• Wtorek, 19 maja 2026

    imieniny: Piotra, Iwa

Wszystko w rękach rodziców

Piątek, 28 października 2016 (03:18)

Dziś do niektórych polskich szkół weszli homoedukatorzy w ramach akcji „tęczowy piątek”. Aby zapobiec tego typu przypadkom i tym samym uchronić dzieci przed działaniem środowisk homoseksualnych, Parlamentarny Zespół na rzecz Polityki i Kultury Prorodzinnej zaapelował do dyrektorów i nauczycieli, by zgłaszali swoje szkoły do akcji „Szkoła przyjazna rodzinie”

Czy w szkole możliwy jest sprzeciw wobec homopropagandy? To wszystko zależy od rodziców. Zdecydowana postawa rodziców może sprawić, że miliony złotych na kontach organizacji LBGTI nie będą w stanie zawładnąć szkołami. Tu kluczem jest aktywność mamy i taty.

Ale działa to też w drugą stronę. Nawet gdyby dyrekcja i nauczyciele nie chcieli, aby do ich szkół weszli homoedukatorzy, a znajdzie się kilku rodziców, którzy urządzą nagonkę na pracowników szkoły jako na homofobów, nietolerancyjnych i talibów, znając realia, to taka szkoła ulegnie i dzieci będą poddane praniu mózgów.

Dlatego ważne jest, aby osoby odpowiedzialne organizowały się. Kiedy tylko zbierze się grupa rodziców, to drzwi szkół będą na stałe zamknięte przed homoindoktrynacją.

Wiadome jest, że w każdym społeczeństwie około 90 proc. ludzi to osoby, które podążają z prądem, którym jest zawsze wszystko jedno. Niestety, tylko 10 proc. z nas wykazuje się odwagą i zaangażowaniem. I tu kluczem jest zagospodarowanie tej ogromnej większości. Jeżeli rodzice będą mądrzy i uparci, a przy tym zorganizują akcję obrony dzieci, to wygrają. Gdyby opór dyrekcji był silny, zawsze można interweniować u wójtów i burmistrzów.

Na szczęście przyszło mi żyć w innej Polsce – na Podkarpaciu. Nasze społeczności lokalne domagają się wartości, wiary i modlitwy. Mamy jedyny sejmik w Polsce, który każdą sesję zaczyna od modlitwy. Podobnie jest podczas sesji w większości rad powiatów i gmin.

Słyszymy jednak o „czarcich protestach”, w których bojówki feministyczne ubrane są na czarno. Wnioskuję więc, że w dużych miastach homoedukatorzy mają bardzo łatwy dostęp do dzieci. W tych ośrodkach miejskich rodzice skupieni są na pracy i spłacie kredytu, dlatego mają w nosie to, co dzieje się w szkole i co dzieje się z ich dzieckiem.

Trzeba zawsze stać na straży, bo diabeł „jak lew ryczący krąży, szukając, kogo pożreć” i co tydzień wymyśla coś nowego. Feministki i dewianci w szkołach nie biorą się sami z siebie. To jest sterowana akcja. Są całe grupy interesu, które to sponsorują. Udowodniła to już kilka lat temu Joanna Najfeld. To jest walka dobra ze złem.

Jacek Kotula