Za PO usiłowano zniszczyć polski przemysł zbrojeniowy
Sobota, 22 października 2016 (04:22)Ze Stanisławem Głowackim, przewodniczącym Sekcji Krajowej Przemysłu Zbrojeniowego NSZZ „Solidarność”, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Trwa ożywiona dyskusja po zakończeniu negocjacji z Airbus Helicopters. Czy to dobra decyzja?
– Decyzja, którą podjął polski rząd, jest najlepszą z możliwych. Ta decyzja jest oczywiście na przekór i wbrew wszystkim klakierom, którzy nie kierują się interesem polskiej gospodarki, natomiast zaślepieni siłą nienawiści do Prawa i Sprawiedliwości wtórują zagranicznym lobbystom. Skandaliczna jest również reakcja polskojęzycznych mediów.
Czy mógłby Pan uzasadnić, dlaczego ta decyzja jest tak ważna i istotna?
– Dłużej nie można było prowadzić tej procedury przetargowej, ciągnąć czegoś, co tak naprawdę od początku było skazane na niepowodzenie. To, co dzisiaj mówią przedstawiciele koncernu Airbus Helicopters o rzekomych sześciu tysiącach miejsc pracy, jakie miał przynieść offset, wydumanych miejsc pracy, które miały powstać podobno w Łodzi czy też Radomiu, jest zwyczajnie kłamstwem, bo tę liczbę określano na 200-300. Moim zdaniem, ta procedura przetargowa była też prowadzona z naruszeniem wszelkich norm moralnych, norm przyzwoitości – czyli za wszelką cenę pozbycia się zakładów, które produkują na terenie Polski, dając zatrudnienie polskim pracownikom.
Jakie to ma znaczenie?
– Ma to ogromne znaczenie, dlatego że te firmy – w przypadki PZM Mielec – koncern Sikorsky Aircraft Corporations, w przypadku PZL Świdnik – AgustaWestland, już wcześniej zainwestowały niemałe środki w te zakłady. Tak było w przypadku upadających wówczas PZL Mielec, które Platforma chciała zlikwidować. Dzisiaj po zakładzie lotniczym nie pozostałby tam kamień na kamieniu. Dzięki inwestycji Amerykanów w PZL Mielec dzisiaj produkowane są tam m.in. śmigłowce Black Hawk. Zakład ten rozwija się w ramach Doliny Lotniczej – Stowarzyszenia Grupy Przedsiębiorców Przemysłu Lotniczego z południowo-wschodniej Polski, które realizuje ideę przekształcenia Polski południowo-wschodniej w jeden z wiodących w Europie regionów lotniczych, dając miejsca pracy dla tysięcy polskich pracowników. Podobnie rzecz ma się z PZL Świdnik, gdzie zainwestował koncern włosko-brytyjski. Działania poprzedniej ekipy PO – PSL pokazują, że udział w polskim rynku i inwestycje poważnych koncernów zbrojeniowych w stworzenie miejsc pracy nie mają żadnego znaczenia. Był to zatem sygnał dla nowych potencjalnych inwestorów, że nawet, jeśli się zaangażują, to i tak mają marne szanse, aby kiedyś w przyszłości, biorąc udział w normalnym postępowaniu, wygrać przetarg.
A zatem było to działanie, powiedzmy, odstraszające…?
– Dokładnie. Ale jest jeszcze jedna sprawa, która ma znaczenie w odniesieniu do przyszłych przetargów na realizację nowych programów w ramach Planu Modernizacji Technicznej Sił Zbrojnych RP. Mam tu na myśli programy „Wisła”, „Narew” czy „Homar” i wiele innych. Każdy z przedsiębiorców zagranicznych przyszłych potencjalnych kontrahentów i offsetodawców otrzymał teraz jasny sygnał, że z obecnym polskim rządem nie można sobie pogrywać, tak jak to było za poprzedniej ekipy, że teraz należy przedstawić realną ofertę, która będzie skierowana do polskiej gospodarki i polskiego przemysłu. I dobrze, że dzisiaj polski rząd kieruje się przede wszystkim polskim interesem narodowym, że szefem MON jest min. Antoni Macierewicz, i że są podejmowane decyzje zgodne z polską racją stanu.
Pan wie, że niekoniecznie te argumenty przekonają wszystkich?
– Wszystkim krytykantom chciałbym przypomnieć, jak wcale nie w odległym czasie, za rządów Platformy, usiłowano sprzedać za wszelką cenę m.in. Zakłady Metalowe Dezamet w Nowej Dębie, które są znanym i uznanym producentem nowoczesnej amunicji zarówno na potrzeby MON, jak i na eksport, ale także zakład Produkcji Specjalnej „Gamrat” w Jaśle, produkujący na potrzeby wojska. Usiłowano zniszczyć cały polski przemysł zbrojeniowy. I dzisiaj ci sami ludzie usiłują wmówić polskiej opinii publicznej, że tego tematu nie było, ale on był. I to, co mogę dziś zarzucić obecnemu rządowi, to jest to, że za mało eksponuje fakty, a mianowicie, że jeśli jeszcze kilka lat potrwałyby rządy koalicji PO-PSL, nie mielibyśmy polskiego przemysłu zbrojeniowego i w sytuacji zmian geopolitycznych zachodzących za naszą wschodnią granicą bylibyśmy całkowicie uzależnieni od dostaw sprzętu obronnego z zewnątrz. Natomiast Polska byłaby jedynie drobnym wytwórcą podzespołów, elementów stanowiących części do sprzętu produkowanego przez inne państwa. Bylibyśmy zwykłymi wyrobnikami na rynku europejskim. Dlatego w związku z decyzją wicepremiera Mateusza Morawieckiego o zakończeniu negocjacji offsetowych z Francuzami jako pracownicy polskich zakładów zbrojeniowych jesteśmy z tego powodu zadowoleni. Oczywiście nie oznacza to, że obecna władza będzie traktowana bezkrytycznie. Będziemy patrzeć na ręce także dzisiaj rządzącym Polską. Czekamy na następne przetargi. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, żeby Airbus Helicopters i inni producenci sprzętu wojskowego przystępowali do przetargów, ale warunkiem powinna być realna oferta offsetowa, która we właściwy sposób zagospodaruje pieniądze polskiego pracownika, a nie będzie służyć tworzeniu miejsc pracy za granicą. Polski podatnik opłaca polską armię i ma prawo wymagać, że przy zaopatrywaniu Wojska Polskiego w uzbrojenie ruszy również polska gospodarka.
Platforma dziś ubolewa, że decyzja rządu PiS oznacza utratę szansy na sześć tysięcy miejsc pracy, które miały rzekomo powstać, ale kiedy po decyzji o wyborze caracali następowały zwolnienia w Mielcu i Świdniku, to nikt z koalicji PO – PSL nad tym faktem nie ubolewał...
– Mało tego, ci sami ludzie, którzy dzisiaj rozrywają szaty nad wirtualną perspektywą stworzenia miejsc pracy przez Francuzów, wówczas, kiedy były likwidowane polskie zakłady, do tego stopnia, że dzisiaj nie jesteśmy w stanie sami produkować jednego z najnowocześniejszych czołgów o nowoczesnym silniku o mocy 1100 KM, wtedy cicho siedzieli. Jest to efekt m.in. zlikwidowania Zakładów Mechanicznych PZL-Wola w Warszawie, które takie silniki produkowały i szereg innych, a dzisiaj wiatr hula po dawnych halach produkcyjnych. To jest pokłosie działalności, najlepsza wizytówka rządów poprzedniej ekipy PO – PSL. Jeśli posłowie Platformy chcą takiej debaty, to bardzo chętnie mogę to wszystko wykazać, bo doskonale – można powiedzieć: od podszewki – znam te ich działania. Mówię to z pełnym przekonaniem nie dlatego, że koniunkturalnie chcę wykorzystać pozycję min. Macierewicza, ale dlatego, że kieruję się interesem polskich pracowników, naszych zakładów i interesem bezpieczeństwa państwa polskiego. Jestem przekonany, że w tej chwili nikt lepiej tego interesu nie strzeże jak obecny rząd i szef MON.
Czy w ciągu minionych ośmiu lat rządów koalicji PO – PSL jest Pan w stanie wskazać jakiekolwiek rozwiązanie, które przysłużyło się do rozwoju polskiego przemysłu obronnego?
– Prawdę mówiąc, nie znam takich rozwiązań, natomiast mogę wymienić szereg działań, które szkodziły polskiemu przemysłowi zbrojeniowemu.
A więc…?
– Proszę bardzo. Weźmy chociażby 2009-2013 rok i cięcia budżetowe, które rozpoczęto od cięć w programie Modernizacji Technicznej Sił Zbrojnych RP. Pieniędzy brakowało nam dosłownie na wszystko, efektem czego były zwolnienia grupowe w zbrojeniówce. Przypomnę też, że Strategia konsolidacji i wspierania rozwoju polskiego przemysłu obronnego w latach 2007-2012 została przyjęta jeszcze 31 sierpnia 2007 r. przez rząd na wniosek śp. wicepremiera Gosiewskiego. Po objęciu rządów przez PO – PSL przez dwa lata chodziliśmy, domagając się napisania kolejnego programu rządowego, obawiając się, że te lata bezkrólewia mogą doprowadzić do likwidacji przemysłu zbrojeniowego. Niestety okazało się, że mieliśmy rację, ponieważ w tym bałaganie, jaki wprowadził rząd PO – PSL, liczył się interes nie polskich zakładów zbrojeniowych, a obcych. Pod naciskiem związków zawodowych sektora zbrojeniowego ówczesny premier Tusk ogłosił w Siemianowicach Śląskich decyzję o utworzeniu Polskiej Grupy Zbrojeniowej, gdzie tak naprawdę nie było ani pomysłu, ani konceptu, co więcej, nikt nie miał zielonego pojęcia, na czym to miało polegać. Najlepiej świadczy o tym fakt, że na szefa Polskiej Grupy Zbrojeniowej został wyznaczony ówczesny prezes Agencji Rozwoju Przemysłu, który dzierżył te dwie teki do końca kadencji poprzedniego parlamentu, nie robiąc dokładnie nic. Było to działanie bez pomysłu, działanie na przetrwanie, aby tylko zatrzymać strajki i protesty.
Jak to wygląda dzisiaj, po zmianie władzy w Polsce?
– Dopiero w tej chwili realny kształt przybiera i zaczyna normalnie funkcjonować Narodowy Koncern Zbrojeniowy, o który zabiegaliśmy od ponad 20 lat.
Czyli co… wcześniej mieliśmy do czynienia z sabotowaniem polskiego przemysłu zbrojeniowego…?
– Przecież inaczej tego nie można nazwać. Działania poprzedniej władzy de facto do tego zmierzały. Jak bowiem określić likwidację, a w zasadzie eliminację kolejnych zakładów, jak chociażby Zakłady Produkcji Specjalnej w Pionkach, gdzie tylko dzięki przejęciu przez Mesko firma ta została uratowana. Jak można nazwać oddanie w prywatne ręce jednego z kluczowych zakładów elektroniki przemysłowej Radmor w Gdyni. Tym samym rozbito możliwość tworzenia potencjału profesjonalnej elektroniki w oparciu o kilka firm, czyli tzw. Grupy Elektronicznej. Takie działania to nic innego jak sabotaż. Jak inaczej nazwać sprowadzenie do Polski niemieckich czołgów Leopard bez podpisania umowy gospodarczej? Efekt jest taki, że do dzisiaj w Łabędach mają, problemy żeby przeprowadzić jakąkolwiek modernizację, a więc obsługę i remont tego sprzętu.
Jak to możliwe…?
– Z prostego powodu: sprowadziliśmy sprzęt – czołgi, nie mając do nich odpowiedniej dokumentacji technicznej. Wynika to z umowy, która została zawarta pomiędzy resortami obrony Polski i Niemiec, natomiast nie była to umowa gospodarcza, a więc nie brał w tym udziału producent czołgów Leopard. Dopiero dzisiaj trwają próby, aby odkręcić to, co nabałaganiła poprzednia ekipa. A przestrzegaliśmy, że kupowanie sprzętu z demobilu to błąd, ale nikt nie chciał nas słuchać. Proszę tylko policzyć, ile kosztowało rozparcelowanie tego sprzętu. Ale to nie jedyny obszar karygodnych, szkodliwych działań, weźmy chociażby Hutę Stalowa Wola, gdzie jej produkty były dla poprzedników niepotrzebne i zakład, który pamięta czasy Centralnego Okręgu Przemysłowego i min. Kwiatkowskiego, był praktycznie do zamknięcia. I kiedy wspólnie ze związkowcami ze Stalowej Woli stanęliśmy przed prezesem, który chciał zlikwidować całą produkcję w Stalowej Woli, powiedziałem: spróbuj pan, a nie wyjdziesz pan z tego zakładu!
Ostro, ale jak widać skutecznie…
– Owszem, część produkująca maszyny budowlane została przejęta przez chiński koncern Guangxi LiuGong Machinery Co. Ltd., ale część zbrojeniowa Huta Stalowa Wola SA nadal jest w rękach Skarbu Państwa i ma kluczowe znaczenie dla polskiego przemysłu obronnego. Nie tylko produkuje wysokiej klasy sprzęt wojskowy, ale dzięki inżynierom, specjalistom, konstruktorom jest także pewnym zalążkiem, fundamentem polskiej myśli technicznej. Takich przykładów firm, które mimo sabotażu poprzedniej władzy udało się uratować z korzyścią dla polskiego przemysłu zbrojeniowego, jest więcej.
Czy jest teraz szansa na odbudowanie suwerennego polskiego przemysłu? Jak Pan ocenia szanse na to, że rządowi PiS uda się wybrnąć z tej kryzysowej sytuacji po ośmiu latach rządów PO – PSL?
– To będzie zależało od dwóch rzeczy: od konsekwencji min. Macierewicza oraz od determinacji całego rządu we wprowadzaniu w życie Planu Modernizacji Technicznej Sił Zbrojnych RP. Jeżeli nie będzie manipulacji przy okazji tworzenia kolejnych budżetów przy środkach przeznaczonych na modernizację polskiej armii, jeśli będzie stabilność w procesie zamówień, to przy naszej kadrze technicznej i zapleczu, jakie tworzą polskie uczelnie techniczne z Politechniką Warszawską na czele, odbudowa polskiego przemysłu jest możliwa. To jednak wymaga ciężkiej pracy. Oczywiście nie powinniśmy się zamykać na sprzęt produkowany przez naszych sojuszników z NATO, ale na zdrowych, normalnych zasadach, a nie w sposób oszukańczy. Ponadto tam, gdzie klasa sprzętu zbrojeniowego produkowanego za granicą jest podobna do naszego, to o wyborze powinien decydować patriotyzm gospodarczy. Ze swoim potencjałem Polska stanowi poważne zagrożenie dla zagranicznego lobby zbrojeniowego.
Jak ocenia Pan poprzednią i obecną polską dyplomację gospodarczą?
– Odpowiem za pomocą przykładu. Za poprzedniej władzy, kiedy prezydentem był Bronisław Komorowski, do Polski przyjechał prezydent Francji i polscy przedsiębiorcy na spotkanie przemysłowe nie dostali zaproszenia z Kancelarii Prezydenta RP. Niektórzy owszem zostali zaproszeni, ale przez prezydenta Republiki Francuskiej, bo prezydent Komorowski nie uznał za stosowne, aby cokolwiek robić w kwestii promocji polskiego przemysłu obronnego. Nie przypominam sobie, żeby za poprzedniej władzy polscy przedsiębiorcy wspólnie z premierem Tuskiem brali udział w delegacji zagranicznej, co też stanowi pewną formę nawiązywania relacji i stosunków gospodarczych i tego, co pan nazywa dyplomacją gospodarczą. Za poprzedniej władzy pojęcie patriotyzmu gospodarczego nie istniało. Natomiast dzisiaj, kiedy prezydent Andrzej Duda wybiera się z oficjalną wizytą do jakiegoś kraju, to zabiera ze sobą polskich przedsiębiorców, delegację przemysłową. Podobnie jest, kiedy wizyty zagraniczne odbywa szef MON czy szef Ministerstwa Rozwoju. To dobry znak. Należy jeszcze odkurzyć polskie ambasady, których gospodarze powinni się zajmować działaniami na rzecz promocji, ale także stawać się ambasadorami polskiego przemysłu.
Wracając jeszcze do śmigłowców, proszę powiedzieć, jak ocenia Pan zapowiedź min. Macierewicza dotyczącą współpracy z ukraińską firmą Motor Sicz w kwestii budowy śmigłowca?
– Rozumiem, że min. Macierewicz kieruje się przesłankami, o których nie wiem. Nie chciałbym podważać opinii obecnego szefa MON, ponieważ darzę go dużym zaufaniem. Tak czy inaczej mam prośbę do niego, aby przypilnował, żeby ze strony ukraińskiej w tej sprawie nie kręcili się biznesmeni, którzy w latach 90. byli mocno skorumpowani, a szczególnie maczali palce przy prywatyzacji i próbie zawładnięcia PZL Mielec. Jestem jednak przekonany, że zanim zostaną podjęte poważne rozmowy ze stroną ukraińską, a tym bardziej zanim zapadną decyzje, min. Macierewicz zostanie uprzedzony o tych wątpliwościach i weźmie to pod uwagę.