• Poniedziałek, 18 maja 2026

    imieniny: Jana, Eryka, Aleksandry

Ciężar winy niewinnego

Środa, 28 września 2016 (18:12)

Z Irene van der Wende, holenderską obrończynią życia, rozmawia Piotr Falkowski.

Jak to się stało, że Pani sama zgłosiła się na aborcję?

– To było na początku lat 80. XX wieku. Miałam niedawno skończone 20 lat. Mieszkałam wtedy w Anglii i już pracowałam. Aborcja była już legalna.

Nie zdawałam sobie sprawy, że jestem w ciąży. Ubrania przestały na mnie pasować, ale jakoś nie dotarła do mnie przyczyna. Ktoś z pracy musiał coś zauważyć i doradził mi, żebym poszła do lekarza. Więc udałam się do przychodni. Tam dowiedziałam się o ciąży. Pamiętam, że lekarka zrobiła mi jakiś test, potem wyszła, wróciła i powiedziała: „Jesteś w ciąży”. Ja niemal spadłam z krzesła. Doradziła mi konkretny adres w Londynie, dokąd mam się udać. To była klinika aborcyjna. Tam jednak okazało się, że jestem na granicy prawnego limitu do przeprowadzenia aborcji i wysłała mnie do innego ośrodka, daleko za Londynem. To była posiadłość na prowincji. Do dziś, zawsze gdy widzę budynek w tym stylu, przypomina mi się ten straszny dzień. Kiedy to wszystko się działo, byłam jakby odłączona od siebie. Szłam z wiatrem, robiłam, co mi każą, zupełnie bez zastanowienia. Podpisałam nawet dokument, w którym sama nie wiem, co było napisane. Zaczęłam myśleć tuż przed samą aborcją. Byłam w pomieszczeniu z szóstką innych kobiet, które też czekały na aborcję. Śmiały się i rozmawiały o powodach, dlaczego się tu znalazły. Jedna mówiła, że ma już dwoje dzieci i nie chce kolejnego. Inna powiedziała, że współżyła z dwoma mężczyznami i nie wie, kto jest ojcem, wreszcie kolejna chciała się pozbyć dolegliwości, jakie ma kobieta w ciąży. Ja byłam ostatnia, więc w pewnym momencie zostałam sama i wtedy w tej ciszy zaczęłam zadawać sobie pytania, dlaczego ja tu jestem i że to jest dziecko. Ale wtedy było już za późno, bo zaczął się „zabieg”.

Nikt nie proponował Pani żadnej alternatywy?

– Nie przypominam sobie niczego takiego. Wszystko odbywało się bardzo szybko.

Co Pani wcześniej wiedziała o rozwoju życia człowieka, o aborcji?

– Urodziłam się i dorastałam w Australii. W szkole była edukacja seksualna. Było o tym, skąd się biorą dzieci, ale zapamiętałam chyba tylko obrazki narządów płciowych, które nas śmieszyły. O aborcji właściwie nic nie wiedziałam. W mojej świadomości były głównie slogany organizacji proaborcyjnych, że płód to jeszcze nic, że to „tkanka”, „zbitek komórek”. Wtedy nie miałam żadnych dylematów moralnych, na pewno nie myślałam, że zabijam człowieka. Myślę, że ufałam też władzy, że skoro na coś zezwala, to musi to być w porządku. Taka byłam naiwna.

I jak to się zmieniło?

– Duże znaczenie miała dla mnie rozmowa z mieszkającą w USA siostrą, której pierwszej przyznałam się do tego, co się stało. Niestety jak wiele kobiet nie mówiłam nikomu ani o gwałcie, ani o aborcji. Teraz nasza kampania ma hasło „Dość milczenia o aborcji”. Siostra wcale mnie nie osądzała, jedynie słuchała. Ale jej spojrzenie i zapewne także modlitwa musiały sprawić we mnie zmianę. Intuicyjnie zaczęłam rozumieć, że to, co zrobiłam, było złe. Kiedy wróciłam do domu, zrobiłam krzyż z desek i napisałam na nim imię dziecka (postanowiłam wtedy nadać dziecku imię), domalowałam kwiaty, tak jak się robi na grobach. Postawiłam ten krzyż w ogrodzie między drzewem a płotem, więc był niewidoczny, ale ja go miałam. Cały czas jednak uważałam, że właściwie to okoliczności usprawiedliwiają moją aborcję. Tak naprawdę dopiero wiele lat później na pewnym spotkaniu liderów grup pro-life zobaczyłam obrazek ośmiotygodniowego dziecka po aborcji. Miało ręce, nogi, serce – właściwie to było uświadomienie sobie, co naprawdę zrobiłam. To stało się ponad 20 lat po aborcji.

W nowoczesnej i postępowej Holandii nie miała Pani możliwości przez tyle lat zobaczyć modelu czy obrazka ośmiotygodniowego dziecka?

– Nie. Pod tym względem Polska znacznie nas przewyższa. Co więcej, w Holandii nawet zawodowe położne mają bardzo słabą wiedzę na temat rozwoju embrionalnego człowieka. Uczone są, że serce dziecka zaczyna bić około 10. tygodnia, podczas gdy staje się to około 21. dnia od poczęcia, a więc kiedy kobieta zazwyczaj dopiero orientuje się, że jest w ciąży. W Holandii aborcja może być wykonana bez żadnych ograniczeń do 24. tygodnia, a więc gdy dziecko jest wielkości kartki A4.

W Polsce często pada argument, że zmuszanie kobiety do urodzenia dziecka poczętego w wyniku gwałtu jest zbyt okrutne.

– Robiono badania kobiet zgwałconych podczas wojny w Bośni. Podobne badania prowadzone są teraz z ofiarami gwałtów bojowników Państwa Islamskiego. Te kobiety, które nie niosą na swoich barkach winy aborcji swoich dzieci, mają teraz powód, żeby żyć. Jedne z nich wychowują te dzieci, inne oddały je do adopcji, ale życie zostało ocalone. Spotkałam wiele kobiet, które tak jak ja zostały zgwałcone, ale zamiast aborcji pozwoliły dziecku się urodzić. Teraz mają poczucie, że dobrze zrobiły, a ja mam wciąż po latach wyrzuty sumienia i ogromne poczucie winy, które jest ciężarem nie do udźwignięcia i wpływa na całe życie, zatruwa późniejsze relacje i emocje. Psychologia jest nieubłagana – długie wypieranie tego z siebie jedynie wewnętrznie wyniszcza kobietę, a i tak w końcu ta prawda musi z niej wyjść. W 80 proc. przypadków aborcji z powodu przemocy seksualnej kobieta jej żałuje, a nie spotkałam żadnej, która żałowałaby, że pozwoliła dziecku przeżyć. Zabicie niewinnego dziecka nigdy nie jest właściwe, nawet po gwałcie, dwa zła nie stanowią dobra. Ojciec dziecka skrzywdził mnie, ale ja skrzywdziłam dziecko. Dziecko nie skrzywdziło nikogo. To jest całkiem inna, trzecia osoba. Mogłam je wychować i je kochać albo oddać do adopcji, do kochającej je rodziny. Dziecko nie może nieść ciężaru winy jednego ze swoich rodziców i być za to zabite. Jego wartość nie zależy od tego, jak zostało poczęte. Ja nie mogę cofnąć czasu, ale robię, co mogę, by naprawić to zło przez przestrzeganie innych.

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Falkowski