• Poniedziałek, 18 maja 2026

    imieniny: Jana, Eryka, Aleksandry

Przetargi nie kończą się na caracalach

Wtorek, 11 października 2016 (11:11)

Z prof. dr. hab. Pawłem Soroką z Polskiego Lobby Przemysłowego im. Eugeniusza Kwiatkowskiego rozmawia Mariusz Kamieniecki

Panie Profesorze, jak z punktu widzenia interesu polskiego przemysłu i gospodarki należy ocenić zakończenie bez rozstrzygnięcia procedury przetargowej z francuskim koncernem Airbus Helicopters?

– Przede wszystkim błędem poprzedniej ekipy PO – PSL był wybór jednej platformy śmigłowcowej, a więc jeden typ helikoptera na różne potrzeby zarówno wojsk lądowych, sił powietrznych, jak i marynarki wojennej. Przy czym marynarka wojenna ma dwa rodzaje potrzeb, a mianowicie śmigłowce do zwalczania okrętów podwodnych oraz śmigłowce ratownictwa morskiego. Eksperci, z którymi rozmawiałem, już wtedy wskazywali, że jest niemożliwe, żeby jedna platforma śmigłowca zaspokoiła tak różne potrzeby. Do tego muszą być przynajmniej dwie platformy. Niestety wybrano jedną – czyli francuskiego caracala.

Jednak decydująca o zamknięciu przetargu – jak wszystko wskazuje – okazała się kwestia offsetu…?

– Offset to jest bardzo ważna kwestia, bo dotyczy interesów polskiego przemysłu. Wiadomo, że kontrakt opiewający na mniej więcej 13,5 miliarda złotych to poważna sprawa i łakomy kąsek dla potencjalnych oferentów. Nic zatem dziwnego, że każdy chce z tego tortu wykroić jak największy kawałek dla siebie. W interesie naszego przemysłu obronnego jest, aby to, co się da produkować czy montować w Polsce, było robione rękoma polskich pracowników i żeby podatki zostały u nas. Na razie nie znamy szczegółów propozycji offsetowych Francuzów, bo są one objęte tajemnicą, natomiast z tego, co wiadomo, pierwsze 20 śmigłowców Caracal miały przylecieć już gotowe z Francji. Dopiero w międzyczasie przy Wojskowych Zakładach Lotniczych nr 1 w Łodzi miała być budowana hala produkcyjno-montażowa i dopiero po powstaniu, co wcale nie było takie oczywiste, następne egzemplarze śmigłowców miały być montowane w Polsce. Trudno mi powiedzieć, czy i jaki udział w tym przedsięwzięciu, jeśli chodzi o części czy elementy, mieliby polscy kooperanci. Natomiast rekompensatą za wyprodukowanie pierwszych 20 sztuk caracali we Francji miało być prawo do eksportu tych śmigłowców przez Polskę. Dla mnie była to bardzo odległa, żeby nie powiedzieć niepewna perspektywa.   

Ten nierozstrzygnięty przetarg został zamknięty, teraz przed nami otwiera się nowa perspektywa. Jaka Pana zdaniem...?

– Tak jak wspomniałem wcześniej, pierwsze sygnały wskazują, że będą dwie platformy śmigłowcowe. Jedna jak można się spodziewać na potrzeby Marynarki Wojennej, a druga uzupełni pozostałe potrzeby naszej armii – czyli Wojsk Lądowych i Sił Powietrznych. Można się zatem spodziewać, że będą to amerykańskie Black Hawki produkowane w PZL Mielec i włosko-brytyjskie AW-149 produkowane w PZL Świdnik. Oczywiście są to zakłady na terenie Polski, ale ich właścicielami są inwestorzy zagraniczni, w jednym przypadku Amerykanie, a więc koncern zbrojeniowy Lockheed Martin, a w drugim grupa AugustaWestland, czyli Włosi i Brytyjczycy.

Co przemawia za takim bardzo prawdopodobnym scenariuszem wydarzeń?

– Przede wszystkim produkty te będą produkowane w Polsce przez zakłady, które w odróżnieniu od oferty francuskich caracali są gotowe do produkcji czy montażu śmigłowców. Ważne jest to, że w obu przypadkach, choć firmy są zagraniczne, to jest w nich – i to nie mały – udział polskiego przemysłu. I tak jak wiemy, w przypadku Black Hawka większość części do Mielca, gdzie odbywa się końcowy montaż, jest sprowadzana ze Stanów Zjednoczonych, ale niektóre elementy są produkowane w Polsce. Na razie Black Hawki z Mielca trafiają na eksport, ale ukierunkowanie produkcji na nasze potrzeby w tym podkarpackim zakładzie nie jest żadnym problemem. Jeśli zaś chodzi śmigłowce oferowane przez AugustęWestland, to nie są one jeszcze produkowane i montowane w PZL Świdnik. Jednak jak wiadomo, zakład ten ma spore doświadczenie, bo produkuje śmigłowce polskiej konstrukcji, m.in. W-3PL Głuszec czy wcześniejszy PZL W-3 Sokół, co więcej przygotowania do realizacji przetargu śmigłowcowego też zostały poczynione i produkcja w Świdniku stosunkowo szybko może być uruchomiona. W obu przypadkach potrzebna jest tylko decyzja.

Na ile śmigłowce oferowane przez Amerykanów oraz Włochów i Brytyjczyków są nowoczesne i jak to wygląda w odniesieniu do francuskich caracali?

– Jeśli chodzi o śmigłowiec AW-149 oferowany przez AugustęWestland, to jest to sprzęt najnowszej generacji, co więcej są to śmigłowce najnowszej konstrukcji, które mogą być modernizowane, rozwijane nawet przez najbliższe 30 lat. Innymi słowy, te śmigłowce mają długi żywot. Francuski caracal jest znacznie starszy, bo jest to konstrukcja z lat 80. Jeśli zatem modernizujemy naszą armię, to powinniśmy kupować sprzęt najnowszej generacji, żeby mógł nam jak najdłużej służyć. Z Black Hawkiem jest inna sytuacja, a mianowicie jest to starsza konstrukcja, która przede wszystkim jest stale rozwijana. Co ważne też, jest to śmigłowiec zaprawiony w boju, m.in. sprawdzony w Iraku czy Afganistanie. I wydaje mi się, że właśnie Black Hawk mógłby najlepiej służyć potrzebom Marynarki Wojennej. Pozostaje jeszcze jedna kwestia, a mianowicie transfer technologii do Polski. Istotne jest to, na ile polskim kooperantom zostaną przekazane nowoczesne technologie produkcji śmigłowców, bo tego tak naprawdę potrzebuje polski przemysł.

Skoro Polska nie od dziś dysponuje odpowiednim potencjałem produkcyjnym, to dlaczego śmigłowców dla naszej armii szukano za granicą – konkretnie we Francji?

– Wiele wskazuje na to, że wybór caracali był decyzją polityczną. Przypomnę, że bardzo mocno w tę sprawę i negocjacje był zaangażowany ówczesny prezydent Bronisław Komorowski, który popierał opcję francuską. Kiedy bodajże półtora roku temu składał wizytę we Francji u prezydenta Hollande’a, to z tego, co się orientuję, były prowadzone rozmowy na ten temat. Można zatem powiedzieć, że główne ośrodki decyzyjne, a więc prezydent Komorowski i minister obrony Tomasz Siemoniak, stawiali jako na partnera strategicznego na Francję. A prezydent Komorowski uczynił z tego przetargu element kampanii wyborczej, ogłaszając osobiście Polakom, że do drugiej fazy przetargu, czyli do fazy testów, został zakwalifikowany francuski caracal.   

Francuskie media ostro skrytykowały zakończenie bez rozstrzygnięcia procedury przetargowej, a prezydent Hollande nawet odłożył w czasie swą wizytę w Polsce. Czy zatem ta wizyta miała być interwencją francuskich władz na najwyższym szczeblu i ostatnią próbą przekonania Polaków do wyboru caracali?

– Tego nie wiem, ale nie wykluczałbym i takiego scenariusza. Gdyby doszło do wizyty prezydenta Hollande’a w Polsce przed ogłoszeniem ostatecznej decyzji, to z całą pewnością temat ten zostałby poruszony. Teraz taktyka, jak widać, jest inna, uruchomiono media ponadto szef francuskiej dyplomacji, który ma odwiedzić Polskę, także nie omieszka poruszyć tego tematu. Tak czy inaczej sprawa nabrała wymiaru czysto politycznego.

Czy zatem można to uznać za próbę wywierania presji na Polskę?

– To nie ulega wątpliwości. Jeśli bowiem uruchamia się różne media – także zagraniczne, jeśli uruchamia się różnych lobbystów, to świadczy, że jest to temat bardzo mocno upolityczniony. To z kolei wywołuje poczucie presji. Tego typu kontrakty zbrojeniowe, za którymi stoją ogromne pieniądze, zawsze mają charakter czy kontekst polityczny, ale mimo wszystko toczą się w atmosferze spokoju i nie towarzyszy im taki rozgłos. Sprawami przetargów zajmują się fachowcy, są określone procedury, a teraz sprawa stała się mocno polityczna, obecna w mediach, natomiast aspekty merytoryczne związane z produkcją, offsetem czy pozyskaniem nowych technologii – jak się wydaje – zostały na boku.

Czy w związku z wykluczeniem z przetargu caracali relacje polsko-francuskie mogą ulec ochłodzeniu?

– Te relacje z całą pewnością ulegną ochłodzeniu. Problem polega na tym, że Wojsko Polskie potrzebuje różnych rodzajów uzbrojenia w związku z realizacją programów modernizacyjnych. Przypomnę, że Francuzi proponują nam swoje oferty w dwóch programach. Chodzi o trzy atomowe okręty podwodne „Scorpene”, produkowane w stoczni DCNS. Ponadto wciąż gorący jest temat zestawów obrony powietrznej średniego zasięgu, gdzie obok amerykańskich jest także oferta francuska. A zatem sprawa nie kończy się na caracalach. W tej chwili trwa rewizja programów zbrojeniowych i tym zajmuje się wiceminister Bartosz Kownacki. Trudno jednak dziś powiedzieć, jak zostaną rozstrzygnięte wspomniane kolejne dwa przetargi w dwóch programach, ale nie można wykluczyć, że na korzyść Francuzów. Osobiście jestem za dywersyfikacją partnerów, jeśli chodzi o sprzęt zbrojeniowy. Oczywiście mam na myśli partnerów z NATO, ale z jednej strony mogą to być np. Amerykanie, a z drugiej partnerzy z Europy. I to leży w dobrze pojętym interesie Polski.

Czy wobec odrzucenia caracali Francja może nam zagrać na nosie we wspomnianych przez Pana przetargach?

– Oczywiście, że może. Przypomnę, że Francuzi wyprodukowali dla Rosji okręty Mistral, które w związku z agresją Moskwy na wschodzie Ukrainy i zajęciem Krymu na skutek m.in. sprzeciwu Polski zostały cofnięte, a kontrakt anulowany. Tak czy inaczej te działania wskazywały na bliską współpracę przemysłu francuskiego z rosyjskim.

Wracając jednak na grunt Polski, to trzeba powiedzieć, że decyzja rządu nie bardzo jest w smak opozycji, która straszyła, że będziemy musieli czekać na sprzęt nawet kilka lat. W jakim świetle stawia to poprzednią ekipę?

– Wszelkie decyzje dotyczące kontraktów wojskowych są pracochłonne, żmudne, muszą być przemyślane i nie są podejmowane bez zastanowienia. To wszystko wymaga czasu. W związku z tym jest oczywiście groźba opóźnienia w dostawach śmigłowców. Ale przypomnę, że jeśli chodzi o caracale, nad którymi dzisiejsza opozycja tak rozpacza, to ich produkcja w Polsce nie byłaby szybciej jak za dwa, trzy lata, bo niby gdzie miałyby być produkowane w szczerym polu? Miała zatem powstać montownia, a to wymaga czasu. Dlatego pierwsze 20 sztuk miałoby do nas przylecieć z Francji. Ciekawe jest natomiast to, jak w tych nowych okolicznościach poradzi sobie rząd i kiedy, zakładając nowe rozstrzygnięcia, pierwsze śmigłowce amerykańskie czy włosko-brytyjskie – już zrobione w Polsce – będą na wyposażeniu naszej armii. I to jest również wyzwanie dla rządu i producentów.    

Po wystąpieniach premier w Świdniku i ministra obrony w Mielcu sprawa jest chyba jasna. Śmigłowce mają trafić do Polski szybko, dla wojsk specjalnych jeszcze w tym roku. To chyba dobra wiadomość?

– To dobrze, że wśród elit odpowiedzialnych za kierowanie państwem jest świadomość powagi sytuacji i problemu. W najtrudniejszej sytuacji jest nasza Marynarka Wojenna, gdzie służą śmigłowce jeszcze sowieckiej produkcji Mi-14, którym kończą się resursy. Nie licząc paru śmigłowców W-3RM Anakonda, które są wersją „Sokoła”, to nasza Marynarka Wojenna zostanie pozbawiona helikopterów, zarówno jeśli chodzi o wersję ratownictwa morskiego, jak i wykrywania okrętów podwodnych. Jeśli do tego dodamy fakt, że zlikwidowano lotnictwo morskie, mam tu na myśli samoloty odrzutowe, to na dobrą sprawę zostały nam tylko „Bryzy”. Jest jeszcze kwestia Wojsk Specjalnych, gdzie na wyposażeniu są helikoptery Mi-17 produkcji ZSRS, które są też stare jak świat. Sukcesywna wymiana starych śmigłowców jest także niezbędna jeśli chodzi o wojska lądowe.

W PZL Mielec minister obrony zadeklarował, że jeszcze w tym roku na wyposażeniu polskiej armii znajdą się śmigłowce Black Hawk, które pozwolą na realizację ćwiczeń przez siły specjalne…

– To dobra decyzja, bo tak jak powiedziałem wcześniej, w pierwszym rzędzie istnieje potrzeba wyposażenia wojsk specjalnych i Marynarki Wojennej. Przemysł lotniczy w Polsce dysponuje wystarczającymi możliwościami, żeby sprostać temu wyzwaniu.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki