informacji Wojskowej – czyli czegoś w rodzaju UB wewnątrz wojska – skierowany zarówno do służby zasadniczej, ale przede wszystkim do kadry oficerskiej. Od końca lat 40. w ramach tych prerogatyw Informacja Wojskowa miała – za pomocą agentury – zdobywać informacje na temat wszelkich przejawów – nawet nie tyle aktywności, co poglądów, które świadczyłyby o przywiązaniu tzw. Ludowego Wojska Polskiego do armii II Rzeczypospolitej. Można zatem powiedzieć, że tym samym rozpoczął się proces wypłukiwania oficerów z Wojska Polskiego, którzy – swoją postawą i swoimi doktrynami wojskowymi, w których zostali wychowani – mogliby wpływać na kształt ideowy Ludowego Wojska Polskiego. To było niedopuszczalne, bowiem jedyną doktryną obowiązującą w tamtym czasie była doktryna sowiecka i interes bloku sowieckiego, i to zarówno w kreowaniu kadry, jak i w związku z tym dopuszczalnych postaw. Jak można się domyślić, w polskich, przedwojennych doktrynach istniała bardzo wyraźna pamięć o wojnie z 1920 r. jako wojnie w obronie niepodległości odrodzonej Polski i w tej sytuacji należało w daleko idący sposób skorygować tę bezzasadną z punktu widzenia sowieckiej doktryny wykładnię. W propagandzie sowieckiej to właśnie nacierający bolszewicy byli nosicielami wolności, niepodległości i demokracji ludowej, jaka zapanowała po „wygranych” wyborach w styczniu 1947 r.
Czemu miały służyć informacje, jakie zbierał Kiszczak w Londynie?
– Tak jak wspomniałem, te dokumenty, które były zbierane przez por. Kiszczaka, dotyczyły oficerów Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, którzy zdecydowali się na powrót do kraju i idealnie służyły do tego, aby udowodnić im, że byli de facto imperialistycznymi szpiegami, którzy pojawili się w kraju, żeby szpiegować i wnosić imperialistyczny porządek na obszar LWP. W tej sytuacji należało ich wyrzucić z wojska, a najlepiej osądzić i stracić w słusznych wyrokach ludowej sprawiedliwości.
I tak się rzeczywiście działo?…
– I tak się rzeczywiście działo. Jest bardzo wiele procesów, które swój początek mają w prowadzeniu spraw przez agenturę Informacji Wojskowej, przez agentów, rezydentów czy informatorów – tych wszystkich, którzy byli oficerami LWP i którzy zdobywając informacje, obciążali swoich kolegów. Jedna z autorek fundamentalnych dziś prac na ten temat dr Agnieszka Pietrzak w książce „Główny Zarząd Informacji wobec oflagowców 1949-1956” pisze o tym, że od końca lat 40. taką właśnie procedurę zastosowano wobec oficerów Wojska Polskiego, którzy w czasie II wojny światowej znaleźli się w oflagach niemieckich i w związku z tym, można powiedzieć, że zatrzymali się w „kadrze”, tzn. całą wojnę spędzili w oflagach – czyli tym bardziej byli niejako zatrzymani w tej doktrynie przedwojennej, niepodległościowej misji Wojska Polskiego walczącego z każdym możliwym okupantem. W przypadku II wojny światowej zarówno z Niemcami, jak i Sowietami. W związku z tym ci oficerowie Wojska Polskiego nie byli nosicielami nowego celu funkcjonowania LWP, którym było podporządkowanie się dowództwu sowieckiemu. I efektem tej akcji wymierzonej czy wywołanej przeciwko oflagowcom było bądź to wyrzucenie tych oficerów z armii – a zatem dość niska kara – albo pociągnięcie ich do kolejnej odpowiedzialności przed sądem wojskowym, co skutkowało także wyrokami śmierci i ich wykonaniem. Najbardziej znana była opisana po raz pierwszy przez historyka prof. Jerzego Popsińskiego w książce „TUN. Tatar-Utnik-Nowicki” sprawa oficerów, którzy przyjechali do Polski właśnie po rozmowach z attachatem wojskowym w Londynie. Po powrocie do kraju i po wyjątkowo brutalnym śledztwie zostali oskarżeni o szpiegostwo i spotkali się z bardzo surowymi wyrokami. Wyroki śmierci na nich zostały wykonane. Takich przypadków było więcej.
O Kiszczaku można powiedzieć, że wcześnie zaczął, co więcej, był bardzo „płodny”, skoro potrafił napisać nawet 250 donosów dziennie?…
– Rzeczywiście, ówczesny porucznik Kiszczak był niewątpliwie wyjątkowo aktywnym, dynamicznym funkcjonariuszem Informacji Wojskowej, która od samego początku swojej instalacji na terenach Polski była w dużej mierze strukturą wewnętrzną państwa sowieckiego. Do bodaj 1953 r. ponad 50 proc. kadry kierowniczej wspomnianej Informacji Wojskowej stanowili sowietnicy – obywatele państwa sowieckiego oddelegowani do penetracji Wojska Polskiego. Ta agentura miała doprowadzić do rozpoznania tego wrogiego dla Moskwy środowiska wewnętrznego w Polsce. Kiszczak jako młody, wysoki rangą żołnierz, tak szybko i mocno zaangażowany w struktury Informacji Wojskowej – bez wątpienia – musiał się wykazać daleko idącą pracowitością, podległością i lojalnością wobec sowieckich namiestników. Wszystko wskazuje, że zdobył ich zaufanie. Zyskiwał punkty od samego początku trwania tejże władzy sowieckiej w Polsce, a Informacja Wojskowa była niewidocznym dla społeczeństwa, ale za to bardzo ważnym ramieniem faktycznej władzy Sowietów nad Polską.
Inaczej mówiąc, Kiszczak – późniejszy krwawy kat polskich opozycjonistów – zaczynał jako donosiciel i kapuś…
– To nie był zwykły kapuś, ale od początku nadzorował kapusiów. Kiszczak bardzo szybko stał się częścią struktury kierowniczej, która była przesiąknięta osobowo, personalnie, a tym bardziej doktrynalnie sowiecką doktryną wojenną. I ta doktryna jednoznacznie głosiła m.in., że w 1920 r. nastąpiła nieudana próba wyzwolenia klasy robotniczej spod władzy panów polskich, którzy wraz z interwencją francuską i angielską – czyli ręka w rękę ze światem kapitalistycznym – chcieli najechać ojczyznę proletariatu i zburzyć pierwsze w świecie państwo sprawiedliwości społecznej. Kiszczak był tym, który bardzo szybko zdobył zaufanie Moskwy do przeprowadzania projektu zniewalania Wojska Polskiego, a co za tym idzie – wykorzystywania Wojska Polskiego do utrzymywania przez Sowietów realnej władzy na terenie Polski. Przecież Sowieci nie mogli utrzymać władzy w Polsce tylko i wyłącznie poprzez swoich własnych ludzi, którzy zdążyli się już na dobre zadomowić w naszym kraju jako twórcy czy kontynuatorzy funkcjonowania państwa istniejącego od 1917 r.
Dlaczego te raporty z archiwów wojskowych wychodzą na jaw dopiero teraz?
– Uważam, że jesteśmy dzisiaj świadkami dalszego ciągu ujawniania bogactwa materiałów, które znajdują się w gestii IPN oraz w gestii Centralnego Archiwum Wojskowego. Ta dokumentacja można powiedzieć, że dalej pogłębia naszą wiedzę na temat początków PRL i od teraz będzie ona bogatsza. Nie widzę w formule skokowej tego ujawniania wiedzy, która miałaby nas nagle oszołomić, tylko w formule sukcesywnego wzbogacania o kolejne wątki informacyjne. W tym przypadku dotyczy to Kiszczaka – ważnej postaci PRL, szczególnie lat 80. i roli, jaką odegrał on przy Okrągłym Stole.
Czy w związku z tym możemy się spodziewać wydobycia na światło dzienne kolejnych dokumentów dotyczących także innych ciemnych postaci tamtego okresu?
– Jesteśmy cały czas w drodze, jeśli chodzi o rozpoznawanie historii drugiej połowy XX wieku. Biorąc pod uwagę dynamikę osiągnięć naukowych – bo tak należy określić działalność IPN – można zaryzykować stwierdzenie, że tych nowych faktów będzie więcej. Oczywiście IPN nie jest jedynym miejscem, gdzie się odbywa proces ujawniania przeszłości dotyczącej okresu PRL, o czym świadczą ostatnie informacje upublicznione przez prof. Sławomira Cenckiewicza, który dziś nadzoruje akta wojskowe i wprowadza je do publicznego obiegu.
Jak z ujawnianiem tych akt było w ostatnich latach?
– Trzeba wyraźnie powiedzieć, że przez ostatnie lata dla historyków te akta były niestety niedostępne. I dopiero zmiana na stanowisku dyrektora Centralnego Archiwum Wojskowego spowodowała, jeśli chodzi o ujawnienie akt, daleko idące przyspieszenie. W związku z tym uważam, że ten proces będzie dynamiczny. Do tych akt będą mogli sięgnąć również młodsi historycy, którzy nie mogli tego zrobić wcześniej. Mam nadzieję, że to młode pokolenie naukowców rozwinie interpretacje historyczne i do społeczeństwa trafią nowe pozycje książkowe, artykuły naukowe, i to nie tylko poszerzy naszą wiedzę, ale wprowadzi nas jeszcze głębiej w tajniki funkcjonowania PRL.
Co sądzi Pan o propozycji, aby Kiszczaka i Jaruzelskiego pozbawić szlifów generalskich?
– Uważam, że należy o tym poważnie rozmawiać. Zanim jednak zostaną podjęte ostateczne decyzje, warto je dobrze przemyśleć, głębiej się zastanowić. Tym bardziej nie należy tego robić pod presją mediów, tylko po to, żeby osiągnąć propagandowy sukces w procesie dekomunizacji. Skoro mowa o dekomunizacji, to jest to proces, który niestety przegraliśmy w latach 90. i nic tego faktu nie odmieni. Dyskutować o tym, czy weryfikować czy nie stopnie wojskowe wobec ludzi niegodnych, z całą pewnością należy, chociażby po to, żeby pokazywać prawdę, gdzie była zdrada, a gdzie patriotyzm, pokazywać postawy negatywne, zdradzieckie i pozytywnych bohaterów naszej polskiej wolności. Tę przeszłość oczywiście trzeba „przemielić” z punktu widzenia naszej historii, która też świadczy o stanie naszego państwa. Dotyczy to lat III RP, która także honorowała ludzi ewidentnie niegodnych. Z całą pewnością należy pozbawiać orderów tych, którzy otrzymywali ordery za mordowanie Żołnierzy Niezłomnych, za mordowanie wszystkich niepodległościowców II wojny światowej. Bez wątpienia należy też pozbawiać orderów, które były nadawane w latach 70. obywatelom ZSRS odznaczeń, które miały świadczyć o ich rzekomo pozytywnym wpływie na stan naszej suwerenności. Te zaszłości powinny zostać wskazane i opisane, żeby dzisiaj, ale także w przyszłości, nie budziły niczyjej wątpliwości.